Nocny rajd w nieznane, czyli jak zostałam sąsiadką dzikich zwierząt w Serra da Moeda


Wszystko zaczęło się od niewinnego pytania Luiza o to, czy lubię przyrodę. Właściwie to sam zdecydował, że ją lubię, a ja nie protestowałam. Myślałam tylko, że chce mi zaimponować jakimś ładniejszym zagajnikiem albo spacerem po parku. – To świetnie, bo ja mieszkam w środku absolutnej dziczy – skwitował z uśmiechem.

Zanim zdążyłam dopytać, czy ta jego „dzicz” w ogóle umywa się do moich amazońskich doświadczeń, Luiz zgarnął mnie sprzed luksusowego, tętniącego życiem kondominium Alphaville i ruszyliśmy przed siebie. Prosto w ciemną, brazylijską noc.

Jedziemy. I jedziemy. Droga ucieka w nieznane, za oknami egipskie ciemności, a ja zaczynam się zastanawiać, czy moja pewność siebie z dżungli na coś mi się tu przyda, jeśli przyjdzie mi uciekać nocą przez góry. W końcu jest! Brama wjazdowa do jego kondominium. Ulga? Otóż nie tak szybko. Okazało się, że od owej bramy do domu Luiza jest jeszcze bite 6 kilometrów!

Wokół absolutna pustka. Moje oczy desperacko próbowały przebić ciemność, ale jedyne, co rejestrowałam, to fakt, że pniemy się w górę po drodze wybrukowanej drobnymi kamieniami, a żołądek subtelnie sugeruje zmianę wysokości. Wiedziałam tylko jedno: jesteśmy w pasmie górskim Serra da Moeda. Co tam dokładnie jest? „Po prostu góry” – pomyślałam. Na zapierające dech w piersiach widoki musiałam łaskawie poczekać do rana.

Słuchajcie, myślałam, że o brazylijskich kondominiach wiem już całkiem sporo. Alphaville? Klasyka gatunku. Miasto w mieście – sklepy, restauracje, hotele, fryzjerzy, pełen blichtr dla bogatych, którzy kochają miejski szum, tyle że za bezpiecznym płotem. Ale to, gdzie wylądowałam z Luizem, zresetowało moje pojęcie o luksusie. To nie jest zwykłe osiedle za miastem. To prawdziwa luksusowa dzicz.

Wjechaliśmy do Condomínio Rural Santuário Serra da Moeda. I to słowo „Santuário” (Sanktuarium) nie jest tu chwytem marketingowym, choć portfel przeciętnego śmiertelnika mógłby po usłyszeniu ceny doznać zawału. To potwornie drogi, elitarny raj dla wybranych.

Rano, gdy przetarłam oczy, doznałam lekkiego szoku cywilizacyjnego i od razu sprawdziłam fakty po


portugalsku, żeby upewnić się, gdzie ja właściwie jestem.
Wyobraźcie sobie przestrzeń: całe osiedle ma powierzchnię 6 milionów metrów kwadratowych, z czego ogromna część to teren prawnie chroniony, wpisany na listę dziedzictwa naturalnego (tombada como patrimônio natural).
Wokół nie ma po prostu „ładnych widoków” – wszędzie, jak okiem sięgnąć, ciągną się monumentalne góry i głębokie doliny. Mieszkamy na średniej wysokości aż 1100 metrów nad poziomem morza! Dzięki temu panuje tu znacznie chłodniejszy i rześki klimat. A krajobraz poranków? Totalny kosmos. Doliny pod nami bywają niemal całkowicie zalane gęstymi mgłami, nad którymi wyrastają tylko górskie szczyty. Poczułam się niesamowicie – ot, moim prywatnym ogródkiem stał się właśnie górski rezerwat przyrody!

I wiecie, ile tam wciśnięto domów na te 6 milionów metrów kwadratowych? Deweloper w Polsce upchnąłby tam pewnie pół województwa. A tutaj? Zaledwie około 150 działek! Dokładnie nie pamiętam. Nacisk na prywatność level hard. Średnia powierzchnia jednej parceli to, bagatela, od 31 000 do 42 000 metrów kwadratowych. Ponad 3-4 hektary własnego górskiego buszu na głowę!

Mój wewnętrzny reporter musiał natychmiast spisać najważniejsze fakty:

·       Sąsiedzi z buszu: Zgodnie z regulaminem, ziemia ma charakter wyłącznie rolno-pastwiskowy i rezydencjalny jednorodzinny (destinados a fins agropastoris e residenciais unifamiliares). Żaden deweloper nie postawi Ci pod oknem bliźniaka. Możesz mieć konie, nienaruszoną roślinność formacji Cerrado i lasów atlantyckich oraz własny strumyk (część działek graniczy z Rio Paraopeba).

Cena świętego spokoju: Taka przyjemność kosztuje miliony monet. Ceny za te gigantyczne glebas wahają się od 550 tysięcy do ponad 1 150 000 reali, a do tego trzeba doliczyć postawienie tam domu, który przecież nie może być skromną altanką. Co ciekawe – miesięczny czynsz administracyjny (condomínio) za utrzymanie tego gigantycznego terenu, całodobowej portierni i oświetlenia publicznego jest stosunkowo niski i wynosi średnio około 320–380 reali. Ale żeby w ogóle zacząć płacić ten czynsz, trzeba najpierw wydać fortunę na ziemię.

Stoję rano na tarasie, chłonę rześkie, górskie powietrze, patrzę na mgły przesuwające się w dolinach, a wokół domu unosi się tak intensywny, obłędny zapach dzikich ziół, że aż kręci się w głowie. Nawet w Amazonii tak nie pachniało! Patrzę na te hektary zieleni i nagle budzi się we mnie polska, swojska natura.

– Luiz – pytam z pełną powagą – a można by tutaj kury hodować? Masz tyle miejsca! Luiz spojrzał na mnie, jakbym urwała się z choinki, i parsknął śmiechem: – Kury? Dzikie zwierzęta zjadłyby je w pięć minut!


I tak właśnie wygląda życie wśród przyrody w XXI wieku. Ta luksusowa dzicz ma swoje surowe prawa – pełna symbioza z naturą, dopóki natura nie zgłodnieje. Amazonia nauczyła mnie szacunku do dżungli, ale tutaj człowiek płaci miliony za to, by tę dżunglę i góry udomowić na własnych warunkach.

Jak to dobrze, że po tylu latach spędzonych w rozjazdach świat wciąż potrafi mnie tak bezbrzeżnie zadziwić! Ot, życie w XXI wieku – niewielu może sobie na to pozwolić z wiadomych, czysto finansowych względów. Z jednej strony mamy bogatych, którzy wolą asfalt, sklepy, restauracje i hotele w Alphaville, a z drugiej – tych bajecznie zamożnych pustelników z Serra da Moeda, którzy płacą miliony za luksus totalnej samotności i za to, żeby ich jedynym sąsiadem był na przykład ocelot. Już wiem dlaczego tyle razy pytał w supermarkecie czy na pewno niczego nie będzie mi brakowało, skanując w myślach zawartość domu. Dlatego, że do najbliższeg sklepu po bułki jest godzina jazdy.

A ja? Ja po prostu siedzę na tarasie w tym elitarnym sanktuarium, a właściwie leżę w hamaku i piję kawę, wącham zioła i cieszę się, że z tej nocnej wyprawy w nieznane zamiast kryminału wyszedł mi reportaż krajoznawczy! Prawie pełnia szczęścia, gdyby nie te zbyt chłodne wieczory i ranki. Na pewno wrócę, tylko może latem.

A Wy? Gdybyście mieli na koncie wolne miliony reali albo innych złotych, wybralibyście luksusowe „miasto za miastem” w Alphaville czy tę ekskluzywną, drogą dzicz w Serra da Moeda?







Jak przetrwać w mieście-studni czyli Ouro Preto i Mariana


Droga do Ouro Preto wije się, ale w Minas Gerais to żadna nowość. Jechałam tam z lekkim dystansem, właściwie z całkiem sporym. Najsłynniejsze historyczne miasteczko w stanie, pierwsza stolica, zbudowana na fali gorączki złota (tego legendarnego, oblepionego tlenkiem żelaza, stąd nazwa Czarny Złoty).

Brzmi dumnie, ale zanim tam dotarłam, w głowie miałam tylko jedno pytanie: „Czy naprawdę warto tam jechać?”. Kiedy dzieliłam się wątpliwościami ze znajomym, ten tylko popukał się w czoło: „Kościołów i starych domów w życiu nie widziałaś? Historii miasta nie znasz?”.

A jednak pojechałam. I całe szczęście, bo czegoś takiego moje oczy nie widziały i moje łydki nie doznały!

Ouro Preto, czyli trekking miejski dla zaawansowanych

To miasto nie ma ulic. Ono ma pionowe ściany z brukiem. Żeby w ogóle dostać się do centrum, trzeba się się nieźle wspiąć samochodem (wjechałam tam okazją, na szczęście jechała do centrum). Gdy tylko udało mi się zrzucić ciężki plecak do przechowalni na dworcu, natychmiast padłam na malutkim placyku przed jednym z kościołów. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że kawałek płaskiej ziemi jest tutaj na wagę złota – dosłownie i w przenośni.

Lekcja nr 1 w Ouro Preto: Jeśli widzisz płaski teren, usiądź na nim. Nie wiadomo, kiedy trafi się następny.

Tam, łapiąc oddech, poznałam Solange. Solange przyjechała z Rio, jest na emeryturze, podróżuje niskobudżetowo i miała ambitny plan „zaliczenia” większości tutejszych świątyń. Właśnie schodziła z dworca do hotelu i wyglądała na równie zaskoczoną grawitacją tego miejsca co ja.

Mnie jednak ciekawość gnała dalej – w górę, w dół, w boki, we wszystkich możliwych kierunkach.

W chmurach i w studni

Pogoda od rana była pochmurna. Normalnie turysta by narzekał, ale w Ouro Preto brak słońca to błogosławieństwo. Przynajmniej człowiek nie gotuje się żywcem podczas udawania kozicy górskiej. Mijani ludzie tylko wymieniali ze mną porozumiewawczee spojrzenia. Jeden z miejscowych chłopaków z litością (albo lekkim sadyzmem) wskazał mi, gdzie mam się jeszcze wspiąć, żeby mieć najładniejszy widok na panoramę miasta. Wdrapałam się. Pięknie!

Chwilę później, dla równowagi, chyba udało mi się znaleźć najniższy punkt starego miasta. Wrażenie? Jakbym stała na dnie głębokiej studni, a dookoła wyrastały ściany domów.



Deszczowe tango w Marianie

Tuż po południu zaczęło padać. A miało NIE PADAĆ! Szybki plan awaryjny: uciekam do pobliskiej Mariany. To niecałe 10 km stąd, a autobusy kursują co 20 minut. Naiwnie liczyłam, że chmura zostanie w Ouro Preto.

Nie została. W Marianie też lało.

Mój spacer po tamtejszej starówce wyglądał jak kiepska komedia:

  1. Przestaje padać – wychodzę.

  2. Zaczyna lać – chowam się pod daszek.

  3. Przestaje padać – robię trzy kroki.

  4. Znowu leje – z powrotem pod daszek.

Moja anielska cierpliwość skończyła się równo przy trzeciej powtórce. Jedynym jasnym punktem tej ucieczki była wizyta w informacji turystycznej (by naładować telefon), gdzie chłopak z obsługi z rozrzewnieniem wspominał swoje miłe przygody z Polską.

Sama Mariana? W porównaniu z Ouro Preto jest płaska jak stół, choć – żeby być sprawiedliwym – swoje mniejsze górki i dolinki też ma. Jednak po porannym treningu w Ouro Preto, moje nogi uznały Marianę za niemal nizinny spacer.





Belo Horizonte, czyli nie ma morza, ale jest bar



Belo Horizonte byłam przejazdem. Takim dłuższym przejazdem. Celem było Rio, ale jak się okazało, po drodze czekało mnie kilka niespodzianek.

Minas Gerais - jeśli ktoś myśli, że to stan łagodnych pagórków, to od razu wyprowadzę go z błędu. Minas to góry. Góry, doliny, serpentyny i kolejne podjazdy. Są tu trzy największe pasma górskie Brazylii i chyba właśnie dlatego mam jedną prośbę: jeśli znajdziecie w Minas Gerais płaskie miasto, dajcie znać. Ja po kilku dniach zaczęłam podejrzewać, że nawet droga do piekarni prowadzi tu pod górę.

A potem przyszła pierwsza noc. I kolejny szok. Zimno. Takie, że zmarzł mi nos. Musiałam przykryć właściwie siebie całą, naciągając koce na głowę. Gdy ktoś zapyta o pierwsze wspomnienie z Belo Horizonte, odpowiem bez wahania: szczękanie zębami, co nie brzmi zbyt brazylijsko.

Gdy chciałam odwiedzić park Mangabeiras, usłyszałam: - Dzisiaj zamknięty. Bo był poniedziałek. Rozumiem muzea, ale parki??!!. Czy punkt widokowy też? Na szczęście nie. Uff! Mogę usiąść i spokojnie poczekać do zachodu słońca. Horyzont rzeczywiście jest piękny. W końcu nie bez powodu nazwali je Belo Horizonte.

Choć nawet ta romantyczna chwila miała swój brazylijski twist. Gdy wszyscy w milczeniu podziwiali słońce chowające się za horyzontem, nagle za moimi plecami rozległy się dziwne odgłosy. Obracam się, a tam inwazja szopów praczy albo innych ostronosyów, nie rozróżniam ich. Całe stado zeszło nagle z drzew i bezczelnie zaczęło buszować po trawniku. Gdy zauroczeni turyści odwrócili się od zachodu słońca i skierowali w ich stronę obiektywy aparatów, zwierzaki uznały, że sława im nie służy i błyskawicznie ewakuowały się z powrotem w korony drzew.

W Belo Horizonte poniedziałek to dzień narodowego odpoczynku atrakcji turystycznych. Zamykają się nie tylko muzea, ale nawet niektóre parki. We wtorki część z nich nadal dochodzi do siebie. Morał? Jeśli planujecie wizytę, najlepiej przyjechać od środy. Zwłaszcza że właśnie wtedy można za darmo odwiedzić Inhotim. A to miejsce jest tak niezwykłe, że niektórzy twierdzą, iż do Belo Horizonte przyjeżdża się głównie po to, żeby potem pojechać gdzie indziej.

Samo miasto ma zresztą świetne poczucie humoru. Mieszkańcy mówią: "Não tem mar, mas tem bar" – nie ma morza, ale są bary. I podobno jest ich najwięcej w całej Brazylii. Morza rzeczywiście brak. Jest za to jezioro Pampulha i ogromna dawka kreatywności. Co jakiś czas na Praça da Estação organizowany jest dzień plażowy. Leżaki, ręczniki, fontanny udające fale i zabytkowy dworzec w roli nadmorskiej promenady. Jak się nie ma oceanu, to trzeba sobie jakoś radzić.

Morze zresztą ma w Belo Horizonte potężnego architektonicznego konkurenta. Nad tutejszym sztucznym jeziorem Pampulha króluje betonowa poezja samego Oscara Niemeyera. To właśnie tutaj, na początku lat 40., młody Niemeyer dostał od ówczesnego burmistrza wolną rękę i stworzył unikalny kompleks, który dziś jest na liście UNESCO. Zamiast nudnych, prostych linii, dał upust swojej miłości do fal i zakrętów – mawiał przecież, że inspirują go zakola brazylijskich rzek i ciało tutejszych kobiet. Najlepszym tego dowodem jest słynny, falujący kościół św. Franciszka z Asyżu (Igreja da Pampulha). Wygląda tak awangardowo z tymi swoimi betonowymi łukami i niebiesko-białymi kafelkami Portinariego, że tutejsi biskupi przez kilkanaście lat odmawiali jego konsekrowania, uznając, że budowla przypomina raczej hangar lotniczy niż dom boży.

Ale Pampulha to nie jedyne miejsce, gdzie Niemeyer zostawił swój ślad. Kolejny architektoniczny szok czekał na mnie w samym sercu miasta, przy Praça da Liberdade. Stoi tam sędziwy Palácio da Liberdade, otoczony sytymi, XIX-wiecznymi pałacami o iście europejskim rodowodzie. I nagle, tuż obok nich, wyrasta spektakularny apartamentowiec – Edifício Niemeyer. Zaprojektowany w latach 50. budynek nie ma w sobie ani jednego kąta prostego. Wygląda jak abstrakcyjna rzeźba, a jego falujące, betonowe linie i charakterystyczne poziome żaluzje (brises) mają idealnie naśladować łagodne kontury tutejszych gór. To jedyny mieszkalny budynek przy tym placu i niesamowity dowód na to, jak BH potrafi bezczelnie, ale i z wielkim stylem, łączyć historię z nowoczesnością.

Patrząc na te falujące konstrukcje, pomyślałam sobie, że Niemeyer po prostu za mną jedzie. W Niterói widziałam dedykowaną mu trasę Caminho Niemeyer (przypominała nadmorski park w Recife), z genialnym, przypominającym kosmiczny talerz Muzeum Sztuki Współczesnej (MAC) na czele. Niemeyer wciąga.

W Belo Horizonte zaliczyłam też nietypowe spotkanie ze starożytną historią. Poznałam Amilcara. Pierwszy raz w życiu spotkałam kogoś żywego noszącego to imię! Poczułam się, jakbym cofnęła się w czasie, bo Hamilkar to przecież postać z podręczników – potężny kartagiński wódz, ojciec samego Hannibala i jeden z największych koszmarów starożytnego Rzymu.

Z tego bujania w obłokach historii szybko jednak trzeba było zejść na ziemię, bo współczesne centrum BH brutalnie przypomina o realiach. Lokalni bezdomni szczególnie upodobali sobie właśnie Praça da Estação, czyli plac przy zabytkowym dworcu kolejowym, oraz okolice obecnego dworca autobusowego. Chodzę po Belo Horizonte bardzo dużo – zaglądam do muzeów, parków, bocznych zaułków i oczywiście barów (w końcu plaży brak!). I choć miasto zachwyca, to bywa też surowe. Czasem, idąc ulicą, mija się kogoś, kto w kałuży na chodniku właśnie robi pranie.

Kilka kilometrów od miasta leży park Serra do Rola-Moça. Nazwa oznacza „Turlającą się dziewczynę” i brzmi dość niewinnie. Do momentu, kiedy staniesz przy drodze. Z jednej strony panorama Belo Horizonte, z drugiej słynna Dolina Samobójców – głęboki wąwóz, w którym przez lata kończyły podróż samochody, które leżą do tej pory na dnie. Dzisiaj pobocze zabezpiecza mur, Widoki nadal zapierają dech, ale przynajmniej trochę trudniej o nieplanowany lot w przepaść.

Minas Gerais poznaje się jednak przede wszystkim... przez żołądek. Mercado Central pachnie serami, doce de leite i marmoladą z gujawy. Wszystko przypomina też, że nazwa stanu nie wzięła się znikąd. „Minas Gerais” to przecież „Kopalnie Generalne”. Złoto, ruda żelaza, kamienie szlachetne – przez wieki wydobywano tu niemal wszystko.

A najlepsze wydarzyło się już właściwie w drodze do Rio. Spotkałam ludzi z Pará, którzy zaprosili mnie na prawdziwe açaí. Takie, jakie jedzą na północy Brazylii – z mięsem. Mniam! W Belo Horizonte o takie açaí trudno. Najczęściej sprzedaje się mrożoną masę z około czterdziestoprocentową zawartością owocu, za to w cenie niemal złota. Czasem więc, żeby zjeść najlepsze açaí, wcale nie trzeba jechać do Amazonii. Wystarczy spotkać odpowiednich ludzi po drodze.

Ale tym, co najbardziej zdziwiło mnie w tym stanie, był język. Język Mineiros. Momentami stałam obok ludzi i z całych sił próbowałam zgadnąć, w jakim obcym języku mówią. A oni przecież mówili po portugalsku! Tutejszy dialekt to absolutna kopalnia specyficznych wyrażeń i przede wszystkim – ekstremalnych skrótów. Połowę liter po prostu zjadają. No i to legendarne, emocjonalne „Uai!”, które potrafi zastąpić całe zdanie.

BH zapamiętam z marznącego nosa, miasta bez morza, plaży urządzonej na placu, zamkniętego w poniedziałek parku, gór, które nie odpuszczają ani na chwilę, i horyzontu, który rzeczywiście okazał się piękny.




Krowy, termity i potęga natury czyli jadę do Minas

Opuszczenie Rio de Janeiro to proces, który wymaga cierpliwości i sporej dawki bocznych lusterek w głowie. Krajobraz za oknem zmieniał się jak w kalejdoskopie, serwując pożegnalny miks wszystkiego, co to miasto ma do zaoferowania. Od Czerwonej Plaży, poprzez park Aterro do Flamengo, Rio zaczęło płynnie, bez ostrzeżenia, przelewać się w kolejne dzielnice i satelickie potworki urbanistyczne, aż do Duque de Caxias. Zanim się obejrzałam, miejska dżungla zaczęła pękać, a asfaltowa wstęga zdecydowanie ruszyła w górę.

Wjeżdżamy w góry. Na horyzoncie Petropolis. Rzucam jedno, szybkie spojrzenie na to górskie uzdrowisko przez szybę i w mojej głowie natychmiast zapada decyzja: nie, absolutnie nie chcę go odwiedzić. To nie tak, że Petropolis jest brzydkie. Wręcz przeciwnie, ma wielki urok, ale czuję, że nie dla mnie. Jadę więc dalej, zostawiając cesarskie miasto w tyle.

Droga pnie się coraz wyżej, serpentyny tną górskie zbocza, a cywilizacja zostaje gdzieś daleko w dolinie. Na zielonych ścianach, z całkowitym stoicyzmem godnym tybetańskich mnichów, pasą się krowy. Jak one się tam utrzymują bez alpejskiej uprzęży? To pozostanie ich tajemnicą.

Tam, gdzie nie ma krów, krajobraz urozmaicają sterczące dumnie, gigantyczne kopce termitów – lokalne drapacze chmur, przy których nasze mrowiska wyglądają jak ubodzy krewni. W dole szumią wartkie rzeki, a na stromych, nadrzecznych brzegach przysiadły malownicze, choć nieco zuchwałe osady, balansujące na granicy rozsądku i urwiska.

Dotrę do trzeciego największego pasma górskiego. Od Serra do Mar, poprzez Mantiquerę aż do Espinhaco. Po raz pierwszy zobaczę Espinhaco.




Spacer po Mieście Boga

Przed przyjazdem do Rio de Janeiro wszyscy powtarzają jak mantrę: „Uważaj, tam jest niebezpiecznie!”. Z kolei inni, z rozmarzonym wzrokiem, zachwycają się: „Ależ tam jest pięknie!”. Jak jest naprawdę? Musiałam sprawdzić to na własnej skórze. Efekt? Klasyczny podróżniczy koktajl: spodnie pełne strachu, a na twarzy szeroki uśmiech. Z takim nastawieniem wysiadam z samochodu.

Kierowca zostawia mnie w rejonie głównego dworca autobusowego, co prawda nigdzie go nie widzę, ale udaje mi się trafić na nowoczesny przystanek tramwaju VLT. Moja misja na ten wieczór to dotrzeć do wielkiej Avenida Presidente Vargas albo w okolice słynnego kościoła Candelária – stamtąd mają odjeżdżać autobusy do dzielnicy Pechincha, gdzie mam nocleg. Siadam na ławce. Plecak zaczyna już lekko ciążyć mi na ramionach.

Obok dosiada się starszy pan. Gdy odjeżdża jeden ni to pociąg, ni to tramwaj, pytam go niepewnie, jakim numerem dojadę do Avenidy Vargas. Też w tym kierunku jedzie. I opowiadam skąd jestem i dokąd tak właściwie zmierzam w pojedynkę tuż przed za chwilę mającym zapaść zmrokiem. Mój nowy znajomy przejmuje stery nad logistyką.— Możesz przesiąść się na Central do Brasil albo jechać do samej Candelárii.
- Chyba wolę wysiąść na Central do Brasil.
- Wysiądę z tobą i pomogę ci znaleźć właściwy autobus
— oświadcza dziarsko.

I tak oto zaczynamy maraton po gigantycznej alei. Przystanków autobusowych jest tam kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt. Prawdziwy labirynt. Co ciekawe, oficjalni pracownicy obsługi transportu miejskiego na dźwięk nazwy dzielnicy Pechincha tylko bezradnie rozkładają ręce. Kompletny brak orientacji! Zamiast konkretnych wskazówek, odsyłają nas do lokalnych ulicznych handlarzy, którzy na swoich stoiskach mają przysłowiowe mydło i powidło. Niestety, tajemną wiedzą na temat połączeń do Pechincha nie dysponuje tej nocy absolutnie nikt.

W końcu, niemal cudem, udaje nam się zlokalizować właściwy słupek. Jeden z czekających pasażerów pyta na jaką ulicę chcę dotrzeć. Na dźwięk jej nazwy w rozmowę natychmiast włącza się stojąca obok dziewczyna.

O, ja znam tę ulicę! Moja siostra tam mieszka, a ja sama jadę na sąsiednią przecznicę. Możemy jechać razem!

Moja nowa towarzyszka podróży ma na imię Carolina. Wsiadamy do autobusu i utykamy w potężnych korkach. Droga ciągnie się w nieskończoność, podróż trwa niemal dwie godziny. Gdy w końcu zbliżamy się do celu, Carolina mówi, że wysiądzie ze mną i odprowadzi mnie pod same drzwi. Zaczynam protestować:

Carolina, to niesamowicie miłe z twojej strony, ale naprawdę nie trzeba! Z tego co wiem, Pechincha to raczej spokojna i bezpieczna dzielnica.

W zasadzie tak. — zawiesza głos Carolina, po czym dodaje zupełnie poważnie: — Ale wiesz, jest już noc, a tuż obok rozciąga się pewna favela.

Fawela? — pytam zaciekawiona.

Cidade de Deus. Miasto Boga tam jest.

Jak to możliwe, że w ciągu zaledwie kilku chwil, podczas mojego pierwszego w życiu wieczoru w Rio de Janeiro, zupełnym przypadkiem otarłam się o dwa absolutnie kultowe, znane z wielkiego ekranu miejsca: najpierw legendarny dworzec Central do Brasil, a teraz osławione Cidade de Deus! Niesamowity zbieg okoliczności.

W samej faweli lokalni gangsterzy nie mogą kraść — kontynuuje szeptem Carolina, widząc moje poruszenie. — Obowiązuje tam twarde prawo: nie okrada się swoich. Dlatego, żeby zarobić, nadrabiają to w sąsiednich dzielnicach, dokładnie takich jak ta.

Na te słowa przestałam już jakkolwiek protestować. Z potulnym uśmiechem podziękowałam Carolinie za eskortę i pozwoliłam się zaprowadzić pod sam dom.

Gdy tylko zatrzaskują się za mną drzwi mieszkania mojego znajomego, Juki, od progu rzucam z pretensją i błyskiem w oku:

Juka! A czemu ty mi, do jasnej anielki, nie powiedziałaś, w jak „atrakcyjnym” miejscu mieszkasz?! Skoro słynne Miasto Boga zaczyna się dosłownie na sąsiedniej ulicy, to ja muszę tam iść! Skoro los rzucił mnie tuż obok, nie odpuszczę. Byłeś tam kiedyś?

Oszalałaś?! — Juka patrzy na mnie jak na wariatkę. — Przejeżdżam tamtędy czasem autem, jak naprawdę muszę. Nie mam najmniejszego zamiaru tam iść. Zresztą, uwierz mi, nie ma tam niczego ładnego.

Kolejnego dnia rano - oczywiście idę. Podróżnicza ciekawość wygrywa ze zdrowym rozsądkiem, ale stosuję zasadę ograniczonego ryzyka. Zostawiam w pokoju wszystko: telefon, karty płatnicze, dokumenty. W kieszenie ubrań upycham tylko trochę drobnej gotówki na wydatki i ruszam w głąb Miasta Boga.

Moja taktyka opiera się na pełnej naturalności. Wchodzę do lokalnego sklepiku, kupuję lody, banany, w kafejce kawę i jakieś słodkie ciastko. Słyszę od ekspedientki przemiły komplement, że jestem bardzo sympatyczna. Poza tym drobnym epizodem? Zupełnie nikt nie zwraca na mnie uwagi.

Trzymam się szerokich, głównych arterii i tak docieram do placu: Padre Júlio Grotten. Tętni on specyficznym życiem. Wystarczy chwila obserwacji, by dostrzec, że kręcące się tu towarzystwo to ludzie z ogromnymi, potężnymi problemami życiowymi.

Boczne uliczki dzielnicy nie zachęcają do wejścia. Szybko stwierdzam, że niczego tam nie zgubiłam i wolę trzymać się otwartej przestrzeni.

Dookoła widać mnóstwo ludzi brutalnie przekręconych i poturbowanych przez życie. Niestety, plotki o faweli nie są przesadzone – gołym okiem widać, że ciężkie narkotyki są tutaj używane na równi z chlebem powszednim. A patrząc na stan niektórych osób, można odnieść bolesne wrażenie, że często służą im zamiast niego.

Cidade de Deus to rzeczywiście zupełnie nietypowa fawela. Nie ma tu malowniczych, kolorowych domków pnących się stromo pod górę, które znamy z pocztówek z Rio. To płaska, betonowa, niezwykle rozległa i gigantyczna dzielnica, która rządzi się swoimi własnymi, twardymi prawami.

Filmowa fikcja ma w sobie przerażająco dużo z otaczającej mnie brazylijskiej rzeczywistości. Miałam szczęście, nie trafiłam na otwartą wojnę gangów.

Słona przygoda, czyli jak (nie)dojechać do Niteroi na Boże Ciało

Dywany z kwiatów? Oczywiście, znam. Ale dywany z soli? O tym jeszcze nie słyszałam! Kiedy więc dowiedziałam się, że z okazji Bożego Ciała w Niteroi powstają jedne z największych, najdłuższych i najbardziej okazałych solnych dzieł sztuki w całej Brazylii, plan na świąteczny dzień ułożył się sam. Kierunek: Niteroi!

W przeciwieństwie do wielu miejsc, gdzie misterne usypywanie kolorowych obrazów zaczyna się pod osłoną nocy, tutaj lokalni artyści i wolontariusze ruszają do pracy dopiero o świcie. Msza zaplanowana była na późne popołudnie, a wielkie sypanie miało wystartować o 7:00 rano. Szybka kalkulacja w mojej głowie: jeśli dotrę na miejsce w okolicach 9:00 lub 10:00, nie tylko zobaczę cały proces tworzenia od kulis, ale – kto wie! – może nawet zakasam rękawy i pomogę sypać ten brazylijski hit sakralnego designu.

Pełna entuzjazmu melduję się w rejonie Candelárii w Rio. Ponieważ nawigacja w nowym miejscu bywa wyzwaniem, postanawiam zasięgnąć języka u źródła. Podchodzę do napotkanej na ulicy kobiety i z moim najlepszym uśmiechem pytam, skąd odjeżdżają autobusy do Niteroi.

Autobusy? Chyba stamtąd... — odpowiada, wskazując niepewnie ręką. — Ale czekaj, czy ty
naprawdę musisz jechać autobusem? Wiesz co, ja też właśnie wybieram się do Niteroi, tylko że promem. Możemy popłynąć razem!

Pomyślałam: czemu nie? Co prawda wydawało mi się, że autobus przemknie przez potężny most szybciej, ale wizja morskiej bryzy i dobrego towarzystwa wygrała. Nie upieram się. Idziemy na przystań. Kupuję bilet, przechodzimy przez bramki, a nasze języki natychmiast ruszają w tany. Gadamy, gadamy i gadamy o wszystkim i o niczym. Przypływa prom, wsiadamy, płyniemy, a potok słów nie ustaje.

Nagle, po dłuższej chwili, moja towarzyszka cichnie, rozgląda się niepewnie dookoła i z lekkim zmarszczeniem brwi rzuca: — Kurczę... Dawno nie płynęłam promem do Niteroi. Czyżby oni jakoś ostatnio zmienili trasę?

Nie zmienili. Otóż nasz cudowny prom z pełną prędkością zmierzał właśnie na... wyspę Paquetá! A to oznaczało małą logistyczną katastrofę. Zamiast szybkich 20 minut do celu, czekała nas ponad godzina rejsu w jedną stronę, potem przymusowe zwiedzanie wyspy z pokładu, powrót na stały ląd i ponowne polowanie na właściwy transport.

Jak to się stało? Kiedyś do Niteroi i na Paquetę odpływało się z zupełnie różnych terminali, a bilety na tę drugą były znacznie droższe. Dziś? Jeden terminal, jedna cena, zero barier i... pełna dowolność w lądowaniu na losowych wyspach!

Moja nowa znajoma złapała się za głowę z niemym krzykiem: „Jaki wstyd!”. Dziewczyna chciała pomóc turystce, a w efekcie wywiozła nas obie na krańce zatoki Guanabara. Na dodatek była umówiona w Niteroi na konkretną godzinę. Nerwowo chwyciła za telefon, tłumacząc zdezorientowanemu rozmówcy, że zalicza właśnie niespodziewany rejs życia. Co ciekawe, nie byłyśmy jedynymi ofiarami tego portowego Matrixa. Obok nas siedziały dwie inne kobiety, które przeżywały dokładnie ten sam dramat – jedna zapytała drugą o drogę do Niteroi, po czym z pełnym zaufaniem wsiadły w zły prom.

Co robić w takiej sytuacji? Rwać włosy z głowy? Skakać za burtę? Wzięłam głęboki oddech, włączyłam tryb pełnego relaksu i postanowiłam po prostu cieszyć się rejsem. W międzyczasie za oknem rozpętała się prawdziwa ulewa. Ściana deszczu smagała fale, a ja pomyślałam sobie, że gdybym dotarła do Niteroi zgodnie z planem, prawdopodobnie stałabym teraz na środku ulicy i przemoczona do suchej nitki usypywałabym solne wzory, które woda natychmiast zamieniałaby w słoną zupę. Los wiedział, co robi, pakując mnie na ten prom!

Kiedy po wszystkich perypetiach i rejsach powrotnych w końcu docieram do upragnionego Niteroi, deszcz na szczęście odpuszcza, a na ulicach trwają już tylko ostatnie prace wykończeniowe. I wiecie co? Widok absolutnie rzuca na kolana. Przed moimi oczami wyrosła imponująca, dwukilometrowa, tęczowa wstęga rozpostarta na głównej alei miasta. Całość składała się z blisko 240 misternie skomponowanych dywanów!

Do stworzenia tych arcydzieł zużyto aż 20 ton soli! Ale to nie wszystko – aby uzyskać odpowiednie tekstury i głębię kolorów, twórcy użyli też masy kreatywnych dodatków: barwionych trocin, łupin orzechów, a nawet skorupek jajek. Wyglądało to genialnie.

Gdy spacerowałam wzdłuż tej barwnej trasy, ostatnie ciężarówki ładowały na paki niewykorzystane worki z kolorową solą i powoli odjeżdżały. Zmęczeni, ale uśmiechnięci wolontariusze siedzieli na poboczach, regenerując siły i pałaszując zasłużony obiad ze swoich tradycyjnych marmitas (brazylijskich pojemników na jedzenie).

No cóż... Pomóc w sypaniu nie pomogłam, bo zamiast z solą, walczyłam z prądami morskimi zatoki Guanabara. Za to mogłam w pełni, bez wyrzutów sumienia, oddać się czystemu podziwianiu i fotografowaniu tych cudów. Bilans dnia? Jeden zgubiony prom, jedna zaliczona ulewa, masa śmiechu, nowa anegdota do kolekcji i widoki, których długo nie zapomnę.

Hej przygodo! Komu jeszcze zdarzyło się kiedyś wsiąść do pociągu lub promu byle jakiego?






Światło świec i fikusy do nieba i kapibary płatające figle - Barra Mansa

 Wychylam głowę przez okno autobusu i odprowadzam wzrokiem znikające na horyzoncie wybrzeże. Razem z linią oceanu z oczu znika mi też coś jeszcze – malownicze, acz architektonicznie „alternatywne” wzgórza.

Krajobraz za oknem zmienia się. To wciąż pasmo Serra do Mar, ale wzgórza zrobiły się jakieś takie łyse. Zamiast gęstej dżungli – surowe skały, a w dole szumią potoki usiane wielkimi kamulcami. Niby wciąż jesteśmy w regionie wybrzeża, a ja mam wrażenie, jakbym nagle wylądowała w wysokich górach. Przesadzam – moje dzisiejsze destino leży na niecałych 400 metrach nad poziomem morza. Ale co poradzę na to, że moje podróżnicze ADHD i widoki za oknem natychmiast teleportują mnie wspomnieniami w Pamir albo Tienszan?

Niebo zaciąga się chmurami. Droga zaczyna kręcić tak ambitne pętle. Wjeżdżamy w mgłę. Góry w oddali ciemnieją, podróż przybiera aurę tajemniczości. Pobocza drogi porastają wysokie pomarańczowe kwiaty. Na tle tych ciemnych szczytów wyglądają tak surrealistycznie i pięknie, że ta nieznana przede mną wydaje się całkiem optymistyczna.

Wjeżdżamy w tunel. Pierwszy, drugi, trzeci. Przy trzecim odruchowo wciągam brzuch. Mam głębokie wrażenie, że nasz autobus mieści się w nim dosłownie na milimetry, a lakier z lusterek zostaje na skale.

Na szczęście czas na przerwę – „siusiu i kawę”. Zamiast nowoczesnych, bezdusznych stacji benzynowych z bramkami, systemem biletowym i ochroną, lądujemy w lokalnym sklepo-barze, który nie ma drzwi. Po prostu. Swojska atmosfera, zapach świeżej cafezinho i totalny luz. Taką Brazylię lubię!
Walka dnia z nocą (w pastelowych barwach)

Ruszamy dalej, droga lekko pnie się w górę, a gdy docieramy do Rio Claro, słońce decyduje, że pora kończyć zmianę. Zaczyna się spektakl, który uwielbiam. Ostatnia złota godzina. Niebo jeszcze nie chce sczeznąć w czerni, dzień kurczowo trzyma się resztek światła, jakby chciał coś bezczelnie wydrzeć nocy. Kolory na niebie nie mogą się zdecydować, czy wolą pomarańcz, czy róż. Ostatecznie – patrząc na moje ulubione pomarańczowe kwiaty przy drodze – uznaję, że tło musi być różowe. Świat powoli zwija się do snu w tym pastelowym świetle, kokieteryjnie zakrywając swoje uroki. Zanim zaśnie i schowa się w mroku, stroi się najpiękniej jak potrafi.

Tadżycki powrót do przeszłości, czyli Barra Mansa w ciemnościach

I bum! Nastała noc. Ale jakaś taka specyficzna.
W oknach domów po drodze, sklepach cz barach  tli się wyjątkowo blade, wręcz anemiczne światło. No i znowu włącza mi się tryb retrospekcji. Natychmiast staje mi przed oczami Tadżykistan i to słynne, lokalne oświetlenie, przy którym człowiek był w stanie rozpoznać, że trzyma w ręku książkę, ale o przeczytaniu liter mógł już tylko pomarzyć. Zaczynam się zastanawiać: „Kurczę, czy oni mają tu jakieś straszne spadki napięcia w tej Brazylii?”.

Zagadka wyjaśnia się chwilę później. To nie słabe napięcie. To potężna awaria prądu, która odcięła pół miasta Barra Mansa od cywilizacji aż do następnego dnia!

Na szczęście deptak wzdłuż rzeki Paraíba i most nad nią dumnie opierają się kryzysowi i świecą jak należy. Choć za dnia to miejsce prezentuje się o niebo lepiej. Wszystko za sprawą natury – rosną tu niesamowite, potężne figowce i absolutnie genialne drzewo, które u nas, w polskich doniczkach, uparcie nazywamy fikusem beniaminkiem (tylko że ten tutaj ma rozmiar King Konga wśród fikusów).

Na koniec wisienka na torcie. Ta rzeka, Paraíba – tak, dokładnie ta sama, w której w XVIII wieku rybacy wyłowili figurkę Matki Boskiej z Aparecidy (dzisiejszej patronki Brazylii). Przechodzę pod mostem i idę wzdłuż brzegi, nagle serce mi wyskakuje z piersi, oglądam się, nikogo ni ema wokół! Skąd był ten dziwny dźwięk, coś w stylu groźnego fuknięcia. Jeszcze raz badam wszystko dokoła i odkrywam sprawcę już w wodzie. Tak, dzisiaj Papaiba w Barra Mansa – kryje w sobie kapibary - bardzo płochliwe w przeciwieństwie do tych z Kurytyby. A ja myślałam, że stolica Parany ma monopol na używanie ich jako symbolu miasta. Nic bardziej mylnego.

Połowa znajomych zachodziła w głowę po co do Barra Mansa pojechałam, przecież tam nic nie ma. No jak to - są kapibaty, a symbolem miasta jest kapipara pod palmą. Dlaczego? Pewien burmistrz chcąc ozdobić miasto posadził mnóstwo młodych palm nad rzeką. Ale młode rośliny zaczęly znikać, każdego dnia wydawało się być ich mniej i mniej, albo rankiem znajdowano je wyciągnięte z ziemi. Zwyzywał mieszkańców od wandali, nałożył srogie kary. Jednak nikt nie mógł sprawców złapać. W końcu się wydało, kto je niszczy. To kapibary. Młode palmy są dla nich prawdziwym przysmakiem, bo mają miekkie soczyste liście i pędy. Wściekłość burmistrza nie trwała długo, a na pamiątkę jego pomysłu zamiast rzędu rasowych palm miasto syskało swój smbol - kapibarę pod młodą palmą.

A w pobliskim parku na drzewach obojętnie dyndają leniwce.

Nocny rajd w nieznane, czyli jak zostałam sąsiadką dzikich zwierząt w Serra da Moeda

Wszystko zaczęło się od niewinnego pytania Luiza o to, czy lubię przyrodę. Właściwie to sam zdecydował, że ją lubię, a ja nie protestowałam....