Przed przyjazdem do Rio de Janeiro wszyscy powtarzają jak mantrę: „Uważaj,
tam jest niebezpiecznie!”. Z kolei inni, z rozmarzonym wzrokiem, zachwycają
się: „Ależ tam jest pięknie!”. Jak jest naprawdę? Musiałam sprawdzić to na
własnej skórze. Efekt? Klasyczny podróżniczy koktajl: spodnie pełne strachu, a
na twarzy szeroki uśmiech. Z takim nastawieniem wysiadam z samochodu.
Kierowca zostawia mnie w rejonie głównego dworca autobusowego,
co prawda nigdzie go nie widzę, ale udaje mi się trafić na nowoczesny
przystanek tramwaju VLT. Moja misja na ten wieczór to dotrzeć do wielkiej
Avenida Presidente Vargas albo w okolice słynnego kościoła Candelária – stamtąd
mają odjeżdżać autobusy do dzielnicy Pechincha, gdzie mam nocleg. Siadam na
ławce. Plecak zaczyna już lekko ciążyć mi na ramionach.
Obok dosiada się starszy pan. Gdy odjeżdża jeden ni to pociąg,
ni to tramwaj, pytam go niepewnie, jakim numerem dojadę do Avenidy Vargas. Też
w tym kierunku jedzie. I opowiadam skąd jestem i dokąd tak właściwie zmierzam w
pojedynkę tuż przed za chwilę mającym zapaść zmrokiem. Mój nowy znajomy
przejmuje stery nad logistyką.— Możesz
przesiąść się na Central do Brasil albo jechać do samej Candelárii.
- Chyba wolę wysiąść na Central do Brasil.
- Wysiądę z tobą i pomogę ci znaleźć właściwy autobus — oświadcza dziarsko.
I tak oto zaczynamy maraton po gigantycznej alei. Przystanków autobusowych
jest tam kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt. Prawdziwy labirynt. Co ciekawe,
oficjalni pracownicy obsługi transportu miejskiego na dźwięk nazwy dzielnicy
Pechincha tylko bezradnie rozkładają ręce. Kompletny brak orientacji! Zamiast
konkretnych wskazówek, odsyłają nas do lokalnych ulicznych handlarzy, którzy na
swoich stoiskach mają przysłowiowe mydło i powidło. Niestety, tajemną wiedzą na
temat połączeń do Pechincha nie dysponuje tej nocy absolutnie nikt.
W końcu, niemal cudem, udaje nam się zlokalizować
właściwy słupek. Jeden z czekających pasażerów pyta na jaką ulicę chcę dotrzeć.
Na dźwięk jej nazwy w rozmowę natychmiast włącza się stojąca obok dziewczyna.
— O, ja
znam tę ulicę! Moja siostra tam mieszka, a ja sama jadę na sąsiednią
przecznicę. Możemy jechać razem!
Moja nowa towarzyszka podróży ma na imię Carolina.
Wsiadamy do autobusu i utykamy w potężnych korkach. Droga ciągnie się w
nieskończoność, podróż trwa niemal dwie godziny. Gdy w końcu zbliżamy się do
celu, Carolina mówi, że wysiądzie ze mną i odprowadzi mnie pod same drzwi. Zaczynam
protestować:
— Carolina,
to niesamowicie miłe z twojej strony, ale naprawdę nie trzeba! Z tego co wiem,
Pechincha to raczej spokojna i bezpieczna dzielnica.
— W
zasadzie tak. — zawiesza głos Carolina, po czym dodaje zupełnie poważnie: —
Ale wiesz, jest już noc, a tuż
obok rozciąga się pewna favela.
— Fawela? —
pytam zaciekawiona.
— Cidade
de Deus. Miasto Boga tam jest.
Jak to możliwe, że w ciągu zaledwie kilku chwil,
podczas mojego pierwszego w życiu wieczoru w Rio de Janeiro, zupełnym
przypadkiem otarłam się o dwa absolutnie kultowe, znane z wielkiego ekranu
miejsca: najpierw legendarny dworzec Central do Brasil, a teraz osławione Cidade de Deus! Niesamowity
zbieg okoliczności.
— W samej
faweli lokalni gangsterzy nie mogą kraść — kontynuuje szeptem Carolina,
widząc moje poruszenie. — Obowiązuje
tam twarde prawo: nie okrada się swoich. Dlatego, żeby zarobić, nadrabiają to w
sąsiednich dzielnicach, dokładnie takich jak ta.
Na te słowa przestałam już jakkolwiek protestować. Z
potulnym uśmiechem podziękowałam Carolinie za eskortę i pozwoliłam się
zaprowadzić pod sam dom.
Gdy tylko zatrzaskują się za mną drzwi mieszkania
mojego znajomego, Juki, od progu rzucam z pretensją i błyskiem w oku:
— Juka! A
czemu ty mi, do jasnej anielki, nie powiedziałaś, w jak „atrakcyjnym” miejscu
mieszkasz?! Skoro słynne Miasto Boga zaczyna się dosłownie na sąsiedniej ulicy,
to ja muszę tam iść! Skoro los rzucił mnie tuż obok, nie odpuszczę. Byłeś tam
kiedyś?
— Oszalałaś?!
— Juka patrzy na mnie jak na wariatkę. — Przejeżdżam tamtędy czasem autem, jak naprawdę muszę. Nie
mam najmniejszego zamiaru tam iść. Zresztą, uwierz mi, nie ma tam niczego ładnego.
Kolejnego dnia rano - oczywiście idę. Podróżnicza ciekawość wygrywa ze
zdrowym rozsądkiem, ale stosuję zasadę ograniczonego ryzyka. Zostawiam w pokoju
wszystko: telefon, karty płatnicze, dokumenty. W kieszenie ubrań
upycham tylko trochę drobnej gotówki na wydatki i ruszam w głąb Miasta Boga.
Moja taktyka opiera się na pełnej naturalności. Wchodzę
do lokalnego sklepiku, kupuję lody, banany, w kafejce kawę i jakieś słodkie
ciastko. Słyszę od
ekspedientki przemiły komplement, że jestem bardzo sympatyczna. Poza tym
drobnym epizodem? Zupełnie nikt nie zwraca na mnie uwagi.
Trzymam się szerokich, głównych arterii i tak docieram
do placu: Padre Júlio Grotten. Tętni on specyficznym życiem. Wystarczy chwila
obserwacji, by dostrzec, że kręcące się tu towarzystwo to ludzie z ogromnymi,
potężnymi problemami życiowymi.
Boczne uliczki dzielnicy nie zachęcają do wejścia. Szybko stwierdzam, że
niczego tam nie zgubiłam i wolę trzymać się otwartej przestrzeni.
Dookoła widać mnóstwo ludzi brutalnie przekręconych i
poturbowanych przez życie. Niestety, plotki o faweli nie są przesadzone – gołym
okiem widać, że ciężkie narkotyki są tutaj używane na równi z chlebem
powszednim. A patrząc na stan niektórych osób, można odnieść bolesne wrażenie,
że często służą im zamiast niego.
Cidade de Deus to rzeczywiście zupełnie nietypowa
fawela. Nie ma tu malowniczych, kolorowych domków pnących się stromo pod górę,
które znamy z pocztówek z Rio. To płaska, betonowa, niezwykle rozległa i
gigantyczna dzielnica, która rządzi się swoimi własnymi, twardymi prawami.
Filmowa fikcja ma w sobie przerażająco dużo z
otaczającej mnie brazylijskiej rzeczywistości. Miałam szczęście, nie trafiłam
na otwartą wojnę gangów.