Angra dos Reis czy Paraty? Rok wysp, trochę deszczu i jedna decyzja

Jadę. Przenoszę swoje ciało z miejsca na miejsce, ale przede wszystkim chcę pobyć sama ze sobą. Do tego stopnia, że rozmownemu sąsiadowi w autobusie proponuję wolne miejsce naprzeciwko.
No dobrze – ociąga się. – Jeśli nikt tam nie usiądzie.

W następnym autobusie, tym do Angra dos Reis, trafia się sąsiadka Francuzka. Ale jest już północ, a ja mam wobec życia tylko jedno oczekiwanie: spać. Z kolei skoro świt, kiedy ja już podziwiam świat za oknem, ona jeszcze śpi.

Po kilku dniach urlopu również słońce postanowiło wrócić do pracy. And made my day.

Angra dos Reis od pierwszego spojrzenia robi wrażenie. To miasto jest absurdalnie długie. Rozciąga się na blisko 80 kilometrów. Ma też 365 wysp. Tak, dokładnie tyle. Ktoś najwyraźniej uznał, że rok przestępny powinien mieć po jednej wyspie na każdy dzień. W zestawie znajduje się również największa z nich – Ilha Grande, prawdziwa gwiazda regionu.

A skoro o wodzie mowa, to właśnie tutaj znajduje się największa i jedna z najważniejszych marin Ameryki Łacińskiej. Jachty są wszędzie. Gdyby w Angrze zabrakło samochodów, mieszkańcy prawdopodobnie nawet by tego nie zauważyli.

Co ciekawe, szybciej można dojechać z centrum Angra dos Reis do Paraty niż przejechać całą Angrę.

Paraty jest słynne. Ma mniej wysp, ale za to zdecydowanie więcej starych, kolorowych domów. Jego kolonialna starówka, wpisana na listę UNESCO, przyciąga turystów z całego świata. Brukowane wielkimi kamieniami! (takimi, jakie widziałam w okolicznych rzekach) uliczki, kościoły, białe fasady z kolorowymi okiennicami – wszystko wygląda jak starannie przygotowana scenografia do filmu o dawnych czasach.

Tyle że potem zaczyna padać deszcz.

Wracam więc do Angry.

Zamykam oczy i co widzę? Wyspy. Jachty. Zieleń schodzącą z gór prosto do morza.

Mówiąc krótko – wolę Angrę.

Angra dos Reis. Miejsce, gdzie błękit morza i zieleń lasu spotykają się w krajobrazie po prostu pięknym i pełnym historii.


No comments:

Post a Comment

Nocny rajd w nieznane, czyli jak zostałam sąsiadką dzikich zwierząt w Serra da Moeda

Wszystko zaczęło się od niewinnego pytania Luiza o to, czy lubię przyrodę. Właściwie to sam zdecydował, że ją lubię, a ja nie protestowałam....