Może powinnam zacząć od początku tej historii — od kurzu, koni i kilometrów przemierzanych przez gauchos. Ale prawda jest taka, że w takich wydarzeniach chronologia nie ma aż takiego znaczenia. Najważniejsza jest droga. I to, co dzieje się po niej.
Bo wszystko prowadzi do Niedzieli Palmowej.
To wtedy kończy się Cavalgada da Fé. Zostawiamy za sobą kolejne stacje Drogi Krzyżowej, emocje, zmęczenie, wzruszenia i te wszystkie momenty, których nie da się do końca opisać.
I nagle zmienia się perspektywa.
Z drogi cierpienia przechodzimy do momentu radości i nadziei. W centrum Papanduva, na wspólnym spotkaniu z księdzem, gromadzą się uczestnicy i mieszkańcy. Jest gwar, rozmowy, konie gdzieś obok, dzieci biegające między ludźmi — życie w najprostszej, najpiękniejszej formie.
A potem razem „wjeżdżamy” do kościoła.
Za Jezusem — tym razem nie na krzyżu, ale na osiołku. Symbolicznie, spokojnie, wspólnie. Trochę jakbyśmy wszyscy na chwilę zamienili się w tłum z Jerozolimy sprzed dwóch tysięcy lat.
I w tym wszystkim jest coś niezwykłego.
Bo nieważne, czy ktoś przejechał 60 kilometrów konno, czy przyszedł tylko na chwilę na plac. Nieważne, czy jest gaucho w kapeluszu, czy potomkiem polskich emigrantów. W tym momencie wszyscy jesteśmy razem.
I może właśnie o to chodziło od początku.
Nie o samą drogę.
Nie o konie.
Nie o perfekcyjnie odegraną rolę.