Krowy, termity i potęga natury czyli jadę do Minas

Opuszczenie Rio de Janeiro to proces, który wymaga cierpliwości i sporej dawki bocznych lusterek w głowie. Krajobraz za oknem zmieniał się jak w kalejdoskopie, serwując pożegnalny miks wszystkiego, co to miasto ma do zaoferowania. Od Czerwonej Plaży, poprzez park Aterro do Flamengo, Rio zaczęło płynnie, bez ostrzeżenia, przelewać się w kolejne dzielnice i satelickie potworki urbanistyczne, aż do Duque de Caxias. Zanim się obejrzałam, miejska dżungla zaczęła pękać, a asfaltowa wstęga zdecydowanie ruszyła w górę.

Wjeżdżamy w góry. Na horyzoncie Petropolis. Rzucam jedno, szybkie spojrzenie na to górskie uzdrowisko przez szybę i w mojej głowie natychmiast zapada decyzja: nie, absolutnie nie chcę go odwiedzić. To nie tak, że Petropolis jest brzydkie. Wręcz przeciwnie, ma wielki urok, ale czuję, że nie dla mnie. Jadę więc dalej, zostawiając cesarskie miasto w tyle.

Droga pnie się coraz wyżej, serpentyny tną górskie zbocza, a cywilizacja zostaje gdzieś daleko w dolinie. Na zielonych ścianach, z całkowitym stoicyzmem godnym tybetańskich mnichów, pasą się krowy. Jak one się tam utrzymują bez alpejskiej uprzęży? To pozostanie ich tajemnicą.

Tam, gdzie nie ma krów, krajobraz urozmaicają sterczące dumnie, gigantyczne kopce termitów – lokalne drapacze chmur, przy których nasze mrowiska wyglądają jak ubodzy krewni. W dole szumią wartkie rzeki, a na stromych, nadrzecznych brzegach przysiadły malownicze, choć nieco zuchwałe osady, balansujące na granicy rozsądku i urwiska.

Dotrę do trzeciego największego pasma górskiego. Od Serra do Mar, poprzez Mantiquerę aż do Espinhaco. Po raz pierwszy zobaczę Espinhaco.




No comments:

Post a Comment

Nocny rajd w nieznane, czyli jak zostałam sąsiadką dzikich zwierząt w Serra da Moeda

Wszystko zaczęło się od niewinnego pytania Luiza o to, czy lubię przyrodę. Właściwie to sam zdecydował, że ją lubię, a ja nie protestowałam....