Brazylia uczy liczyć

Promy na Ilhabela śmigają niemal non stop. To takie morskie autobusy – wielkie, głośne i darmowe dla pieszych (co mój portfel przyjął z entuzjazmem). Wchodzisz na pokład, wiatr rozwiewa ci resztki fryzury, a zanim zdążysz zrobić selfie, jesteś po drugiej stronie.

Plaże Ilhabela ma piękne, owszem, poukrywane za wysokimi górami. Wybrzeże brazylijskie jest górzyste, tak, ale ta wyspa wyjątkowo. Ma chyba kilka szczytów sięgających 1000 m 

Prawdziwa zabawa zaczyna się jednak tam, gdzie kończy się woda, a zaczyna... brazylijska komunikacja lądowa.

  • O ile promy działają jak w zegarku, o tyle autobusy z Caraguatatuby do São Sebastião to wyższa szkoła logistyki. Ciekawostka: tutejsze autobusy mają rozkład, ale podaje on wyłącznie godzinę odjazdu z przystanku początkowego.

    Co to oznacza w praktyce? To proste: musisz sobie sama dodać czas przejazdu, nauczyć się na pamięć odległości, dowiedzieć się, jak dany kierowca dziś „czuje” trasę i po prostu ćwiczyć rachunki. Jak tu nie kochać Brazylii za takie praktyczne zadania matematyczne? Człowiek tak się wyćwiczy w liczeniu w pamięci, że nie potrzebuje już płacić za żadne korepetycje!
    Ale przynajmniej czekają na autobus do  São Sebastião poznałam Melitę. Nie sposób zapomnieć jej imienia. 

    Wyścig z wiatrem na starówce

    Po powrocie z wyspy, pokręciłam się po Centro Histórico w São Sebastião. To miejsce wygląda jak plan filmowy kolonialnej telenoweli. Odwiedziłam m.in. XVII-wieczny kościół Igreja Matriz (bo tak przykazała Melita) i nabrzeże pełne armat, które pilnują kanału przed piratami.

    Historyczne kamieniczki kuszą kolorami, ale mój czas był policzony. Tuż przed odjazdem zerwał się potężny wiatr – potraktowałam to jako sygnał do startu i dosłownie obiegłam starówkę razem z wichurą, byle zdążyć na powrotny transport przed zmianą pogody. Chmury zbierały sie przez cały dzień nad górami, ciągle je widziałam gdzieś z drugiej strony.

    Udało się! Wskoczyłam do autobusu do Caraguá i dokładnie w tym momencie niebo się otworzyło. Deszcz zaczął bębnić o dach dopiero wtedy, gdy siedziałam już bezpiecznie w środku. Patrząc na ścianę wody za szybą, mogłam tylko współczuć tym, którzy nie wygrali dzisiejszego wyścigu z czasem. Ja tymczasem, osuszając czoło po moim sprincie, mogłam z satysfakcją stwierdzić, że dzisiejszy egzamin z matematyki i biegu przełajowego zdałam na szóstkę.

    Bilans dnia:

  • Promy: 10/10 (szybko i sprawnie).

  • Korepetycje z matematyki: W cenie biletu autobusowego.

  • Refleks: 10/10 (zdążyć do autobusu sekundę przed ulewą – bezcenne!).

  • Refleks: 10/10 (zdążyć do autobusu przed deszczem – bezcenne!).






Aligator na horyzoncie, zakonnica za plecami

Nadal wybrzeże Sao Paulo. Zmieniam bazy jak rękawiczki, choć przy tutejszej wilgotności „rękawiczki” to ostatnia rzecz, o której człowiek myśli. Wsiadam w autobus w Ubatubie i oficjalnie żegnam się ze Zwrotnikiem Koziorożca. Wysiadam w Caraguatatubie (spróbujcie to wypowiedzieć trzy razy szybko po caipirinhi).

Dlatego leniwi lokalsi mówią Caraguá. Moją uwagę przyciągnęły dwa monumenty, które dumnie prężą się na okolicznych wzgórzach i sprawiają, że człowiek czuje się nagle bardzo mały:

  • Santo Antônio na Morro do Santo Antônio: Patron miasta czuwa nad wszystkimi z wysokości. Widok jest obłędny, ale sam posąg ma w sobie coś z mitycznego strażnika – jakby sprawdzał, czy na pewno wszyscy turyści posmarowali się kremem z filtrem.

  • Wielki Krzyż: Tuż obok, stanowiący idealny punkt orientacyjny dla każdego, kto potrafi zgubić się nawet na prostej drodze do plaży. 

    Tak czy inaczej wyglądają, jakby prowadzili ze sobą cichy dialog nad dachami miasta, pilnując, by nikt za bardzo nie rozrabiał na plaży.

Zamiast jednak bić pokłony posągom, ruszyłam na południe. Plan był prosty: iść brzegiem oceanu, aż stopy odmówią posłuszeństwa. Kolejne plaże mijały mi pod znakiem piasku w butach i zachwytu nad tym, co natura wyprawiała z paletą barw. Aż doszłam do domu Jorge. 

Słońce tego dnia ewidentnie miało nadwyżkę pigmentu ofiarowanego wodzie. Mieniła się ona wszystkimi odcieniami turkusu i granatu, jakby ktoś wylał do oceanu gigantyczny transport farbek akwarelowych.

Sielanka trwała do momentu, gdy słońce postanowiło zrobić to, co robi najlepiej – spektakularnie „pójść spać”. Gigantyczne pasmo Serra do Mar (Góry Morskie) zadziałało jak wielka, zielona roleta. Gdy tylko tarcza słońca schowała się za szczytami, plaże w ułamku sekundy okryły się kojącym cieniem.

Zrobiło się momentalnie chłodniej (no, powiedzmy – z „patelni” na „ciepły piekarnik”), a ja w tym półmroku dotarłam wreszcie do progu Jorge, który tez włóczy się po świecie od lat, ale od siedmiu osiadł w Brazylii za sprawą żony.

Plaże w Caraguá ciągną się właściwie wzdłuż całego miasta, ale jedna z ostatnich na północnym krańcu jest szczególna – Praia da Pedra da Freira. Aby się do niej dostać, trzeba najpierw minąć małe molo, a potem wspiąć się na drewnianą kładkę i schodki, które wiją się malowniczo wśród skał i soczystej zieleni.

Idąc tamtędy, zafiksowałam się na punkcie słynnego „Aligatora”, czyli Pedra do Jacaré. I faktycznie – gad majaczy na horyzoncie, dobrze go stąd widać, ale wciąż jest beznadziejnie daleko. Gapię się więc w tę dal, mrużę oczy, analizuję kształt skały w oddali i prawie przegapiłabym to, co mam pod samym nosem!

Wystarczy się odwrócić. Dosłownie za moimi plecami wyrastała ona: Skała Zakonnicy (Pedra da Freira).

Legenda o zakazanej miłości

Jak na Brazylię przystało, za tym kamieniem stoi tragiczna historia. Codziennie wychodziła na ten brzeg, by wypatrywać jego łodzi wracającej z połowu. Jednak pewnego dnia morze postanowiło zatrzymać go na zawsze. Zrozpaczona kobieta, nie mogąc znieść bólu, skamieniała z tęsknoty, wciąż wpatrując się w ocean. I rzeczywiście – patrząc na ten głaz, można bez trudu dostrzec sylwetkę w habicie, zastygłą w wiecznym wyczekiwaniu.

A sama plaża? Ona nie jest po prostu mała. Ona jest maleńka. Mikroskopijna! To właściwie uroczy skrawek piasku wciśnięty między potężne głazy, gdzie fale zdają się szeptać miłosne sekrety prosto do ucha.
















Wieżowce, zaginiona rzeka i ryby w sieci – z Itapemy do Porto Belo

Wychodzę z domu na Meia Praia z ambitnym planem dnia: plaża, spacer i – kto wie – może nawet wizyta w parku kapibar. Idę w stronę Porto Belo...