Chmury nadal nie odpuszczają, ale około południa deszczowi
najwyraźniej nudzi się już padać. Korzystam z okazji i ruszam w stronę
Copacabany. Po drodze zaglądam do Muzeu do Indio.
To jedno z tych miejsc, które bardziej intrygują nazwą niż zawartością. Dyżurujący tam Indianin wyjaśnia, że główny budynek jest w remoncie. Do zwiedzania pozostaje niewielka sala z dość skromną ekspozycją, a resztę uzupełniają fotografie ustawione na zewnątrz.
Moją uwagę przyciągają gliniane figurki, jakich wcześniej nie widziałam.
– Jakie jest ich przeznaczenie? – pytam strażnika.
Wzrusza ramionami.
– Proszę zapytać jego.
„Jego” okazuje się Indianinem opiekującym się ekspozycją.
– Nic konkretnego – odpowiada. – Do dekoracji.
Trochę szkoda. Liczyłam na tajemniczą funkcję.
Na pocieszenie dostaję kilka książek. Wychodzę więc z muzeum bogatsza o literaturę i kilka dodatkowych kilogramów pod pachą.
Docieram na mokre piaski Copacabany i Ipanemy. Chrystus Odkupiciel prowadzi ze mną własną grę w chowanego. Stoi przecież dokładnie tam, gdzie zawsze, na szczycie Corcovado, ale raz go widać, raz znika za chmurami. Bywają miejsca, z których powinien górować nad miastem, a tymczasem pozostaje jedynie domysłem. Widocznie nawet on uznał, że w taką pogodę najlepiej schować się pod kołdrą z chmur.
Przy okazji odkrywam jeszcze coś. Siedziba Sociedade Polônia mieści się przy tej samej ulicy co dom Ruana. Skoro jestem tak blisko, nie mogę tam nie zajrzeć.
Trafiam akurat na przyjęcie. Część budynku została wynajęta
na imprezę, ale stowarzyszenie normalnie funkcjonuje. Za jedną ścianą gra muzyka,
słychać śmiechy i rozmowy, a za drugą członkowie Sociedade Polônia spokojnie
omawiają swoje sprawy. Nikt nikomu nie przeszkadza. Brazylijczycy chyba
opanowali do perfekcji sztukę godzenia życia towarzyskiego z codziennością. U
nas pewnie ktoś poprosiłby o ściszenie muzyki. Tutaj Polonia pracuje, goście
świętują, a jedni drugim nawet przez chwilę nie wchodzą w drogę.

No comments:
Post a Comment