Od indiańskiego wodza do dywanów na Boże Ciało. Co kryje Niterói?


W jednym z poprzednich postów zachwycałam się niesamowitymi, barwnymi dywanami z soli, które mieszkańcy Niterói sypią na ulicach z okazji Bożego Ciała. Ale to miasto ma do zaoferowania znacznie więcej niż te efemeryczne dzieła sztuki. Ostatnio, przeglądając zrobione na wybrzeżu zdjęcia, natknęłam się na fotografię dumnego pomnika Indianina spoglądającego na ocean.

I tak oto, po nitce do kłębka – łącząc kropki z mojej wizyty w São Pedro da Aldeia, gdzie po raz pierwszy usłyszałam o ludu Temiminó – odkryłam dla siebie pewną historię, którą po prostu muszę się  podzielić. Poznajcie Araribóię – człowieka, bez którego Niterói (a nawet sąsiednie Rio de Janeiro!) mogłoby dzisiaj w ogóle nie istnieć.

Ten dumny wojownik to postać absolutnie wyjątkowa – jedyny rdzenny Amerykanin w historii Brazylii, który stał się oficjalnym założycielem wielkiego brazylijskiego miasta. Geny i zmysł strategiczny miał zresztą niezwykłe. Araribóia był bowiem synem wielkiego Maracajá-guaçu, najwyższego wodza ludu Temiminó.

Imię jego ojca oznaczało w języku tupi „Wielkiego Dzikiego Kota” (ocelota) i idealnie oddawało jego charakter. Maracajá-guaçu przeszedł do historii jako genialny strateg. Kiedy w XVI wieku większość okolicznych plemion dała się omamić Francuzom obietnicami i handlem, „Wielki Ocelot” jako jedyny przejrzał ich intencje i zawiązał kluczowy sojusz z Portugalczykami. Gdy wróg rzucił na jego lud gigantyczne siły, wódz dokonał niemożliwego – zorganizował masową ewakuację całego plemienia z ogarniętej wojną Zatoki Guanabara bezpiecznie na północ (do dzisiejszego Espiroto Santo). To właśnie tam, na wygnaniu, wychował swojego syna na wybitnego wojownika, wpajając mu miłość do swojego ludu i bezwzględną lojalność wobec sojuszników.

Gdy Maracajá-guaçu odszedł, młody Araribóia przejął dowodzenie. Przenieśmy się na chwilę do momentu, gdy o te rajskie wybrzeża toczyła się ostateczna bitwa. Francuzi chcieli tu stworzyć swoją kolonię. Portugalczycy byli w odwrocie i wtedy na scenę wkroczył syn „Wielkiego Ocelota”.

Hiszpańskie i portugalskie kroniki mówią, że jego odwaga obrosła legendą – potrafił wpław, z łukiem w zębach, przepłynąć zatokę, by zaskoczyć wroga. Dzięki jego wsparciu Francuzi zostali ostatecznie wyparci.

W dowód wdzięczności portugalska korona nadała mu szlachectwo, a w 1573 roku podarowała mu ziemie po drugiej stronie zatoki. Araribóia wraz ze swoim ludem założył tam osadę São Lourenço dos Índios – i to były oficjalne narodziny dzisiejszego Niterói, które obecnie słynie z owych solnych dywanów.

Dziś, kiedy stoi się na nabrzeżu (tuż przy stacji promów nazwanej jego imieniem) i patrzy na ten pomnik, łatwo poczuć ducha tamtych czasów. Spogląda on hardo przed siebie, z rękami skrzyżowanymi na piersi, jakby wciąż przypominał, kto tu tak naprawdę rządził.



No comments:

Post a Comment

Po co Brazylii Espirito Santo?

Po co Brazylii Espirito Santo? Tak mówią złośliwi Brazylijczycy z innych stanów. Po co w ogóle tam jedziesz?! Jeszcze inni dodają, że Portug...