Showing posts with label Florianopolis. Show all posts
Showing posts with label Florianopolis. Show all posts

Plaża u stóp historii - Praia do Forte

 Są takie miejsca na Ilha de Santa Catarina, gdzie historia i krajobraz prowadzą ze sobą cichy dialog.
Jednym z nich jest Praia do Forte — niewielka, jasna, niemal pocztówkowa plaża na północy wyspy. Przyjeżdża się tu nie tylko dla kąpieli.

Morze ma kolor spokojnej laguny, piasek jest drobny. W oddali widać kontur lądu stałego i wąskie przejście do zatoki. I właśnie tego przejścia strzeże kamienna forteca, która od XVIII wieku patrzy na wodę z niezmienną czujnością — Fortaleza de São José da Ponta Grossa.

Twierdza została zbudowana w XVIII wieku przez Portugalczyków jako element większego systemu obronnego wyspy. W 1738 roku utworzono Kapitanię Wyspy Santa Catarina, a gubernatorem został brygadier José da Silva Paes. To z jego inicjatywy rozpoczęto fortyfikowanie wyspy — najpierw powstała forteca Santa Cruz de Anhatomirim, a następnie São José da Ponta Grossa i Santo Antônio de Ratones. Razem tworzyły tzw. Trójkąt Obronny w północnej zatoce. Ich zadaniem była ochrona strategicznego portu i zaplecza wojskowego przed Hiszpanami, zwłaszcza w czasie napięć w rejonie La Platy.

I historia rzeczywiście tu zawitała. W 1777 roku Hiszpanie wylądowali na wyspie, maszerując wzdłuż plaż w kierunku umocnień. Przez krótki czas wyspa znalazła się pod panowaniem Korony hiszpańskiej.

Dziś nie słychać tu wystrzałów armatnich — tylko wiatr i cykady — ale mury wciąż robią wrażenie. Spacer po forcie to podróż w czasie. Białe ściany, drewniane okiennice, dziedziniec otwarty na ocean. Z góry rozciąga się widok, który tłumaczy wszystko: to miejsce było idealne do obserwacji każdego statku zbliżającego się do wyspy.

Patrzę na armaty skierowane w stronę wody i myślę o żołnierzach, którzy tu służyli. O izolacji. O długich dniach patrzenia w horyzont. Dziś ten sam horyzont przyciąga turystów z aparatami.

U podnóża fortecy leży Praia do Forte — spokojna, rodzinna, bez wielkomiejskiego zgiełku. To zupełnie inny świat niż eleganckie kurorty północy wyspy. Tutaj czas płynie wolniej. Dzieci bawią się w płytkiej wodzie. Ktoś łowi ryby z brzegu. Ktoś inny czyta książkę w cieniu. Forteca patrzy na to wszystko z góry, jakby pilnowała nie tylko granic, ale i rytmu dnia.

Ale w ruinach fortecy jest też niespodzianka. Siedzi tam kobieta. Przed nią poduszka w kształcie wałka ustawiona na drewnianym stojaku. W poduszce wbite szpilki, w dłoniach drewniane klocki z przywiązanymi nićmi. I z tych splątanych nici powoli wyłania się delikatna, misterna serwetka.

To renda de bilro — koronka klockowa. Tradycja ta przybyła tu w XVIII wieku wraz z osadnikami z Azorów, których Korona Portugalska sprowadziła, by zaludnić i umocnić wyspę. Potrzebni byli ludzie do obsługi fortów, do uprawy ziemi, do budowania nowej osady — ówczesnej Vila de Nossa Senhora do Desterro, dzisiejszego Florianópolis. Wśród nich były kobiety, które przywiozły w swoim kulturowym bagażu umiejętność wyplatania koronek przy pomocy małych drewnianych klocków.

Najpierw była obrona i wojskowe fortyfikacje. Potem rolnictwo i rybołówstwo. A między tym wszystkim — delikatna, cierpliwa praca dłoni.

I tak pod murami militarnej fortecy, zbudowanej, by odpierać ataki, trwa do dziś cicha, europejska tradycja, która stała się częścią tożsamości wyspy.

Tu plaża i historia spotykają się dokładnie w tym samym punkcie. I wtedy trudno wybrać, czy patrzeć na morze, czy w przeszłość.








Praia de Fora — na zewnątrz czego

Koleżanka Renata pisze: „Czekam na Praia de Fora” — czyli na plaży „po zewnętrznej stronie”. Po zewnętrznej stronie – czego właściwie? Może wyspy Ilha de Santa Catarina, tej samej, na której leży Florianópolis? Logicznie brzmiałoby to sensownie. Ale kiedy staję na piasku Praia de Fora, widzę, że to jeszcze nie pełne, bezkresne „otwarte morze”. Horyzont wciąż lekko przysłania sylwetka wyspy. Ocean jest tu spokojniejszy, jakby zawieszony między światem zatoki a wielką wodą.

Ta tafla wody, niemal nieruchoma i lśniąca, skrywa pod sobą inne życie. W oddali widać równe rzędy kolorowych boi, które rytmicznie kołyszą się na falach. To morskie ogrody – ogromne hodowle omułków i ostryg, rozciągnięte na długich linach podwieszonych w głębi. To one nadają krajobrazowi ten specyficzny, pracowity spokój. Człowiek i morze żyją tu w cichym porozumieniu, bez pośpiechu, w rytmie przypływów.

Może więc „de Fora” znaczy: na zewnątrz tłumów? Na zewnątrz hałasu? W weekendy i święta ta teoria trochę się chwieje — wtedy znalezienie pustego skrawka piasku bywa wyzwaniem. Brazylijczycy kochają swoje plaże i potrafią wypełnić je po brzegi. Ale wystarczy przyjechać w tygodniu. Wtedy Praia de Fora rzeczywiście staje się „na zewnątrz wszystkiego”.

Na zewnątrz miasta. Na zewnątrz pośpiechu. Na zewnątrz spraw do załatwienia.

Plaża jakby tylko dla mieszkańców sąsiedniego condomínio. Spokojna dzielnica, niskie domy, kilka ulic, które kończą się piaskiem. Lokalny bar, w którym wieczorem toczą się długie rozmowy przy zimnym piwie. Od niedawna nawet stacja benzynowa — znak, że miejsce się rozwija, ale jeszcze nie straciło swojego rytmu. To nie jest plaża z pierwszych stron przewodników, takich jak Jurerê Internacional czy Guarda do Embaú. I może właśnie dlatego ma w sobie coś prawdziwego.







Moja kolejna Enseada — tym razem Brito

Która to już moja enseada?
Zaczynam się nad tym zastanawiać. W Brazylii niemal każde nadmorskie miasto ma swoją „Enseada”. Słowo miękkie, spokojne, obiecujące zatokę, schronienie, łagodną wodę.

A jednak Enseada do Brito jest inna.

Leży w gminie Palhoca, w miejscu o silnych korzeniach azorskich. Sama nazwa wiele mówi.
Enseada po portugalsku oznacza małą zatokę — fragment wybrzeża łagodnie wcięty w ląd, naturalne schronienie dla łodzi.
Brito to nazwisko. Najprawdopodobniej pochodzi od jednego z pierwszych osadników lub właścicieli ziemskich w tej okolicy w XVIII wieku, gdy na wybrzeże Santa Catarina przybywali koloniści z Azorów. Wiele miejsc w regionie nosi nazwiska dawnych rodzin — to ślady pierwszych map, pierwszych domów, pierwszych sieci rybackich suszących się na wietrze.

A jednak dziś trudno tu mówić o schronieniu.

Stoję na brzegu i myślę: może ta enseada niedługo zniknie.

Morze uderza mocno o mur — ogrodzenie czyjegoś domu. Fale rozbijają się z siłą, jakby chciały przypomnieć, kto tu naprawdę rządzi. W jednym miejscu plaży już nie ma. Woda dochodzi niemal pod fundamenty. Dalej zostaje tylko wąski pasek piasku — symboliczny. Namiastka plaży. Jakby ktoś narysował ją cienką kreską i zapomniał wypełnić kolorem.

To, co kiedyś było przestrzenią spacerów, dziś jest przejściem na palcach.

Enseada — zatoka, która miała chronić.
Dziś sama potrzebuje ochrony.

Patrzę na domy stojące niemal w linii fal i zastanawiam się, czy budując je, ktoś wierzył, że morze będzie zawsze w tym samym miejscu. A ono przecież oddycha. Cofając się i wracając. Zabierając po trochu.

Może dlatego każda enseada jest inna.
Bo każda opowiada inną historię relacji człowieka z wodą.

I może właśnie ta — cicha, krucha, podmywana — zostanie mi w pamięci najmocniej.





Dojedziesz, ale dalej nie pojedziesz - Praia do Cedro

 Tu droga się kończy. Dosłownie.

Asfalt urywa się nagle. Dalej jest tylko piach, wzgórze, ścieżka i morze. Nie ma „gdzieś dalej”. Nie ma skrótu. Nie ma tranzytu. To miejsce nie jest po drodze — ono jest celem samym w sobie.

Na drodze dojazdowej stoi ogromny kamienny portal. Monumentalny, trochę z innej epoki. Trudno oprzeć się wrażeniu, że powstał w czasach, gdy to miejsce i pobliski camping tętniły życiem. Dziś wygląda jak brama do wspomnień.

Obok stoi opuszczony camping. Zardzewiała brama, wyblakłe tablice, betonowe fundamenty po dawnych zabudowaniach. Patrząc na to, łatwo wyobrazić sobie dawne lata — namioty, dzieci biegające boso po piasku, zapach kawy o świcie, rozmowy przeciągające się do nocy.

Dzisś ożywa tylko czasami. W długi weekend, w pełnię lata. W regionie Palhoça są miejsca znane, fotografowane i modne. A są też takie jak to — które nie walczą o uwagę. Po prostu są.

Praia do Cedro nie krzyczy. Ona szepcze.

A kiedy stoisz tam, gdzie kończy się droga, masz wrażenie, że kończy się też coś więcej — pośpiech, hałas, konieczność bycia „gdzie indziej”.

Patrząc na rzędy boi unoszących się na wodzie, trudno nie pomyśleć o rytmie, który rządzi życiem w takich miejscach. Hodowla małży nie znosi pośpiechu. Tu wszystko zależy od temperatury wody, od przypływów, od pogody. Morze decyduje.

Rybacy wiedzą to najlepiej. Ich dłonie są szorstkie od lin i soli, twarze opalone nie wakacyjnym słońcem, lecz latami pracy. Czasem widać, jak niewielką łodzią podpływają do boi, sprawdzają liny, wyciągają kosze. Bez pośpiechu. Bez widowiska. To codzienność, która dla przyjezdnych jest niemal egzotyczna.

W restauracjach regionu owoce tej pracy trafiają na talerze jeszcze tego samego dnia. Świeże, proste, podane bez zbędnych dodatków. Smakują morzem.

Praia do Cedro ma w sobie coś, czego nie da się sfotografować. To nie tylko krajobraz. To uczucie.

Gdy siedzisz na piasku i patrzysz na spokojną taflę wody poprzecinaną liniami boi, zaczynasz oddychać wolniej. Myśli przestają pędzić. Telefon przestaje być ważny. Zostaje tylko szum wody i odległy głos rybaków niosący się nad zatoką.

Może dlatego takie miejsca są potrzebne. Nie po to, by coś „zaliczyć” czy odhaczyć na mapie. Ale po to, by sobie przypomnieć, że świat nie zawsze musi być szybki, głośny i błyszczący.

Brama, która niczego nie pilnuje. Kiedy wracałam tą samą drogą i mijałam kamienny portal, pomyślałam, że to symboliczne. Brama stoi, choć nie ma już czego pilnować. Camping prawie zniknął, asfalt się kończy, ruch turystyczny dawno przeniósł się gdzie indziej.

A jednak miejsce trwa.

Może właśnie dlatego, że nie próbuje nadążać za światem.


W poszukiwaniu przejścia — Praia da Daniela

Długa, spokojna, idealna na spacery „w nieskończoność”.Praia da Daniela - dojście na nią nie było oczywiste. 

Można morzem — tak mówią. Rzeczywiście, w czasie odpływu przejście wzdłuż wody jest możliwe. Ale trafiam na przypływ. Woda sięga powyżej pasa. A może i wyżej. Fale nie są groźne, ale stanowcze. Decyduję: nie dzisiaj. Nie chcę zaczynać spaceru od kąpieli z plecakiem nad głową.

Zostaje ścieżka przez wzgórze.

Tyle że ścieżka nie krzyczy „tędy!”. Nie ma wielkiego drogowskazu. Jest raczej domysłem. Wąskim prześwitem między krzakami. Intuicją. Trzeba chwilę poszukać, zawrócić, spojrzeć jeszcze raz. Ale jest. I prowadzi na drugą stronę.

A tam — Daniela. Dłuuuga. Płytka. Morze spokojne, niemal stojące. Idealne dla dzieci. I rzeczywiście — mnóstwo tu rodzin. Kolorowe parasole od słońca, torby z przekąskami, lodówki z napojami, dziecięce wiaderka, śmiech. 

Idę dalej. W siną dal. Daniela zdaje się nie kończyć. Każdy krok oddala mnie od skupisk ludzi. Głosy cichną. Parasole znikają. Jeszcze trochę. Jeszcze za zakręt.

I nagle jestem sama. Piasek przede mną pusty. Morze bez śladów stóp. Tylko wiatr i rytmiczny plusk wody. Czasem ktoś tu zajrzy. Z psem, który biegnie jakby odkrył własne królestwo. 

Lubię ten moment.

Kiedy z plaży rodzinnej robi się plaża prywatna.
Kiedy wystarczy przejść trochę dalej, by znaleźć ciszę.
Kiedy droga nie jest oczywista, ale nagroda warta szukania.

Najpierw trzeba znaleźć przejście.
Potem można iść już tylko przed siebie.





Nie za wąska, nie za szeroka - Canasvieiras

Canasvieiras to plaża, której fenomenu do końca nie rozumiem. Naprawdę nie wiem, dlaczego tak bardzo upodobali ją sobie Argentyńczycy. I Urugwajczycy też. A jednak co roku wracają tu całymi rodzinami.

Może dlatego, że jest w sam raz. Ani wąska, ani przesadnie szeroka. Ocean tutaj nie straszy falą — raczej zaprasza do długiego brodzenia w ciepłej wodzie. Można wejść, stać, rozmawiać, gestykulować, poprawiać włosy i nadal mieć wodę tylko do pasa. W sezonie hiszpański słychać częściej niż portugalski. Czasem mam wrażenie, że przekroczyłam niewidzialną granicę i jestem gdzieś między Buenos Aires a Montevideo.

Nie ma tu luksusowych willi ani modnych klubów plażowych. Są za to małe hotele, proste apartamenty na wynajem, lodziarnie, bary z pastel i restauracje serwujące świeże owoce morza. Plażowa codzienność w wersji południowoamerykańskiej.

Przechadzają się sprzedawcy queijo coalho, choripán, kukurydzy i krewetek na patyku. Dzieci budują zamki z piasku z pełnym zaangażowaniem architektów przyszłości. Starsi panowie grają w siatkówkę albo siedzą pod parasolami, obserwując świat z godnością ludzi, którzy już wszystko widzieli.

Pod wieczór światło robi się miękkie i złote. Parasole składają się powoli, ale życie wcale nie zwalnia — po prostu przenosi się do nadmorskich restauracji. Zapach smażonej ryby miesza się z bryzą oceanu, rozmowy robią się głośniejsze, a dzień miękko przechodzi w noc.

Głębokie południe


Na samym południu wyspy Santa Catarina morze spotyka się z Atlantykiem w wersji hard. Tam,
gdzie kończy się Florianópolis, zaczyna się inny świat – dziki, mniej cywilizowany, pełen kontrastów i historii.

Pierwszy przystanek: Praia dos Açores. 30 kilometrów od centrum, plaża jak z pocztówki – jasny piasek, morze skrzące się w słońcu i widok na wysepki Três Irmãs i Moleques do Sul. Do tego ścieżki prowadzące w głąb Atlantyckiego Lasu. Ma się niemal złudzenie, że cywilizacja została za plecami.

Na prawo od Açores kryje się Praia da Solidão – nazwa mówi wszystko: samotność. Plaża niewielka, z białym piaskiem i mocno wzburzonym morzem.


Wygląda trochę tak, jakby natura chciała powiedzieć: „Przyjdź, popatrz, ale nie licz na wygody”. Idealna dla tych, którzy lubią mieć ocean tylko dla siebie – i nie boją się jego kaprysów.

A na lewo – absolutna królowa południa: Lagoinha do Leste. Raj ukryty tak dobrze, że nie da się tam dojechać samochodem. Do wyboru masz: statek albo nogi. Nogi – to dwie trasy. Jedna z Matadeiro – dłuższa, ale widokowa. Druga z Pântano do Sul – krótsza, ale za to pełna stromizn i zjazdów, na których człowiek zastanawia się, czy w ogóle wróci w jednym kawałku.


Wybrałam tę z Pântano – wydała mi się bezpieczniejsza (choć po doświadczeniach z afrykańskich ścieżek, zwłaszcza ruandyjskich, chodzę po takich trasach z duszą na ramieniu). Każdego napotkanego turystę pytam: „Daleko jeszcze?”. Oni się uśmiechają, jakby wiedzieli coś, czego ja nie wiem. A ja sapię pod górkę i zastanawiam się, kto pierwszy powiedział, że to krótsza droga…

Ale kiedy już dociera się na Lagoinhę, zapomina się o wszystkim. Plaża wygląda jak miejsce z katalogu „najpiękniejsze plaże świata” – dzika, szeroka, otoczona wzgórzami. Tu nawet wiatr wie, że musi zwolnić.

Ekstremalne południe Florianópolis – trzy plaże, trzy różne światy. Açores – widok i spokój, Solidão – samotność i ocean bez litości, Lagoinha – nagroda dla wytrwałych. A ja wracam z zakwasami w nogach i poczuciem, że znowu udało mi się znaleźć kawałek raju na końcu wyspy.

Popołudnie we Floripie

Kompozycja budynków, kolorów, muzyki, ludzi, kształtów, smaków.
Są takie popołudnia w Florianópolis (czyli „Floripie” – tak mówią ci, którzy już zdążyli się tu zakochać), kiedy wszystko zdaje się być w idealnym balansie między chaosem a słońcem. Ulice centrum tętnią życiem, ale nikt nigdzie się nie spieszy. Jakby całe miasto było na zwolnionych obrotach – trochę jak blender, który już skończył miksować, ale jeszcze przez chwilę mruczy.

W centrum Floripy dźwięki mieszają się jak dobrze przyprawiona feijoada: od stukotu szklanek w kawiarniach, przez głośne „belezaaa?” rzucane znajomym, po subtelne „ssszzzz” smażącego się pastela z krewetkami. W tle szumi ocean, ale tak leniwie, że trudno uwierzyć, że to ten sam Atlantyk, który gdzie indziej wali falami o skały jak perkusista po trzeciej kawie.

Budynki – trochę kolonialne, trochę współczesne, jakby architekci nie mogli się dogadać, ale ostatecznie wyszło im całkiem stylowo. Kolory? Od turkusów i fioletów po żółcie limonki, wszystko w tonacji „dobrze się tu żyje”. Ludzie ubrani tak, jakby każdy moment mógł się skończyć tańcem: klapki, uśmiech i zero pośpiechu.

A nad tym wszystkim – wiatr. Ten lekki, morski, co rozplątuje włosy, przynosi zapach soli i brzmienie muzyki z sąsiedniej ulicy, gdzie ktoś właśnie zaczyna grać sambę. Wtedy Floripa naprawdę żyje. 

I kiedy słońce powoli zanurza się w błękitnej wodzie po stronie północno-zachodniej, człowiek dochodzi do wniosku, że Floripa nie jest miejscem. To stan ducha – taki, w którym kawa smakuje lepiej, wiatr brzmi ładniej, a życie ma zapach limonki i świeżej ryby.


Surf, legenda i smok – spacerem od Joaquíny do Mole

Wzdłuż wydm dochodzę do Praia da Joaquina – jednej z najsłynniejszych plaż Florianópolis. To tutaj fale biją z takim rozmachem, że surferzy z całego świata ustawiają się w kolejce, a mistrzostwa świata w surfingu znalazły swój brazylijski adres.

Nazwa? Stosunkowo świeża – na mapach pojawiła się dopiero w latach 70. XX wieku. Ale miejscowi wolą mówić krótko: Joaca.

A skąd Joaquina? Według legendy była tu kiedyś pewna kobieta, która uczyła inne mieszkanki wyplatać domowe utensylia, karmiła rybaków i spędzała godziny na skałach, wpatrzona w morze. Aż pewnego dnia zapatrzyła się za bardzo – i fale porwały ją razem z jej koronkami. Do dziś opowiadają tę historię rendeiras, hafciarki z wyspy, a plaża nosi jej imię. Prawda czy mit? Nieważne – legenda pasuje idealnie do klimatu tego miejsca. A skały sa imponujące i nietrudno z nich spaść. 

Dziś zamiast koronek – deski surfingowe, zamiast harpunów – piłki do plażówki, Wydmy Joaquina to dodatkowa atrakcja – można się na nich wyżyć, ślizgając się na desce w dół piaszczystych stoków. Sandboarding to lokalny sport narodowy (zaraz po surfingu i graniu w piłkę boso).

Szukając obiadu dochodze do jeziora Conceisao i dalej do Praia Mole – plaża o nazwie tak miękkiej, jak jej piasek. kilkaset metrów otwartego oceanu, z którego chętnie korzystają spacerowicze jak ja, surferzy, paralotniarze.

Mole jest trochę dzika i naturalna – mało tu zabudowy, za to dużo barów na pasku , muzyki i wieczornych imprez. To też jeden z najbardziej zatłoczonych kawałków wyspy – w weekendy korek na dojeździe jest tak solidny, że można by w nim urządzać zawody w surfowaniu na desce po asfalcie.

A jeśli spojrzeć w stronę skał – południowy cypel Mole tworzy kształt smoka. Miejscowi mówią na niego Dragão da Mole. Drugi skalny masyw, oddzielający Mole od plaży Galheta, przypomina profil indiańskiej twarzy. Oba motywy trafiły nawet do piosenek miejscowego zespołu Dazaranha, który również takie na przykład rzeczy wyspiewuje w "Wyznaniu wlóczęgi":

"Lubię kawę w łóżku 
Z sokiem pomarańczowym, papają 
Tak, i wino na stole 
Jutro, kiedy 
Kiedy pójdziesz do pracy 
Uważaj Żebyś mnie nie obudził 
Śpię do późna 
Noc jest moim towarzyszem 
Chwała miłości, cześć przyjaźni...

Spacer od Joaquíny do Mole to jak podróż przez trzy różne światy: od legendy o kobiecie, którą porwało morze, przez wydmy i piaskowe zjazdy, aż po smoki z granitu i imprezy przy zachodzie słońca. Floripa – tu nawet plaże mają swoje historie, a każda kolejna jest jak rozdział w niekończącej się książce o wyspie.

Piaskowa pustynia w środku miasta



Miejski Park Przyrody Wydm Lagoa da Conceição – brzmi poważnie, urzędowo, ale tak naprawdę to po prostu ocean piasku w sercu Florianópolis. 700 hektarów, które wyglądają jak kawałek Sahary wrzucony między lagunę a wschodnie plaże. Gdzie nie spojrzę, wszędzie wydmy, raczej łagodne, niż strome, porośnięte krzaczkami, kwiatkami i otoczone zielonymi wzgórzami.

To miejsce nie tylko cieszy oczy – ma też duże znaczenie dla miasta: chroni źródła wody, jest domem dla ptaków wędrownych, jaszczurek i roślin, które potrafią ukrywać w sobie dziesiątki gatunków owadów. Brazylijczycy szczycą się tym parkiem, a turyści kochają go za sandboarding. Tak, nie tylko w Andach czy Alpach można jeździć na desce – tu zjeżdża się z wydm na piasku. Niektórzy elegancko, jak surferzy. Inni, jak ja, bardziej tarzając się niż sunąc. Ale radości tyle, że piach w zębach przestaje przeszkadzać.



Oficjalnie park powstał w 1988 roku, żeby powstrzymać budowę domów i hoteli. W 2018 jeszcze go powiększono, żeby chronić kolejne źródła wody i plażę Campeche. Teraz to już nie tylko atrakcja turystyczna, ale i symbol miasta – bo Florianópolis ma dwie twarze: z jednej strony gwarne, modne plaże, a z drugiej – takie cuda natury, które każą ci usiąść w ciszy i patrzeć, jak mgła znika znad laguny.

Wstaję przed świtem, trudno powiedzieć: "budzę się", mam wrażenie że ciągle śpiąc brodzę po kolana w piasku. Wokół resztki atlantyckiego lasu, nade mną niebo, a pode mną piach, piach i piach. Siadam więc na nim i czekam na świt, na słońce. Gdy ono już na niebie, przychodzi Lucas z termosem i matero. Yerba się skończyła, więc zamiast matero dziś przyniósł zwykłe szklanki z herbatą. 
W tym pejzażu nawet herbata smakuje jak coś niezwykłego i daje siłę ta jak słońce, codziennie zaczynające świat od nowa. Czasem ktoś przyjdzie i ćwiczy jogę, czasem przebiegnie pies z właścicielem. Ale generalnie – spokój i cisza.


Indianie, Polonia i Chrystus w chmurach - Rio de Janeiro

  Chmury nadal nie odpuszczają, ale około południa deszczowi najwyraźniej nudzi się już padać. Korzystam z okazji i ruszam w stronę Copacaba...