Cebula, gigantyczny projekt i najstarszy kościółek, czyli Vitoria bez makijażu

Vitoria na tle swojej gigantycznej aglomeracji ma jednego asa w rękawie – starówkę. Brzmi dumnie, prawda? W praktyce jednak jej urok jest dość zakurzony, żeby nie powiedzieć lekko zaniedbany i brudny. Owszem, dumnie prezentuje się tu Palácio Anchieta, katedra czy Teatro Carlos Gomes, ale zderzenie z lokalną rzeczywistością potrafi być uderzające.

Na przykład plac Costa Pereira - ma swój urok, ale próba posiedzenia na nim w spokoju graniczy z cudem. Towarzystwo, które tam przesiaduje, wygląda, jakby właśnie urwało się z castingu do filmu o piratach szukających zagubionej wyspy – było na tyle specyficznie, że wolałam ewakuować się na plac Getulio Vargas. I to był genialny ruch! Nie dość, że mają tam leżaki, to jeszcze bez problemu śmiga darmowy internet. Można leżeć, udawać, że się pracuje, i elegancko ignorować resztę świata.

Z leżaka pognało mnie jednak nad zatokę, by na własne oczy niezbyt sławne plaże Vitórii. Podobno brzydkie – tak przynajmniej szeptali "życzliwi" tubylcy. Droga ucieczki z centrum prowadziła przez Cais das Artes (Przystań Sztuki). I tutaj musiałam się zatrzymać na dłużej, bo ten projekt to architektoniczna i logistyczna epopeja narodowa stanu Espírito Santo! To gigantyczny, ultranowoczesny kompleks o powierzchni około 30 tysięcy metrów kwadratowych, który docelowo ma łączyć teatr, muzeum i otwarty plac nad samą wodą. Budują go od 2008 roku z mniejszymi lub (częstszymi) większymi przerwami, przez co stał się niemal lokalną legendą.

Ale akurat teraz ta betonowa konstrukcja ugościła coś, co sprawiło, że moje serce zabiło mocniej. Trafiłam na wystawę „Amazonia” Sebastião Salgado! A Salgado to jeden z moich absolutnie ukochanych fotografów. Jego czarno-białe, pełne surowego dramatyzmu i głębi kadry potrafią zwalić z nóg. Zobaczyć jego niezwykłą wizję Amazonii w surowym, industrialnym otoczeniu niedokończonej Przystani Sztuki? Magia!

Kawałek dalej trasa funduje spacer pod tym najnowszym, gigantycznym mostem. Chodzenie pod taką konstrukcją ma w sobie coś z industrialnego dreszczyku, a wisienką na torcie jest panorama, która towarzyszy nam na każdym kroku – na horyzoncie majaczy osadzony na stromej skale w sąsiednim Vila Velha klasztor Convento da Penha.

Plaża Curva da Jurema? Ot, klasyczna miejska piaskownica z całym wianuszkiem restauracji. Ale niedaleko jest inna ze stojącą na molo statuą Iemanji, afrokubańskiej bogini mórz. Wygląda, jakby trzymała całą tę zatokę w ryzach.


Dalej plaże ciągną się mniejszymi i większymi zakolami, aż po najdłuższą z nich, zwieńczoną Parque Atlântica. To zielone sanktuarium dedykowane ratowaniu lasu atlantyckiego, jego fauny, flory  no, wiecie, tych wszystkich przyrodniczych cudów, które my – turyści – próbujemy niechcący zadeptać.

Żeby jednak nie było zbyt plażowo i przewidywalnie, w pewnym momencie trzeba skręcić w głąb lądu. Cel? Parque Pedra da Cebola, czyli Park Kamienia Cebuli. Nazwa brzmi jak z menu taniej garkuchni, ale sam kamień robi piorunujące wrażenie. Wielki, okrągły, uformowany przez siły natury tak idealnie, że faktycznie wygląda jak gigantyczna, porzucona w parku cebula. Idealne miejsce, żeby uświadomić sobie, że matka natura też miewa spore poczucie humoru.

A jeśli zapuścicie się tu na weekend, koniecznie polujcie na sobotnie targowisko warzywno-owocowe na starówce - z prawdziwymi cebulami. Dorzućcie do tego parę lokalnych galerii, muzeów i wisienkę na torcie – Capelę de Santa Luzia.


To absolutnie najstarsza świątynia w całej Vitorii, wybudowana na skalnym wzniesieniu już w 1537 roku! Powstała pierwotnie jako prywatna kaplica na terenie dawnej posiadłości ziemskiej Duarte de Lemos, jednego z pierwszych kolonizatorów tych ziem. Zbudowano ją niezwykle prosto: z kamienia połączonego zaprawą z pokruszonych muszli ostryg, a dach pokryto klasyczną glinianą dachówką. Dziś, po licznych renowacjach, ten uroczy kolonialny maluch jest pod ścisłą ochroną konserwatorską i służy jako mała galeria sztuki oraz muzeum sztuki sakralnej. Człowiek stoi przed tymi bielonymi ścianami i nagle dociera do niego, że dotyka niemal pięciuset lat historii!

Pojawiały się już w tym tekście różne „wisienki na torcie”, ale na sam koniec muszę zostawić tę absolutnie największą. Otóż właśnie tutaj, w Vitórii, miałam okazję oglądać mecz mistrzostw świata, w którym reprezentacja Brazylii grała z Haiti. Spodziewałam się niesamowitej wrzawy, karnawałowego szaleństwa i narodowej euforii po wygranej Brazylijczyków. Tymczasem... lokalni sympatycy futbolu przyjęli to zwycięstwo z niezwykłym, wręcz stoickim spokojem. Dlaczego? To proste. Choć złote lata absolutnej dominacji Canarinhos to już odległa przeszłość, przez dekady brazylijscy piłkarze tak mocno przyzwyczaili swój kraj do wygrywania, że dzisiaj wszystkim wydaje się, że Brazylia po prostu musi wygrywać. Dla tutejszych kibiców kolejny triumf na boisku nie jest powodem do szaleństw – to raczej zwykła, rutynowa czynność. Ot, zupełnie jak zjedzenie porannego śniadania. Nie ma nad czym robić wielkiego rabanu, choć prawdę mówiąc wróciła nadzieja na dobry występ na mundialu. Trochę trwała, a potem zgasła. Została brutalnie zgaszona.


No comments:

Post a Comment

Cebula, gigantyczny projekt i najstarszy kościółek, czyli Vitoria bez makijażu

Vitoria na tle swojej gigantycznej aglomeracji ma jednego asa w rękawie – starówkę. Brzmi dumnie, prawda? W praktyce jednak jej urok jest do...