Festa Junina - byk, kukurydza, quadrilha i grzaniec z cachaçy

Indianie w Andach mają swoje Inti Raymi, w Polsce mamy Sobótkę, wianki, ogniska i skakanie przez nie, a Brazylia ma festas juninas. I ma też boi – byka, który w czerwcu potrafi wyjść na ulicę i zostać jednym z głównych bohaterów świętowania.

W Belo Horizonte poznałam Victora, Peruwiańczyka, i to właśnie on zaprosił mnie na Cortejo da Turma NUFAC, zorganizowane przy NUFAC-u – Núcleo de Formação e Criação Artística e Cultural. Skoro zostałam zaproszona, poszłam. Nie wiedziałam dokładnie, czego się spodziewać. Okazało się, że trafiłam na jedną z artystycznych odsłon festas juninas. Był już czerwiec, więc wszystko się zgadzało. A najważniejszy był byk.

Nieprawdziwy, chociaż poruszał się z takim przekonaniem, jakby Avenida dos Andradas rzeczywiście należała do niego. Pod kolorowym kostiumem znajdował się człowiek, który wprawiał boi w ruch, a właściwie w taniec. Towarzyszyli mu muzycy i tancerze w strojach inspirowanych kulturą afrobrazylijską. Ruszył niewielki cortejo, czyli pochód, i nagle zwyczajna ulica w Belo Horizonte dostała własną muzykę, rytm i grupę ludzi tańczących za bykiem.

W Brazylii tradycje związane z boi mają wiele regionalnych odmian i łączą wpływy europejskie, afrykańskie oraz rdzenne. Najbardziej znane są Bumba Meu Boi czy Boi-Bumbá, ale w Minas Gerais tradycja przybiera własne formy i spotyka się z kulturą afro-mineira oraz współczesną działalnością artystyczną.

Tutaj boi nie wyszedł jednak na wielką paradę. To był kameralny pochód – trochę przedstawienie, trochę taniec, trochę święto wspólnoty. 

A potem kultura przeniosła się z ulicy na stół. Przyszła pora na jedzenie. Czekały już potrawy przygotowane na bazie kukurydzy. I nie był to przypadkowy wybór. Kukurydza jest jednym z wielkich bohaterów brazylijskich festas juninas. Czerwcowe święta przypadają na okres jej zbiorów, więc milho dostało w tym czasie swoje pięć minut – a właściwie cały stół.

Można mieć różne wierzenia, różne rytuały i różne sposoby świętowania, ale na końcu i tak dobrze jest coś razem zjeść.

Tyle że moja „właściwa” festa junina miała dopiero nadejść. I spotkała mnie w Vitórii – oczywiście w wersji właściwej dla Vitórii.

– Tej nocy jest festa junina – oznajmił Bernardo. – Idziemy. Oczywiście, że idziemy. Nadal jednak nie wiedziałam, na co właściwie idę.

Tam, gdzie jeszcze rano odbywało się cotygodniowe targowisko warzywno-owocowe, wieczorem pojawiły się stragany z jedzeniem. Tym razem już naprawdę regionalnym i typowym dla festa junina. I znów kukurydza miała swoje pięć minut. A właściwie kilka godzin.

Były występy, muzyka i tańce. Ludzie przebrani za wieśniaków: mężczyźni w dżinsach, flanelowych koszulach w kratę i słomkowych kapeluszach z postrzępionym rondem, kobiety w kolorowych, falbaniastych spódnicach. Wyglądali tak, jakby cała brazylijska wieś umówiła się tego wieczoru na wspólną zabawę.

Tak wystrojeni wszyscy czekali na quadrilhę.

Quadrilha to jeden z najbardziej charakterystycznych elementów festa junina. Taniec ma swoje korzenie w europejskiej quadrille, ale w Brazylii został po swojemu przerobiony, roztańczony i mocno związany z kulturą wiejską. To właściwie całe taneczne przedstawienie: para za parą ustawia się w szeregu, uczestnicy wykonują kolejne figury i reagują na komendy prowadzącego. Są zwroty, koła, przejścia, zmiany miejsc, a czasem także inscenizowany ślub – najczęściej dlatego, że pannę młodą trzeba było wydać za mąż, choć pan młody podobno nie zawsze jest tym zachwycony.

Całość przypomina trochę połączenie tańca, przedstawienia i bardzo wesołej lekcji wychowania fizycznego, podczas której nikt nie chce siedzieć na ławce.

A skoro mamy kalendarzową zimę, trzeba się było również odpowiednio rozgrzać. W rękach pojawiły się kubki z quentão – ciepłym napojem na bazie cachaçy.

Czyli brazylijska odpowiedź na nasz zimowy grzaniec.

My w grudniu, na jarmarkach bożonarodzeniowych, rozgrzewamy się winem z przyprawami. Brazylijczycy robią to w czerwcu, przy kalendarzowej zimie, tylko zamiast wina mają cachaçę. Klimat może inny, ale idea pozostaje ta sama: jeśli jest zimno, powiedzmy chlodno, to trzeba coś cieplego wypić, najlepiej w towarzystwie.

Bo niezależnie od szerokości geograficznej, tradycji i tego, czy przez ulicę przechodzi orszak z bykiem, czy skaczemy przez sobótkowe ognisko, ludowe świętowanie kończy się zazwyczaj podobnie. Muzyka cichnie, taniec się kończy, a człowiek zaczyna szukać czegoś do jedzenia. Tu do wyboru, np.: zupy na bazie kukurydzy, canjica - deser z białej kukurydzy gotowanej z mlekiem, mlekiem skondensowanym i kokosem, pamonha - kukurydziana masa przygotowywana ze świeżej kukurydzy, zawijana w liście kukurydzy i gotowana -

na słodko lub na słono


Przyszłam zobaczyć capoeirę, zostałam narysowana

W małej miejscowości w stanie Rio de Janeiro trafiłam na kolejne z tych miejscowych doświadczeń, których nie da się znaleźć w przewodniku. W szkole uczniowie mieli zajęcia pozalekcyjne z capoeiry. 

Nie wiedzialam w ogóle co to jest. Dlatego kiedy uczniowie zaprosili mnie, żebym zobaczyła ich zajęcia, oczywiście poszłam. A oni przygotowali dla mnie specjalną prezentację.

I wtedy okazało się, że capoeira to znacznie więcej niż efektowne kopnięcia.

To afro-brazylijska tradycja, w której spotykają się walka, taniec, muzyka, śpiew i rytuał. Dwóch uczestników znajduje się w środku roda – kręgu, który tworzą pozostali. Są ruchy, uniki, kopnięcia, akrobatyczne figury, ale też muzyka, klaskanie i śpiew. UNESCO uznało roda de capoeira za niematerialne dziedzictwo ludzkości.

Jej historia jest związana z Afrykanami przymusowo przywiezionymi do Brazylii i ich potomkami. Capoeira przez lata była również formą oporu i sposobem zachowania kultury. Nie wiem jakie są dokładne początki capoeiry, nie są do końca jednoznaczne i istnieją różne interpretacje jej afrykańskich korzeni. Które afrykańskie tradycje wpłynęły na jej rozwój?

Dowiedziałam się, że capoeira nie jest jedna. Jest między innymi Capoeira Angola, bardziej tradycyjna, z ruchami wykonywanymi niżej i większym naciskiem na rytuał, grę i dialog między zawodnikami. Jest Capoeira Regional, rozwinięta przez Mestre Bimbę, bardziej dynamiczna i usystematyzowana. Są też współczesne odmiany łączące elementy obu stylów.

I tak oto przyszłam do szkoły popatrzeć, zostałam widzem prywatnego pokazu. Uczniowie prezentowali kolejne ruchy, a ja próbowałam nadążyć wzrokiem.

Najbardziej podobało mi się jednak to, że to oni chcieli mi coś pokazać. Dla nich była to zwyczajna część szkolnego życia. Dla mnie – mała lekcja brazylijskiej kultury, której wcześniej właściwie nie znałam.

Od trenerów dowiedziałam się, że Capoeirę można dziś spotkać także w Polsce, więc nie jest już wyłącznie brazylijską ciekawostką. Ale oglądanie jej tutaj, w małej szkole w stanie Rio de Janeiro, z uczniami, którzy z dumą prezentują coś, co sami ćwiczą po lekcjach, miało zupełnie inny smak. Takie zaproszenia są najlepszą częścią podróży, gdzie ktoś mówi: „Chodź, pokażemy ci, co robimy”.

A potem dociera do mnie list od jednej z dziewczyn, przekazany przez kogoś. W środku – mój portret. Narysowała mnie dokładnie taką, jaką zobaczyła tego dnia, odwzorowując nawet mój strój. Zostawili mi pamiątkę z tego spotkania.

Inhotim, czyli muzeum, które wyszło z budynku


Po co jechać do Minas Gerais? A po co właściwie do Belo Horizonte? Vitoria z Campinas uważała, że jest tylko jeden naprawdę godny odwiedzenia powód: Inhotim. No dobrze, ale jechać specjalnie do BH, żeby odwiedzić jedno muzeum? I to jeszcze takie, które znajduje się kilkadziesiąt kilometrów za miastem?
Sprawdziłam.

I stwierdziłam, że Inhotim to miejsce, w którym muzeum postanowiło wyjść z budynku, zamieszkać w ogrodzie i zrobić sobie bardzo dużo miejsca.

Bo Inhotim nie jest muzeum, do którego wchodzi się przez drzwi, ogląda trzy piętra i po godzinie wychodzi. To ogromny teren, na którym galerie, pawilony i instalacje poukrywane są wśród tropikalnej zieleni, stawów, palm i ogrodów. Tu sztukę ogląda się w ruchu. A tego ruchu jest sporo.

Żeby zobaczyć wszystko w jeden dzień, trzeba właściwie zasuwać z motorkiem w… no, wiadomo gdzie. Galerie ustawione są przy trasach oznaczonych trzema kolorami, więc wybierasz kolor i wio! 

Dla tych, którzy nie zamierzają robić sobie z wizyty zawodów w chodzeniu, są małe samochodziki wożące zwiedzających między najważniejszymi punktami. I bardzo dobrze, bo teren jest naprawdę ogromny.

Sam Inhotim powstał z prywatnej kolekcji brazylijskiego przedsiębiorcy Bernardo Paza i z czasem rozrósł się do jednego z najważniejszych miejsc sztuki współczesnej w Brazylii. Co jakiś czas pojawiają się nowe wystawy, inne znikają, więc nawet jeśli ktoś był tu wcześniej, niekoniecznie zobaczy to samo.

A ze sztuką współczesną mam relację trochę skomplikowaną. Nie wszystko mnie zachwyca. Niektóre pomysły przypominają mi te, na które można trafić w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, w naszym słynnym dziwnym klocku. Czasami patrzę na dzieło i zastanawiam się, czy artysta rzeczywiście chciał powiedzieć coś ważnego, czy po prostu bardzo dobrze wiedział, że nikt nie odważy się powiedzieć: „Ale o co tu właściwie chodzi?”. Niektóre prace mogą być też zwyczajnie niesmaczne.

Ale Inhotim ma coś, czego zwykła galeria nie ma – przestrzeń. Tutaj sztuka nie konkuruje z czterema ścianami. Może być schowana w lesie, stać nad wodą albo zajmować cały pawilon. Sam spacer pomiędzy ekspozycjami jest częścią wizyty.

Mnie szczególnie urzekła wystawa fotografii poświęcona Yanomami. Nagle cała ta efektowna, kolorowa i momentami bardzo wymyślna sztuka współczesna ustąpiła miejsca ludziom, ich codzienności i metafizyce.

A przy okazji Minas Gerais oferuje jeszcze jedną atrakcję, o której przewodniki raczej milczą: suchą skórę i idealnie gładkie włosy. Bez balsamu nawilżającego po skórze można pisać. Włosy natomiast nie napuszają się od wilgoci, tylko zaczynają się normalnie układać - i to było największe odkrycie i zdumienie poznanej pary z Belem w stanie Para, mieszkającej od dwóch lat w BH.

Minas Gerais to przede wszystkim góry i doliny, urokliwe miasteczka, kościoły wyglądające jak wyjęte z Europy i historia, która na Brazylijczykach robi ogromne wrażenie. Choć, jak wiadomo, nie na wszystkich. A teraz mogę do tej listy dopisać Inhotim.

Czy warto jechać do Belo Horizonte tylko po to, żeby zobaczyć jedno muzeum?

Po zobaczeniu Inhotim odpowiadam: to zależy, jak bardzo lubicie muzea, które nie potrafią usiedzieć w jednym budynku.

Indianie, Polonia i Chrystus w chmurach - Rio de Janeiro

 Chmury nadal nie odpuszczają, ale około południa deszczowi najwyraźniej nudzi się już padać. Korzystam z okazji i ruszam w stronę Copacabany. Po drodze zaglądam do Muzeu do  Indio.

To jedno z tych miejsc, które bardziej intrygują nazwą niż zawartością. Dyżurujący tam Indianin wyjaśnia, że główny budynek jest w remoncie. Do zwiedzania pozostaje niewielka sala z dość skromną ekspozycją, a resztę uzupełniają fotografie ustawione na zewnątrz.

Moją uwagę przyciągają gliniane figurki, jakich wcześniej nie widziałam.

– Jakie jest ich przeznaczenie? – pytam strażnika.

Wzrusza ramionami.

– Proszę zapytać jego.

„Jego” okazuje się Indianinem opiekującym się ekspozycją.

– Nic konkretnego – odpowiada. – Do dekoracji.

Trochę szkoda. Liczyłam na tajemniczą funkcję.

Na pocieszenie dostaję kilka książek. Wychodzę więc z muzeum bogatsza o literaturę i kilka dodatkowych kilogramów pod pachą.

Docieram na mokre piaski Copacabany i Ipanemy. Chrystus Odkupiciel prowadzi ze mną własną grę w chowanego. Stoi przecież dokładnie tam, gdzie zawsze, na szczycie Corcovado, ale raz go widać, raz znika za chmurami. Bywają miejsca, z których powinien górować nad miastem, a tymczasem pozostaje jedynie domysłem. Widocznie nawet on uznał, że w taką pogodę najlepiej schować się pod kołdrą z chmur.

Przy okazji odkrywam jeszcze coś. Siedziba Sociedade Polônia mieści się przy tej samej ulicy co dom Ruana. Skoro jestem tak blisko, nie mogę tam nie zajrzeć.

Trafiam akurat na przyjęcie. Część budynku została wynajęta na imprezę, ale stowarzyszenie normalnie funkcjonuje. Za jedną ścianą gra muzyka, słychać śmiechy i rozmowy, a za drugą członkowie Sociedade Polônia spokojnie omawiają swoje sprawy. Nikt nikomu nie przeszkadza. Brazylijczycy chyba opanowali do perfekcji sztukę godzenia życia towarzyskiego z codziennością. U nas pewnie ktoś poprosiłby o ściszenie muzyki. Tutaj Polonia pracuje, goście świętują, a jedni drugim nawet przez chwilę nie wchodzą w drogę.




 

Rio, którego nie zamawiałam

 





Dalej leje. Gdybym nie wiedziała, że jest czerwiec, zaczęłabym podejrzewać, że ktoś pomylił pory roku. Nieustające deszcze w czerwcu w Rio? Cóż, mam szczęście trafiać na lokalne rekordy pogodowe.

O szlakach mogę zapomnieć. O plażowaniu również. Parki bardziej przypominają rozlewiska niż miejsca na spacer. Trzeba więc zmienić plan i zaprzyjaźnić się z atrakcjami, którym deszcz niestraszny.

Na początek Escadaria Selarón. Schody, które chilijski artysta Jorge Selarón zamienił w swoje życiowe dzieło. Pokrył je tysiącami kafelków z ponad sześćdziesięciu krajów. Trudno powiedzieć, czego jest tu więcej – kolorowych płytek czy ludzi próbujących zrobić sobie zdjęcie.

Później uciekam do Centro Cultural Banco do Brasil. To jedno z tych miejsc, do których wpada się „na chwilę”, a wychodzi znacznie później. Kolejne wystawy skutecznie odciągają uwagę od deszczu za oknem. Kilka ulic dalej zaglądam do Biblioteki Narodowej. Nagle okazuje się, że nawet jeśli nie planowałam spędzić dnia między książkami, to trudno oderwać wzrok od ogromnej czytelni, marmurów i wnętrz pamiętających czasy, gdy Rio było stolicą cesarstwa.

Na koniec trafiam do Muzeum Sztuki Nowoczesnej. I właśnie tutaj pogoda niespodziewanie zaczyna współpracować. Ogromny plac przed budynkiem zamienia się w lustro. W odbiciu charakterystyczna bryła muzeum wygląda jak paszcza ogromnego krokodyla połykającego wszystkich, którzy spieszą na wystawę. Po obu stronach wejścia wiatr szarpie wysokie palmy, których liście przypominają rozczochrane pióropusze. Tafla placu zlewa się dzisiaj kolorystycznie z oceanem. Przez chwilę zastanawiam się, czy architekt naprawdę to zaplanował, czy tylko deszcz postanowił dopisać do projektu własną interpretację.

Są takie miejsca, które najlepiej wyglądają w pełnym słońcu. I są takie, którym deszcz dodaje charakteru. Muzeum Sztuki Nowoczesnej zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.

Rio się zachmurza - Rio de Janeiro

Miasto pod pastelowym, kolorowym niebem powoli szykuje się do snu. To znaczy teoretycznie. Bo Rio zasypia mniej więcej tak chętnie, jak ja po podwójnym espresso. Samochodów nie ubywa, mam wręcz wrażenie, że z każdą minutą przybywa nowych. Rzeki świateł płyną we wszystkich kierunkach, a niebo zmienia kolory z różu i pomarańczy na granat, by w końcu zniknąć w czerni.

Wracam z Cabo Frio z Allanem. Początkowo chce mnie wysadzić przy przystanku, z którego odjeżdżają autobusy do centrum. Okazuje się jednak, że stąd można co prawda pojechać autobusem, ale raczej na obrzeża Rio. Ten, którego potrzebuję, znajduje się dobre kilkaset metrów, a może nawet kilometr dalej, przy tej samej alei. Blisko, ale wieczoem lepiej tu nie chodzić.

Zatrzymujemy się przy właściwym zespole przystanków. W Rio, przy szerokich alejach, przystanki nie tworzą jednego miejsca. Są rozrzucone wzdłuż ulicy, często na wyspach między jezdniami, a każdy obsługuje zupełnie inne linie. Trzeba więc najpierw znaleźć odpowiednią wyspę, a dopiero potem właściwy autobus.

Pozostaje tylko ustalić, z którego przystanku, na którym chodniku i według jakiej tajemnej logiki. Po chwili znajduję właściwe miejsce. Tylko dlaczego stoję tu prawie sama? „Spokojnie, zaraz przyjdą” – uspokajam się. W Rio internetowy rozkład jazdy jest bardziej inspiracją niż dokumentem.

– Czy na pewno tędy jedzie ten autobus? – pytam dziewczynę obok.

– Tak, też na niego czekam.

Świetnie. Czyli są już dwie osoby, które wierzą w ten sam autobus.

W końcu nadjeżdża. A właściwie przejeżdża. Drugim pasem. Machamy jak rozbitkowie wypatrujący statku ratunkowego. Kierowca nas widzi. Naprawdę widzi. Tylko że przypomina sobie o przystanku dopiero teraz, kiedy jest już otoczony sznurem samochodów i może jedynie bezradnie rozłożyć ręce.

Tak bardzo skupiłam się na tropieniu kolejnego, że nie zauważyłam wiadomości od Ruana, że był blisko i próbował mnie odebrać. Do jego domu docieram więc chwilę po nim.

To pastelowe niebo okazało się ostatnim, jakie zobaczyłam podczas tego pobytu w Rio.. Następnego dnia nad miastem zawisły chmury i najwyraźniej podpisały umowę na pobyt bezterminowy.

Spaceruję plażą Flamengo aż do Botafogo. Góra Cukrowa gdzieś owszem jest na swoim miejscu, ale dziś chmury  wymazują jej czubek z krajobrazu.

Praia Vermelha w słoneczny dzień

Docieram na Praia Vermelha. Widoków nadal niewiele, za to niezmiennie stoi tu Fryderyk Chopin. Pomnik trafił na plażę dzięki brazylijskiej Polonii, która ufundowała go dla uczczenia setnej rocznicy śmierci kompozytora. Od tamtej pory Chopin cierpliwie znosi deszcze, upały i tłumy turystów. Chyba jest jedynym Polakiem w Rio, którego nawet ulewa nie jest w stanie wygonić z plaży.

Skoro widoków nadal brak, odbijam na cmentarz São João Batista. Z jednej strony grobowce, z drugiej wspinająca się po zboczu favela Santa Marta. Przez chwilę zastanawiam się, kto ma lepszy adres – mieszkańcy z widokiem na cmentarz czy ci z cmentarza z widokiem na fawelę.

Czekam na autobus i jadę na Copacabanę. I wtedy zaczyna padać. Plaża znika. Wzgórza znikają. Nie widać nawet końca promenady. Wydaje mi się, że mleko leje się z nieba.

Skoro plaże zrobiły sobie dzień wolny, pozostają galerie handlowe, kawiarnie i inne tym podobne pierdoły.

Tak mija dzień, który kończy się jedynym naprawdę wyraźnym wydarzeniem – zwycięstwem Brazylii nad Szkocją.

Pomnik Chopina w Rio de Janeiro


 

Po co Brazylii Espirito Santo?

Po co Brazylii Espirito Santo? Tak mówią złośliwi Brazylijczycy z innych stanów. Po co w ogóle tam jedziesz?! Jeszcze inni dodają, że Portugalia jest takim Espirito Santo Europy. A jednak jadę, zobaczyć, może ma jakieś sekrety.

Kiedy myślimy o misjach jezuickich w Ameryce Południowej, przed oczami stają nam monumentalne ruiny w Paragwaju, argentyńskim Misiones czy w naszym południowym Rio Grande do Sul. Mało kto jednak wie, że to właśnie tutaj, w niepozornym i pomijanym przez masową turystykę stanie Espírito Santo, ważyły się losy całej kolonialnej Brazylii.

Podczas mojej podróży Śłonecznym Wybrzeżem zaczęłam odkrywać kropki, które łączą indiańskich wodzów, świętych lingwistów i architekturę z tłuszczu wielorybiego. Oto pięć fascynujących ciekawostek o Espírito Santo, które kompletnie zmienią Wasze spojrzenie na ten stan!

W 1535 roku do brzegów dzisiejszego Vila Velha przybił portugalczyk Vasco Fernandes Coutinho. A że w kalendarzu wypadła właśnie Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki), Coutinho nie zastanawiał się długo i nazwał nową ziemię na cześć tego święta. Ile to już wieków przetrwała ta nazwa?

O Pałacu Anchieta już pisałam - elegancki, neoklasyczny Palácio Anchieta (Pałac Anchieta), będący dziś siedzibą władz stanowych. W XVI wieku ten budynek w ogóle nie przypominał pałacu. Było to potężne Kolegium Jezuickie św. Jakuba. To właśnie stąd zakonnicy ruszali w głąb lądu, by zakładać misje, i to tutaj zapadały najważniejsze militarne decyzje. Gdy wielki wódz ludu Temiminó, Maracajá-guaçu, ewakuował swoje plemię z ogarniętego wojną Rio de Janeiro, to jezuici z tego kolegium koordynowali akcję ratunkową i dali Indianom schronienie.

Pałac nazwę zawdzięcza ojcu Józefowi Anchiecie (dziś świętemu). Ten człowiek miał niebywały talent językowy. Aby skutecznie porozumiewać się z rdzenną ludnością, jako pierwszy w historii skodyfikował gramatykę i stworzył słownik języka tupi! Mało tego – pisał w tym języku dramaty religijne i wiersze, które Indianie śpiewali i wystawiali na plażach.

Gdy ojciec Anchieta zmarł w 1597 roku w misji Reritiba (dzisiejsze miasto Anchieta na południu stanu), rdzenni mieszkańcy z ludu Temiminó wpadli w głęboką żałobę. Kochali go i szanowali jako swojego obrońcę przed brutalnymi plantatorami. Aby oddać mu hołd, Indianie wzięli jego ciało na własne barki i nieśli je na piechotę przez ponad 90 kilometrów wzdłuż oceanu, aż do Kolegium jezuickiego w Vitórii, gdzie został pochowany. Dziś ten szlak (Passos de Anchieta) jest brazylijskim odpowiednikiem Drogi św. Jakuba i przyciąga tysiące pielgrzymów oraz wędrowców.

Espírito Santo to nie tylko piękne plaże i pyszna moqueca capixaba. To również ciekawa, żywa historia, która ukształtowała dzisiejszą mapę Brazylii!


Śladami brazylijskiego Santiago, czyli jak jezuici i Indianie stworzyli Rio de Janeiro

Dopiero w Sao Pedro de Aldeia odkryłam historię jezuitów w Espirito Santo.

Pierwsza myśl o jezuitach w Ameryce Południowej biegnie ku Paragwajowi, argentyńskiemu Misiones, Boliwii czy Rio Grande do Sul – to tam powstawały te gigantyczne, samowystarczalne „państwa w państwie”, czyli słynne redukcje jezuickie.

Ale brazylijskie wybrzeże, w tym właśnie Espírito Santo, kryje zupełnie inny rozdział tej samej historii. Tam jezuici nie budowali odizolowanych miast w głębi dżungli, ale działali na pierwszej linii frontu kolonialnego, ramię w ramię z portugalską koroną i indiańskimi wodzami, takimi jak Maracajá-guaçu i Araribóia.

To właśnie w Espírito Santo (dokąd uciekł lud Temiminó) jezuici stworzyli podwaliny pod kulturową i religijną tożsamość dzisiejszej Brazylii. Gwiazdą tego regionu był człowiek, który stał się legendą – ojciec Józef Anchieta (José de Anchieta).

Gdy Temiminó dotarli do Espírito Santo, jezuici otoczyli ich opieką, tworząc dla nich tzw. aldeamentos – kontrolowane przez zakon wioski misyjne. Najsłynniejszą z nich była Misja Reritiba (dzisiejsze miasto Anchieta na południe od Vitorii).

To tutaj ojciec Józef Anchieta spędził ostatnie lata swojego życia. Postać to niezwykła:

  • Lingwista i poeta: Jako pierwszy skodyfikował gramatykę języka tupi. Pisał w tym języku dramaty religijne i wiersze, które Indianie śpiewali i wystawiali na plażach.

  • Wielki mediator: Był obrońcą praw rdzennej ludności przed brutalnością portugalskich plantatorów, którzy chcieli Indian zniewolić. Dla plemion takich jak Temiminó sojusz z jezuitami był jedyną szansą na przetrwanie – zyskali ochronę prawną w zamian za przyjęcie chrztu i pomoc w obronie kolonii.

Wchodzę do okazałego Pałacu Anchieta w Vitorii. Zanim jednak rozejrzę się po wnętrzach, muszę przejść przez formalności. Parter i podziemia można zwiedzać codziennie za darmo, ale – ach, te brazylijskie, wszechobecne rejestracje! Czasami nawet po to, by wejść do zwykłego parku, trzeba wpisać się na listę, podając tyle danych, że tylko numeru buta brakuje.

Pałac Anchieta w Vitórii, dawne serce jezuickiej machiny w stanie Espírito Santo, dziś służy jako siedziba rządu stanowego oraz przestrzeń wystawiennicza. Podczas gdy na dole turyści podziwiają ekspozycje, na piętrze wre codzienna praca urzędników. Niegdyś jednak w murach całego budynku tętniła nauka – w XVI wieku miejsce to narodziło się jako Kolegium Jezuickie św. Jakuba (Colégio de São Tiago) wraz z przylegającym do niego kościołem.

Dla mnie przekroczenie tego progu oznacza coś więcej. Wchodzę do miejsca, w którym ważyły się losy Araribói, jego ojca i całego plemienia Temiminó. To właśnie tam kuto sojusz, który kilkanaście lat później doprowadził do odbicia Rio de Janeiro i narodzin Niterói!

Kiedy wódz Maracajá-guaçu ewakuował swój lud z Rio do Espírito Santo, to właśnie zakonnicy z tego kolegium w Vitórii koordynowali całą akcję pomocową. Stąd jezuici ruszali w teren, by zakładać misje (takie jak Reritiba), i to tutaj zapadały kluczowe decyzje polityczno-wojskowe. Kolegium w Vitórii było centrum dowodzenia – to tam decydowano, jak rozmieścić indiańskich sojuszników, by jednocześnie dać im schronienie i zabezpieczyć kapitanię przed atakami.

Ojciec Józef Anchieta spędził w tym budynku mnóstwo czasu, zarządzając misjami w całym regionie. Co więcej, to właśnie w Kolegium św. Jakuba (dzisiejszym pałacu) odbyły się jego uroczystości żałobne. Gdy Anchieta zmarł w 1597 roku w misji Reritiba, Indianie Temiminó i inni rdzenni mieszkańcy nieśli jego ciało na własnych barkach przez ponad 90 kilometrów wzdłuż wybrzeża – prosto do Vitórii. Został pochowany w tutejszym kościele jezuickim. Choć kościół później spłonął, w pałacu do dziś znajduje się symboliczny grobowiec i pamięć o nim.

Skoro o tej pośmiertnej procesji mowa – ta stukilometrowa trasa, którą Indianie pokonali z ciałem ojca Anchiedy, nie odeszła w zapomnienie. Przeciwnie! Dziś Brazylia ma dzięki temu swój własny odpowiednik słynnego Camino de Santiago – szlak Passos de Anchieta (Kroki Anchiedy). Jeśli Hiszpania ma swoje kilometry do grobu św. Jakuba, to Brazylia nie mogła być gorsza i ma trasę z Vitórii do miasta Anchieta. Tradycja ta przyciąga co roku setki śmiałków, którzy postanawiają sprawdzić stan swoich stawów skokowych i determinacji. Maszerują oni cztery dni, mijając plaże, wzgórza i wioski, a całe to przedsięwzięcie ma w sobie tyleż mistycyzmu, co czystej, brazylijskiej pasji do trekkingu. Dzisiejsi piechurzy, w przeciwieństwie do dzielnych Indian Temiminó, nie niosą na barkach nikogo poza własnymi plecakami wypełnionymi kremem z filtrem UV.

Gdy w 1759 roku jezuici zostali wypędzeni z Brazylii przez portugalski rząd (w ramach reform markiza de Pombal), budynek przeszedł na własność korony. Wtedy też zmieniono jego funkcję na siedzibę rządu stanowego, a na cześć wielkiego zakonnika nazwano go Palácio Anchieta.

Dlaczego te misje były inne niż w Paragwaju? W Paragwaju czy na południu Brazylii (Sete Povos das Missões) jezuici chcieli stworzyć idealne, odizolowane od zepsutego świata kolonizatorów społeczeństwa chrześcijańskie. W Espírito Santo misje miały charakter strategiczny i obronny. Były buforem bezpieczeństwa. Indianie z misji jezuickich – wyedukowani, lojalni i zorganizowani – stanowili elitarną armię, która regularnie ratowała rodzącą się Brazylię przed atakami innych, wrogich plemion oraz piratów.

To właśnie z tych misyjnych osad w Espírito Santo ojciec Anchieta zabrał później Araribóię i jego wojowników, by popłynąć z odsieczą do Zatoki Guanabara i założyć Rio de Janeiro oraz Niterói.


 

Festa Junina - byk, kukurydza, quadrilha i grzaniec z cachaçy

Indianie w Andach mają swoje Inti Raymi, w Polsce mamy Sobótkę, wianki, ogniska i skakanie przez nie, a Brazylia ma festas juninas. I ma też...