Rio się zachmurza - Rio de Janeiro

Miasto pod pastelowym, kolorowym niebem powoli szykuje się do snu. To znaczy teoretycznie. Bo Rio zasypia mniej więcej tak chętnie, jak ja po podwójnym espresso. Samochodów nie ubywa, mam wręcz wrażenie, że z każdą minutą przybywa nowych. Rzeki świateł płyną we wszystkich kierunkach, a niebo zmienia kolory z różu i pomarańczy na granat, by w końcu zniknąć w czerni.

Wracam z Cabo Frio z Allanem. Początkowo chce mnie wysadzić przy przystanku, z którego odjeżdżają autobusy do centrum. Okazuje się jednak, że stąd można co prawda pojechać autobusem, ale raczej na obrzeża Rio. Ten, którego potrzebuję, znajduje się dobre kilkaset metrów, a może nawet kilometr dalej, przy tej samej alei. Blisko, ale wieczoem lepiej tu nie chodzić.

Zatrzymujemy się przy właściwym zespole przystanków. W Rio, przy szerokich alejach, przystanki nie tworzą jednego miejsca. Są rozrzucone wzdłuż ulicy, często na wyspach między jezdniami, a każdy obsługuje zupełnie inne linie. Trzeba więc najpierw znaleźć odpowiednią wyspę, a dopiero potem właściwy autobus.

Pozostaje tylko ustalić, z którego przystanku, na którym chodniku i według jakiej tajemnej logiki. Po chwili znajduję właściwe miejsce. Tylko dlaczego stoję tu prawie sama? „Spokojnie, zaraz przyjdą” – uspokajam się. W Rio internetowy rozkład jazdy jest bardziej inspiracją niż dokumentem.

– Czy na pewno tędy jedzie ten autobus? – pytam dziewczynę obok.

– Tak, też na niego czekam.

Świetnie. Czyli są już dwie osoby, które wierzą w ten sam autobus.

W końcu nadjeżdża. A właściwie przejeżdża. Drugim pasem. Machamy jak rozbitkowie wypatrujący statku ratunkowego. Kierowca nas widzi. Naprawdę widzi. Tylko że przypomina sobie o przystanku dopiero teraz, kiedy jest już otoczony sznurem samochodów i może jedynie bezradnie rozłożyć ręce.

Tak bardzo skupiłam się na tropieniu kolejnego, że nie zauważyłam wiadomości od Ruana, że był blisko i próbował mnie odebrać. Do jego domu docieram więc chwilę po nim.

To pastelowe niebo okazało się ostatnim, jakie zobaczyłam podczas tego pobytu w Rio.. Następnego dnia nad miastem zawisły chmury i najwyraźniej podpisały umowę na pobyt bezterminowy.

Spaceruję plażą Flamengo aż do Botafogo. Góra Cukrowa gdzieś owszem jest na swoim miejscu, ale dziś chmury  wymazują jej czubek z krajobrazu.

Praia Vermelha w słoneczny dzień

Docieram na Praia Vermelha. Widoków nadal niewiele, za to niezmiennie stoi tu Fryderyk Chopin. Pomnik trafił na plażę dzięki brazylijskiej Polonii, która ufundowała go dla uczczenia setnej rocznicy śmierci kompozytora. Od tamtej pory Chopin cierpliwie znosi deszcze, upały i tłumy turystów. Chyba jest jedynym Polakiem w Rio, którego nawet ulewa nie jest w stanie wygonić z plaży.

Skoro widoków nadal brak, odbijam na cmentarz São João Batista. Z jednej strony grobowce, z drugiej wspinająca się po zboczu favela Santa Marta. Przez chwilę zastanawiam się, kto ma lepszy adres – mieszkańcy z widokiem na cmentarz czy ci z cmentarza z widokiem na fawelę.

Czekam na autobus i jadę na Copacabanę. I wtedy zaczyna padać. Plaża znika. Wzgórza znikają. Nie widać nawet końca promenady. Wydaje mi się, że mleko leje się z nieba.

Skoro plaże zrobiły sobie dzień wolny, pozostają galerie handlowe, kawiarnie i inne tym podobne pierdoły.

Tak mija dzień, który kończy się jedynym naprawdę wyraźnym wydarzeniem – zwycięstwem Brazylii nad Szkocją.

Pomnik Chopina w Rio de Janeiro


 

No comments:

Post a Comment

Festa Junina - byk, kukurydza, quadrilha i grzaniec z cachaçy

Indianie w Andach mają swoje Inti Raymi, w Polsce mamy Sobótkę, wianki, ogniska i skakanie przez nie, a Brazylia ma festas juninas. I ma też...