Cabo Frio - czysta, nieskrępowana estetycznie bajka. Eduardo zgarnia mnie z ronda i ponieważ mieszka dosłownie na plaży, rzucam plecak i natychmiast lecę w stronę wody. Piasek jest tu tak szeroki i tak twardo ubity, że zamiast spacerować, można by tu śmiało urządzić wyścig kolarski. Ładnie tu. Pędzę więc brzegiem aż do fortu i historycznej starówki.
Fort São Mateus (i jego tłusta tajemnica)
Fort z XVII wieku stoi dumnie na skałach i kiedyś gonił stąd piratów, którzy chcieli podkraść Portugalczykom cenne drewno pau-brasil.
Żeby
mury przetrwały wieki sztormów, budowniczowie użyli zaprawy z piasku,
muszli i tranu, czyli oleju z wieloryba. Tak, ten fort kiedyś musiał
pachnieć rybą, ale za to trzyma się kupy do dziś. A zapach ryb tylko z
pobliskiego niewielkiego targu ryb czułam.
Choć na murach wciąż stoją zabytkowe działa, to jedno z nich zostało wywiezione do Rio, żeby zdobić siedzibę klubu Flamengo. Drugie natomiast „pożyczyło” sobie wspomniane wcześniej São Pedro da Aldeia i postawiło na swoim placu. Ot, sąsiedzka solidarność.
Kawałek dalej, tuż nad kanałem, ukrywa się najstarsza dzielnica – Bairro da Passagem. Ulice są tu wybrukowane klasyczną kostką, a wokół stoją urokliwe, parterowe, białe domki o stonowanych, ciemnych drewnianych wykończeniach. Wygląda to niesamowicie spokojnie i klimatycznie – idealne miejsce na wyciszenie po dniu na plaży.
W centrum stoi skromny kościółek św. Benedykta z XVIII wieku, wybudowany niegdyś przez niewolników. Kiedyś rządzili tu rybacy, dziś po zmroku królują tu turyści, zimne piwo i muzyka na żywo.
Spokój tego miejsca może jednak mylić, bo Cabo Frio ma za sobą bardzo awanturniczą przeszłość. I to z jezuitami w roli głównej! O ile w sąsiednim São Pedro da Aldeia zakonnicy byli szanowanymi budowniczymi, którzy chronili Indian przed niewolnictwem, o tyle tutaj, w Cabo Frio, pokazali swoje drugie, biznesowe oblicze. W XVII wieku Cabo Frio było strategicznym, bogatym portem, z którego wywożono sól, ryby i drewno. Jezuici z Rio de Janeiro szybko zorientowali się, że to żyła złota. Wykorzystując swoje ogromne wpływy u portugalskiego króla, zaczęli masowo przejmować najlepsze tereny wokół Cabo Frio – w tym gigantyczne pastwiska i strefy połowu ryb (tzw. Fazenda de Campos Novos). Zakon stał się tak potężną korporacją gospodarczą, że zaczął przejmować najlepsze ziemie i dyktować ceny ryb oraz soli.
W 1661 roku biali, portugalscy osadnicy mieli już tak serdecznie dosyć ich podatkowych przywilejów i monopolu, że zorganizowali regularne powstanie. Wściekły tłum, prowadzony przez lokalnych oficjeli, ruszył na jezuicką rezydencję. Zakonnicy zostali pogonieni z miasta gdzi epierprz rośnie, ich majątek splądrowany, a ziemie odebrane. Przez pewien czas jezuici mieli wręcz zakaz zbliżania się do Cabo Frio! To genialny dowód na to, że historia Brazylii nigdy nie była czarno-biała. Ci sami jezuici, którzy nieśli kaganek oświaty, potrafili tak głęboko zajść za skórę lokalnemu biznesowi czyli białym kupcom i rybakom, którzy przyjechali z Portugalii sie dorobić, że aż polała się krew! Historia za kulisami rajskich plaż była niesamowicie mięsista!
Choć jezuici ostatecznie wrócili po latach (gdy korona portugalska stłumiła bunt), ich pozycja w Cabo Frio nigdy nie była już tak silna jak w São Pedro. Główną pamiątką po ich potędze rolniczo-gospodarczej w tym regionie jest Fazenda de Campos Novos - historyczny kompleks wiejski z kościołem i domem zakonnym, który jezuici wznieśli, by zarządzać swoimi stadami bydła i uprawami.
Widoki i kolory wody w Cabo Frio są tak nierealne, że aż bolą oczy – a wszyscy wokoło powtarzają, że sąsiednie Arraial do Cabo jest jeszcze ładniejsze! Jeszcze trochę gadu-gadu z Eduardo, ugotował świetny obiad i muszę w drogę. Kierunek: Rio!






No comments:
Post a Comment