Wjeżdżamy w góry. Na horyzoncie Petropolis. Rzucam jedno, szybkie spojrzenie na to górskie uzdrowisko przez szybę i w mojej głowie natychmiast zapada decyzja: nie, absolutnie nie chcę go odwiedzić. To nie tak, że Petropolis jest brzydkie. Wręcz przeciwnie, ma wielki urok, ale czuję, że nie dla mnie. Jadę więc dalej, zostawiając cesarskie miasto w tyle.
Droga pnie się coraz wyżej, serpentyny tną górskie zbocza, a cywilizacja zostaje gdzieś daleko w dolinie. Na zielonych ścianach, z całkowitym stoicyzmem godnym tybetańskich mnichów, pasą się krowy. Jak one się tam utrzymują bez alpejskiej uprzęży? To pozostanie ich tajemnicą.
Tam, gdzie nie ma krów, krajobraz urozmaicają sterczące dumnie, gigantyczne kopce termitów – lokalne drapacze chmur, przy których nasze mrowiska wyglądają jak ubodzy krewni. W dole szumią wartkie rzeki, a na stromych, nadrzecznych brzegach przysiadły malownicze, choć nieco zuchwałe osady, balansujące na granicy rozsądku i urwiska.
Dotrę do trzeciego największego pasma górskiego. Od Serra do Mar, poprzez Mantiquerę aż do Espinhaco. Po raz pierwszy zobaczę Espinhaco.


No comments:
Post a Comment