Droga do Ouro Preto wije się, ale w Minas Gerais to żadna nowość. Jechałam tam z lekkim dystansem, właściwie z całkiem sporym. Najsłynniejsze historyczne miasteczko w stanie, pierwsza stolica, zbudowana na fali gorączki złota (tego legendarnego, oblepionego tlenkiem żelaza, stąd nazwa Czarny Złoty).
Brzmi dumnie, ale zanim tam dotarłam, w głowie miałam tylko jedno pytanie: „Czy naprawdę warto tam jechać?”. Kiedy dzieliłam się wątpliwościami ze znajomym, ten tylko popukał się w czoło: „Kościołów i starych domów w życiu nie widziałaś? Historii miasta nie znasz?”.
A jednak pojechałam. I całe szczęście, bo czegoś takiego moje oczy nie widziały i moje łydki nie doznały!
Ouro Preto, czyli trekking miejski dla zaawansowanych
To miasto nie ma ulic. Ono ma pionowe ściany z brukiem. Żeby w ogóle dostać się do centrum, trzeba się się nieźle wspiąć samochodem (wjechałam tam okazją, na szczęście jechała do centrum). Gdy tylko udało mi się zrzucić ciężki plecak do przechowalni na dworcu, natychmiast padłam na malutkim placyku przed jednym z kościołów. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że kawałek płaskiej ziemi jest tutaj na wagę złota – dosłownie i w przenośni.
Tam, łapiąc oddech, poznałam Solange. Solange przyjechała z Rio, jest na emeryturze, podróżuje niskobudżetowo i miała ambitny plan „zaliczenia” większości tutejszych świątyń. Właśnie schodziła z dworca do hotelu i wyglądała na równie zaskoczoną grawitacją tego miejsca co ja.Lekcja nr 1 w Ouro Preto: Jeśli widzisz płaski teren, usiądź na nim. Nie wiadomo, kiedy trafi się następny.
Mnie jednak ciekawość gnała dalej – w górę, w dół, w boki, we wszystkich możliwych kierunkach.
W chmurach i w studni
Pogoda od rana była pochmurna. Normalnie turysta by narzekał, ale w Ouro Preto brak słońca to błogosławieństwo. Przynajmniej człowiek nie gotuje się żywcem podczas udawania kozicy górskiej. Mijani ludzie tylko wymieniali ze mną porozumiewawczee spojrzenia. Jeden z miejscowych chłopaków z litością (albo lekkim sadyzmem) wskazał mi, gdzie mam się jeszcze wspiąć, żeby mieć najładniejszy widok na panoramę miasta. Wdrapałam się. Pięknie!
Chwilę później, dla równowagi, chyba udało mi się znaleźć najniższy punkt starego miasta. Wrażenie? Jakbym stała na dnie głębokiej studni, a dookoła wyrastały ściany domów.
Deszczowe tango w Marianie
Tuż po południu zaczęło padać. A miało NIE PADAĆ! Szybki plan awaryjny: uciekam do pobliskiej Mariany. To niecałe 10 km stąd, a autobusy kursują co 20 minut. Naiwnie liczyłam, że chmura zostanie w Ouro Preto.
Nie została. W Marianie też lało.
Mój spacer po tamtejszej starówce wyglądał jak kiepska komedia:
Przestaje padać – wychodzę.
Zaczyna lać – chowam się pod daszek.
Przestaje padać – robię trzy kroki.
Znowu leje – z powrotem pod daszek.
Moja anielska cierpliwość skończyła się równo przy trzeciej powtórce. Jedynym jasnym punktem tej ucieczki była wizyta w informacji turystycznej (by naładować telefon), gdzie chłopak z obsługi z rozrzewnieniem wspominał swoje miłe przygody z Polską.
Sama Mariana? W porównaniu z Ouro Preto jest płaska jak stół, choć – żeby być sprawiedliwym – swoje mniejsze górki i dolinki też ma. Jednak po porannym treningu w Ouro Preto, moje nogi uznały Marianę za niemal nizinny spacer.








No comments:
Post a Comment