Showing posts with label Sao Paulo. Show all posts
Showing posts with label Sao Paulo. Show all posts

MASP: boa dusiciel, czerwona rama i jedna wielka sala

Jest wtorek. A we wtorki MASP jest za darmo.
To wystarczy, żeby wiedzieć, co mnie czeka.

Kolejka stoi długa i pokręcona jak boa dusiciel, którego spotkałam w ekwadorskiej Amazonii. Zawija się, skręca, zawraca i wcale nie wygląda, jakby miała szybko zniknąć. Ale nie ma wyjścia – MASP to must see. Najsłynniejsze muzeum Sao Paulo (São Paulo). Punkt obowiązkowy. Nawet jeśli trzeba odstać swoje.

Na Avenidzie Paulista jego bryła zwraca uwagę od razu. Tego budynku nie da się pomylić z żadnym innym. Betonowy kolos zawieszony w powietrzu, oparty na czterech masywnych, czerwonych filarach. Pod nim – pusta przestrzeń, vão livre, plac, przez który przechodzi miasto: protesty, targi, spotkania, codzienne życie. Budynek nie stoi. Budynek wisi. Projekt Liny Bo Bardi – surowy, odważny, bez kompromisów. Modernizm w wersji brazylijskiej.

Wchodzę do środka i tu kolejna niespodzianka.
Nie ma labiryntu sal. Nie ma zwiedzania „od pokoju do pokoju”.

Jest jedna wielka sala.

Ogromna, otwarta przestrzeń, a w niej obrazy ustawione na szklanych sztalugach. Stoją w powietrzu. Bez ścian. Bez ramek przytwierdzonych do murów. Można obejść je dookoła, zajrzeć z tyłu, przeczytać opisy, a potem znów spojrzeć na twarz świętego, madonny albo zupełnie świeckiego bohatera. Sztuka nie jest tu przyklejona do ściany. Jest obecna. Na równych prawach.

To zderzenie robi wrażenie.
Klasyczne malarstwo w brutalistycznym wnętrzu.
Europa, Brazylia, Afryka, różne epoki, różne style — wszystko razem, w jednej przestrzeni, bez hierarchii narzuconej korytarzami.

Ludzie krążą między obrazami jak po miejskim placu. Przypadkowe spotkania. Zatrzymania. Powroty. MASP nie prowadzi za rękę. Trzeba samemu zdecydować, gdzie się zatrzymać i na jak długo.

I chyba właśnie o to chodzi.

Wychodzę zmęczona, ale zadowolona.
Wtorek się opłacił. Boa dusiciel odpuszcza.
A MASP zostaje w głowie – nie tylko jako muzeum, ale jako doświadczenie przestrzeni.







Ibirapuera: w dół z Paulisty, w historię i w czarne łabędzie

Od Avenidy Paulista droga schodzi ostro w dół. Bardzo ostro. Już myślę z obawą, że z powrotem trzeba będzie się wspinać. No tak, Paulista położona jest wysoko. Tak właśnie trafiam do Ibirapuera – największego parku w Sao Paulo (São Paulo).

Z daleka widać coś, czego nie da się przeoczyć.
Ogromną rzeźbę. Kamień w ruchu. A właściwie mający sprawiać wrażenie ruchu, bo tak naprawdę wysiłek wydaje się podejmować tylko ostatnia osoba pchająca łódź.

To Pomnik Bandeiras.

Hołd dla bandeirantów – ludzi, którzy w XVII i XVIII wieku zapuszczali się w głąb lądu w poszukiwaniu ziemi, bogactw i wszystkiego, co dało się znaleźć. Taki był pretekst, a powodem było szukanie, łapanie Indian i później sprzedawanie jako niewolników. Pomnik ma ponad 40 metrów długości. Jest ustawiony dokładnie na osi południowy wschód – północny zachód, w kierunku, w którym ruszali "odkrywcy". 

Kilka kroków dalej, po lewej stronie, wyrasta obelisk.
Ale to nie jest zwykły obelisk do obejrzenia i pójścia dalej.

To Mauzoleum Bohaterów 1932 roku – miejsce pamięci o Rewolucji Konstytucjonalistycznej w São Paulo. Nie muzeum, lecz pomnik nagrobny. Spoczywają tu szczątki kilkuset bojowników, którzy walczyli przeciwko rządowi Getúlio Vargasa. Walczyli o konstytucję, o autonomię stanu, o to, by São Paulo nie zostało zepchnięte na margines. Przegrali militarnie, ale kilka lat później Brazylia otrzymała nową, bardziej liberalną konstytucję.

W środku – mozaiki opowiadające dzieje powstania. Cisza. Chłód. I świadomość, że park zaczyna się od bardzo poważnych tematów.

A potem - park się otwiera.

Ibirapuera to nie miejsce „na chwilę”. To miejsce „na cały dzień”. Albo dwa, albo na codzienne bieganie.

Nie wiem, jak długo stałam nad jeziorem, gapiąc się na czarne łabędzie. Ich swoisty taniec na wodzie, gdy się myją, hipnotyzuje. Czas przestaje istnieć. São Paulo też na moment znika.

Wchodzę do Muzeum Afro-Brazylijskiego i wiem, że tu można utknąć na długo. Brazylia przyjęła najwięcej Afrykanów wywiezionych siłą z ich ziem. Eksponaty - maski, stroje, symbole.

Benin, Togo, Ghana. Królowie Dahomeju i Asznti. Afryka Zachodnia. Wspomnienia. męczące wspomnienia, od tego świata chcę odpocząć. Te same elementy widziane niedawno, dopiero co „w naturze”, w użyciu, w życiu codziennym. A tu – za szkłem. Jako muzealne obiekty. Dziwne uczucie. Bo tam wciąż żyją. A tu opowiadają historię o wykorzenieniu.

Wychodzę z muzeum i znów jestem w zieleni.
Ibirapuera wciąga powoli. Bez pośpiechu. Z historią, sztuką, ciszą i miejscem na własne myśli.

Ipiranga – bieg pod górkę, zamknięte drzwi i niepodległość

Gdy Muzeum Ipiranga ma darmowy wstęp, liczba chętnych do zwiedzania jest większa niż jego monumentalne mury są w stanie pomieścić. Efekt? Zamykają wejście wcześniej. Demokracja demokracją, ale limity swoje prawa mają.

Wysiadam z metra i pod górkę. Ta dzielnica Sao Paulo (São Paulo) jest położona wysoko i nie da się tego ukryć, zwłaszcza gdy biegnie się z wywieszonym językiem, marząc o klimatyzowanych salach muzeum. Po drodze zahaczam jeszcze o muzeum historii naturalnej – wśród zakonserwowanych, martwych zwierząt panuje ruch i gwar jak w ulu. Wakacje szkolne: rodziny z dziećmi, plecaki, wózki i decybele w pakiecie.

W końcu docieram do celu – Muzeum Ipiranga, oficjalnie Museu Paulista. To właśnie ten okazały „zamek” w stylu klasycystycznym chciałam zobaczyć najbardziej. Budynek wygląda jak przeniesiony prosto z Europy: symetria, kolumny, monumentalne schody i ogrody jak z pocztówki. I wtedy - ochrona mówi: zamknięte. Za dużo ludzi w środku. Zapraszamy jutro.

Chwila ciszy. Chwila dramatu.
Ale jest promyk nadziei – podobno mogę jeszcze wejść na wystawę obrazów na najniższej kondygnacji. I udało się!
Podziwiam m.in. pejzaże okolic Ipirangi z końca XIX wieku – krajobraz spokojny, zielony, zupełnie inny od dzisiejszego São Paulo.

A nawet jeśli ktoś nie dostanie się do środka muzeum, to i tak nie wyjdzie zawiedziony. Całość znajduje się bowiem w Parku Niepodległości, ogromnym i bardzo reprezentacyjnym parku. To właśnie tutaj stoi Pomnik Niepodległości Brazylii – potężny, monumentalny, z kryptą pod spodem, w której spoczywają szczątki cesarza Pedra I i jego żon. Bo to właśnie w tym miejscu, nad strumieniem Ipiranga, w 1822 roku padły słynne słowa „Independência ou Morte!” i Brazylia ogłosiła niepodległość.

Morał z tej historii?
Czasem warto biec pod górkę, nawet jeśli drzwi się zamykają tuż przed nosem. Bo historia, sztuka i niepodległość potrafią poczekać, a park zawsze stoi otworem.

Między snem a São Paulo

Znów śpię.
A właściwie: drzemię, kołysana jazdą autobusu.

Budzę się co jakiś czas, bo przez okno wpadają światła — najpierw pojedyncze, potem coraz gęstsze. Jest czwarta rano. To już São Paulo. Miasto, które nigdy nie zasypia do końca, a już na pewno nie pozwala spać innym.

O piątej rano dzieje się tu coś na kształt cudu codzienności: punkty usługowe, jeszcze przed chwilą przykryte płachtami jak śpiące wieloryby, zaczynają się odsłaniać. Ktoś podnosi roletę, ktoś zapala światło, ktoś ustawia plastikowe krzesła. Miasto się przeciąga.

Ja tymczasem przesiadam się do kolejnego autobusu. Ruszamy dalej.

Wszystko płynie.
Drogi, linie budynków, ciągi świateł układają się w kompozycje. Do tego ruch samochodów i ludzi — sunących, płynących na spotkanie nowego dnia albo na wypełnienie go pracą, działaniami, pomysłami. Jeszcze spokojnie, jeszcze bez korków. Ruch łagodny, harmonijny. Z tych porannych trajektorii tworzą się piękne linie — niemal jak rysunek techniczny wykonany z pośpiechem, ale z wyczuciem.

I nagle: jestem w Dolinie Paraíby.

Czyli w Taubaté.

Miasto-legenda. Stolica literatury dziecięcej Brazylii — a wszystko za sprawą jednego człowieka: Monteiro Lobato. To stąd pochodził. Tu jest jego muzeum. Tu stoi jego pomnik na rondzie (bo w Brazylii ważni ludzie trafiają albo do muzeum, albo na rondo — najlepiej w oba miejsca naraz).

Lobato wywodził się z majątku położonego kilkadziesiąt kilometrów stąd. Jego fazenda została przekształcona w muzeum i — warto to powiedzieć jasno — to właśnie ono jest prawdziwie warte odwiedzenia. Nie tylko dla dzieci, nie tylko dla miłośników literatury.

Monteiro Lobato był autorem bajek i krótkich form narracyjnych, które czyta się w Brazylii do dziś. Pisał mądrze, z ironią, czasem boleśnie trafnie. Jedną z jego najbardziej znaczących mini-powieści jest Negrinha — krótka, ale zostająca w człowieku na długo.

A ja?
Ja wysiadam z autobusu.

Między snem a miastem.
Między nocą a dniem.
Między drogą a opowieścią.

Karnawał w Sao Paulo

 Alice otwiera drzwi w fioletowym topie. Poda mi szklankę wody i za chwilę zrobi fioletowy makijaż wokół oczu. Jeszcze ma fioletowy wachlarz, który bardzo się przyda ze względu na temperaturę. Wybiera się na karnawał uliczny do sąsiedniej dzielnicy. Fiolet i żółty to kolory tego „bloco”, grupy muzycznej organizującej kilkugodzinną paradę karnawałową.


Karnawał kojarzy się zawsze z Rio de Janeiro. Cztery dni luzu i zabaw. Karnawał uliczny w poszczególnych dzielnicach i nocny wielki show na tzw. passarelach czyli wielkich stadionach, jednym słowem to, co jest transmitowane w TV na cały świat. W Rio wszystko jest na dużą skalę, ale w zasadzie czy Rio, czy Sao Paulo tudzież Floripa – wszystko na jedno kopyto.

Nocne, wielogodzinne show praktycznie do świtu, w czasie którego prezentują się poszczególne grupy-kluby tańczące sambę, zwane szkołami samby. Każda taka szkoła liczy od kilkuset do kilku tysięcy osób – tancerzy i innych. Przygotowują tematyczne prezentacje na każdy karnawał. Prezentacje poszczególnych grup w RJ trwają najdłużej, choć w tym roku skrócono trochę czas i skrócono dni prezentacji w Sp i RJ, pierwsze dni w SP, ostatnie w RJ. Można zobaczyć wszystkie pokazy poświęcając w całości cztery noce.

Turyści wieczorami spieszą na passarelę, mieszkańcy bawią się zapamiętale w ciągu dnia w karnawale ulicznym. Wolność i radość przyświecają zawsze karnawałowi, więc wyzwoleni z ubrań, wolni prawie tak, jak zostali stworzeni, spieszą na miejsca zbiórek, o umówionej godzinie muzyczne ciężarówki zaczynają grać, śpiewać i tańczyć. I wszyscy śpiewają i tańczą popularne marsze karnawałowe albo nowe utwory napisane na karnawał. Wzrok przyciągają mieszkańcy spieszący do blocos.


Ogólna zasada jest taka, bez ubrania, tylko z dekoracjami, czyli zaklejone sutki pod siatką i stringi. Bez względu na płeć. I makijaż ciała. Jest kolorowo, ale czy jest estetycznie? Gorąco, w tłumie goręcej. Gdy przechodzimy wąska ulicą, jeszcze bardziej gorąco, a gdy obok blaszanego płotu zagradzającego budowę jeszcze bardziej gorąco. Tony lodu, tysiące puszek, hektolitry wody i piwa.

Jednym z punktów koncentracji, jednym z miejsc, gdzie zaczyna się karnawałowe życie Sao Paulo (São Paulo), jest ulica Augusta, odchodząca od Alei Paulisty. To tutaj gromadzą się sąsiedzi, znajomi i nieznajomi, całe dzielnice i ci, którzy po prostu postanowili przyjść właśnie tu. Każdy w swojej fantasia, czyli przebraniu – bardziej lub mniej improwizowanym – czeka na znak do ruszenia. Nad wszystkim czuwa ciężarówka z nagłośnieniem, która wyznacza początek każdego bloco. Kiedy startują, miasto zamienia się w ruchomą rzekę kolorów.

Są jednak też takie blocos, które nigdzie nie idą. Ten ustawiony przed parkiem Ibirapuera kręci się tylko po wyznaczonym placu, zamkniętym na czas zabawy. Tłum pulsuje pod sceną dźwięku, trochę w przód, trochę w tył, a wokół – dziesiątki, jeśli nie setki parasoli sprzedających wodę, caipirinhę, piwo i wszystko, co może się przydać w upale. Nie mam swojej fantasii. Przyszłam tylko z aparatem. Ale tutaj nikogo to nie obchodzi – blocos wciągają wszystkich, którzy znajdą się choć na chwilę w ich orbicie.

Jednym z tych, które trafiam, jest Banda do Trem Elétrico. Bloco z historią – istnieje od 1984 roku i, jak sama nazwa sugeruje, elektryzuje ulice São Paulo swoim karnawałowym pochodem. To nie jest subtelna radość. To radość, która ciągnie ludzi za sobą, jak pociąg.

Nawet jeśli przyszłam tu tylko z aparatem, bez skrzydeł, brokatu czy przebrania, to w którymś momencie orientuję się, że idę z tłumem. Jakby karnawał wciągał człowieka niepostrzeżenie, krok po kroku.

I wtedy rozumiem: w São Paulo karnawał nie dzieje się „na ulicy”.
Karnawał dzieje się z ludźmi.



















Największe miasto południowej półkuli



Z okna samolotu ciągnęło się jak flaki z olejem. Z ziemi też się ciągnie, wieżowce, prawie eleganckie. Mury domów przyklejone do niewielkich wzgórz, mozaika materiałów budowlanych, szeroka paleta kolorów, gdzieś brakuje cegły albo pustaka, albo szyby w oknie. Nigdzie nie brakuje bezdomnych. Małe skwery między ulicami, chodniki wzdłuż ulic, na pewno wiadukty, nie wiem czy podbrzusze jakiegoś jest niezamieszkane. Bać się? Straszą ze wszystkich stron, że to największe na południowej półkuli miasto jest bardzo niebezpieczne, więc jestem ostrożna. Może trochę zbyt sparaliżowana strachem na początek, ale niepotrzebnie.

Dworzec, metro, jaki tu mają system biletów? Ach ok, są w maszynie pojedyncze papierowe. Wyjście z metra Palmeiras Barra Funda, nadchodzi zmrok i nadchodzą do metra ludzie wracający do domów. A ci, którzy nigdzie od długiego czasu się nie spieszą, leżą, patrzą, czekają na okazję? Ci, którzy zawsze śpią na tych chodnikach. Jedni mają problem z zasypianiem, inni nie mogą się obudzić. Oczy wydają się mieć obojętne, idę pewnym krokiem, wchodzę w miasto zaznaczyć je swoimi krokami. Z boku, nade mną otwarta dłoń jako część Pomnika Ameryki Łacińskiej Oscara Niemeyera, w Kurytybie pozostawił po sobie oko (Muzeum Niemeyera). Otwarta dłoń zawsze daje nadzieję - na powitanie, na przyjaźń. We wnętrzu dłoni czerwona plama kontynentu z czerwoną smugą ciągnącą się pod Ziemią Ognistą. Przypominają się sceny z filmu Carandiru, nie wiem dlaczego, bez związku. Po prostu czerwień spływająca ze schodów. Tak jak ta plama zakrywająca linie papilarne dłoni. Stacja metra Carandiru została daleko za mną na szlaku linii niebieskiej, zanim przesiadłam się na czerwoną.

Metro staje się jedną z ulubionych rzeczy w SP. W tym metropolitalnym ekspresie ludzie wszystkich typów, o różnych sylwetkach, twarzach i rozmiarach i każdy nosi i wozi ze sobą swój pakiet problemów. Cztery linie. Pulsujące główne żyły miasta, szybko mnie przenoszą z miejsca na miejsce i dają poczucie bezpieczeństwa, podobnie jak okolice stacji. Z wyjątkiem stacji „Se” po zmroku, lepiej wysiąść na którejś z sąsiednich, nikt o zdrowych zmysłach nie wychodzi ani nie wchodzi nocą do stacji Se. Tak, to tam gdzie katedra. Otoczona kordonem policji w ciągu dnia. Jak całe stare downtown, które przerażająco wygląda w niedzielne przedpołudnie, gdy wszystko jest zamknięte i ulice są w posiadaniu mieszkańców ulicy. Przejeżdżające samochody wolą nie zatrzymywać się na czerwonym świetle. Nie wszędzie jest policja, ale wszędzie może się znaleźć ktoś „szalony” po ckracku.

Dym, papiery i kurz przemieszczają się jak autostopem, bez celu. I ludzie którzy nie różnią się zbytnio od papierów, kurzu lub dymu. Szaleńcy i królowie ulic. Kobieta próbuje robić użytek z butelki po dezodorancie, zgodnie z jego przeznaczeniem. Jej ciało przy tym kręci się jak kulka w tej butelce. Nie chcę spotkać jej wzroku.

Mieszkańcy ulicy mają kunsztowne” mieszkania z kartonów i folii. Czasem jest to wiele pomieszczeń. Są nieźle skonstruowane, z niczego. Niektórzy mają namioty. Albo mają dwukołowe wózki. Sam wózek jest już schronieniem, to dach, który stojąc dyszlem w górę daje schronienie przed słońcem, nadkryty folią jest domem ze ścianami, którego deszcz nie zmorze. A ustawiony pod wiaduktem, jest twierdzą. Kochane wiadukty Sao Paulo, chodzi się tam z duszą na ramieniu, albo się nie chodzi.

Awenidą Paulo VI idę do Beco do Batman, przez środek ma chodnik do spacerów i biegania, jej pobocza obstawione są „mieszkaniami”. Pod wiaduktem jest „osiedle”. Wieczorem mogę się odważyć tylko na spacer awenidą Paulista, jedną z głównych alei miasta. Jest jak wąwóz między modernistycznymi, wysokimi budynkami. Na jego dnie, tuż na chodniku rozwija się inna architektura, powstają konstrukcje z kartonów i folii, pieczołowicie poskładana garderoba, starannie ułożone buty. Ktoś znalazł schronienie na nocleg w czterech ścianach banku, tam gdzie bankomaty. Pomiędzy wieżowcami, od czasu do czasu prześwitują zabytkowe rezydencje, nieliczne jakie zostały po ogłoszeniu o wejściu w życie następnego dnia prawa o ochronie tych domów i ich zabytkowym statusie. Wówczas jeszcze niemal cała aleja była pełna takich domów. Właściciele, przerażeni tym że nie będą mogli dokonać zmian w ich stylu, ani sprzedać terenu pod budowę wieżowca, wyburzyli je w ciągu jednej nocy, bądź doprowadzili do takiego stanu, że niemożliwa była restauracja.

Paulista to nowy downtown, rozciąga się na wzniesieniu. Schodzi w jedną stronę do parku Ibirapuera, wśród jednych z najdroższych apartamentowców, a w drugą w kierunku starego downtown. Jest największym z parków Sao Paulo. Ma imponującą powierzchnię, choć 2 razy mniejszą od Parku Centralnego w NJ. Czego tam nie ma, muzea, planetarium, sztuczne lodowisko, plac zabaw dla dzieci, ale gości przede wszystkim właścicieli psów spacerujących z nimi tam i z powrotem. A po jeziorze pływają czarne łabędzie. Obserwuję ich taniec przy brzegu, kiedy się myją.

Jest jeszcze najnowsze downtown. Tworzy się na południu miasta, w okolicach Ponte Estaiada.

A nad wszystkim góruje Jaragua, czyli władca doliny (w języku tupi), najwyższa góra w mieście, 1135 m. n.p.m., zachęca do wędrówek i gubienia się na swoich szlakach oraz podziwiania widoku na miasto i jest obojętna na los miejscowych Indian – Kilkuset Guarani żyje na niewielkiej powierzchni i od lat domaga się wyznaczenia granic swojej ziemi. Nie w smak to władzom miasta i deweloperom.







Po co Brazylii Espirito Santo?

Po co Brazylii Espirito Santo? Tak mówią złośliwi Brazylijczycy z innych stanów. Po co w ogóle tam jedziesz?! Jeszcze inni dodają, że Portug...