Po co Brazylii Espirito Santo?

Po co Brazylii Espirito Santo? Tak mówią złośliwi Brazylijczycy z innych stanów. Po co w ogóle tam jedziesz?! Jeszcze inni dodają, że Portugalia jest takim Espirito Santo Europy. A jednak jadę, zobaczyć, może ma jakieś sekrety.

Kiedy myślimy o misjach jezuickich w Ameryce Południowej, przed oczami stają nam monumentalne ruiny w Paragwaju, argentyńskim Misiones czy w naszym południowym Rio Grande do Sul. Mało kto jednak wie, że to właśnie tutaj, w niepozornym i pomijanym przez masową turystykę stanie Espírito Santo, ważyły się losy całej kolonialnej Brazylii.

Podczas mojej podróży Śłonecznym Wybrzeżem zaczęłam odkrywać kropki, które łączą indiańskich wodzów, świętych lingwistów i architekturę z tłuszczu wielorybiego. Oto pięć fascynujących ciekawostek o Espírito Santo, które kompletnie zmienią Wasze spojrzenie na ten stan!

W 1535 roku do brzegów dzisiejszego Vila Velha przybił portugalczyk Vasco Fernandes Coutinho. A że w kalendarzu wypadła właśnie Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki), Coutinho nie zastanawiał się długo i nazwał nową ziemię na cześć tego święta. Ile to już wieków przetrwała ta nazwa?

O Pałacu Anchieta już pisałam - elegancki, neoklasyczny Palácio Anchieta (Pałac Anchieta), będący dziś siedzibą władz stanowych. W XVI wieku ten budynek w ogóle nie przypominał pałacu. Było to potężne Kolegium Jezuickie św. Jakuba. To właśnie stąd zakonnicy ruszali w głąb lądu, by zakładać misje, i to tutaj zapadały najważniejsze militarne decyzje. Gdy wielki wódz ludu Temiminó, Maracajá-guaçu, ewakuował swoje plemię z ogarniętego wojną Rio de Janeiro, to jezuici z tego kolegium koordynowali akcję ratunkową i dali Indianom schronienie.

Pałac nazwę zawdzięcza ojcu Józefowi Anchiecie (dziś świętemu). Ten człowiek miał niebywały talent językowy. Aby skutecznie porozumiewać się z rdzenną ludnością, jako pierwszy w historii skodyfikował gramatykę i stworzył słownik języka tupi! Mało tego – pisał w tym języku dramaty religijne i wiersze, które Indianie śpiewali i wystawiali na plażach.

Gdy ojciec Anchieta zmarł w 1597 roku w misji Reritiba (dzisiejsze miasto Anchieta na południu stanu), rdzenni mieszkańcy z ludu Temiminó wpadli w głęboką żałobę. Kochali go i szanowali jako swojego obrońcę przed brutalnymi plantatorami. Aby oddać mu hołd, Indianie wzięli jego ciało na własne barki i nieśli je na piechotę przez ponad 90 kilometrów wzdłuż oceanu, aż do Kolegium jezuickiego w Vitórii, gdzie został pochowany. Dziś ten szlak (Passos de Anchieta) jest brazylijskim odpowiednikiem Drogi św. Jakuba i przyciąga tysiące pielgrzymów oraz wędrowców.

Espírito Santo to nie tylko piękne plaże i pyszna moqueca capixaba. To również ciekawa, żywa historia, która ukształtowała dzisiejszą mapę Brazylii!


Śladami brazylijskiego Santiago, czyli jak jezuici i Indianie stworzyli Rio de Janeiro

Dopiero w Sao Pedro de Aldeia odkryłam historię jezuitów w Espirito Santo.

Pierwsza myśl o jezuitach w Ameryce Południowej biegnie ku Paragwajowi, argentyńskiemu Misiones, Boliwii czy Rio Grande do Sul – to tam powstawały te gigantyczne, samowystarczalne „państwa w państwie”, czyli słynne redukcje jezuickie.

Ale brazylijskie wybrzeże, w tym właśnie Espírito Santo, kryje zupełnie inny rozdział tej samej historii. Tam jezuici nie budowali odizolowanych miast w głębi dżungli, ale działali na pierwszej linii frontu kolonialnego, ramię w ramię z portugalską koroną i indiańskimi wodzami, takimi jak Maracajá-guaçu i Araribóia.

To właśnie w Espírito Santo (dokąd uciekł lud Temiminó) jezuici stworzyli podwaliny pod kulturową i religijną tożsamość dzisiejszej Brazylii. Gwiazdą tego regionu był człowiek, który stał się legendą – ojciec Józef Anchieta (José de Anchieta).

Gdy Temiminó dotarli do Espírito Santo, jezuici natychmiast otoczyli ich opieką, tworząc dla nich tzw. aldeamentos – kontrolowane przez zakon wioski misyjne. Najsłynniejszą z nich była Misja Reritiba (dzisiejsze miasto Anchieta na południe od Vitorii).

To tutaj ojciec Józef Anchieta spędził ostatnie lata swojego życia. Postać to niezwykła:

  • Lingwista i poeta: Jako pierwszy skodyfikował gramatykę języka tupi. Pisał w tym języku dramaty religijne i wiersze, które Indianie śpiewali i wystawiali na plażach.

  • Wielki mediator: Był obrońcą praw rdzennej ludności przed brutalnością portugalskich plantatorów, którzy chcieli Indian wyłącznie zniewolić. Dla plemion takich jak Temiminó sojusz z jezuitami był jedyną szansą na przetrwanie – zyskali ochronę prawną w zamian za przyjęcie chrztu i pomoc w obronie kolonii.

Wchodzę do okazałego Pałacu Anchieta w Vitorii. Zanim jednak rozejrzę się po wnętrzach, muszę przejść przez formalności. Parter i podziemia można zwiedzać codziennie za darmo, ale – ach, te brazylijskie, wszechobecne rejestracje! Czasami nawet po to, by wejść do zwykłego parku, trzeba wpisać się na listę.

Pałac Anchieta w Vitórii, dawne serce jezuickiej machiny w stanie Espírito Santo, dziś służy jako siedziba rządu stanowego oraz przestrzeń wystawiennicza. Podczas gdy na dole turyści podziwiają ekspozycje, na piętrze wre codzienna praca urzędników. Niegdyś jednak w murach całego budynku tętniła nauka – w XVI wieku miejsce to narodziło się bowiem jako Kolegium Jezuickie św. Jakuba (Colégio de São Tiago) wraz z przylegającym do niego kościołem.

Dla mnie przekroczenie tego progu oznacza coś więcej. Wchodzę do miejsca, w którym ważyły się losy Araribói, jego ojca i całego plemienia Temiminó. To właśnie tam kuto sojusz, który kilkanaście lat później doprowadził do odbicia Rio de Janeiro i narodzin Niterói!

Kiedy wódz Maracajá-guaçu ewakuował swój lud z Rio do Espírito Santo, to właśnie zakonnicy z tego kolegium w Vitórii koordynowali całą akcję pomocową. Stąd jezuici ruszali w teren, by zakładać misje (takie jak Reritiba), i to tutaj zapadały kluczowe decyzje polityczno-wojskowe. Kolegium w Vitórii było centrum dowodzenia – to tam decydowano, jak rozmieścić indiańskich sojuszników, by jednocześnie dać im schronienie i zabezpieczyć kapitanię przed atakami.

Ojciec Józef Anchieta spędził w tym budynku mnóstwo czasu, zarządzając misjami w całym regionie. Co więcej, to właśnie w Kolegium św. Jakuba (dzisiejszym pałacu) odbyły się jego uroczystości żałobne. Gdy Anchieta zmarł w 1597 roku w misji Reritiba, Indianie Temiminó i inni rdzenni mieszkańcy nieśli jego ciało na własnych barkach przez ponad 90 kilometrów wzdłuż wybrzeża – prosto do Vitórii. Został pochowany w tutejszym kościele jezuickim. Choć kościół później spłonął, w pałacu do dziś znajduje się symboliczny grobowiec i pamięć o nim.

Skoro o tej pośmiertnej procesji mowa – ta stukilometrowa trasa, którą Indianie pokonali z ciałem ojca Anchiedy, nie odeszła w zapomnienie. Przeciwnie! Dziś Brazylia ma dzięki temu swój własny odpowiednik słynnego Camino de Santiago – szlak Passos de Anchieta (Kroki Anchiedy). Jeśli Hiszpania ma swoje kilometry do grobu św. Jakuba, to Brazylia nie mogła być gorsza i ma trasę z Vitórii do miasta Anchieta. Tradycja ta przyciąga co roku setki śmiałków, którzy postanawiają sprawdzić stan swoich stawów skokowych i determinacji. Maszerują oni cztery dni, mijając plaże, wzgórza i wioski, a całe to przedsięwzięcie ma w sobie tyleż mistycyzmu, co czystej, brazylijskiej pasji do trekkingu. I choć dzisiejsi piechurzy, w przeciwieństwie do dzielnych Indian Temiminó, nie niosą na barkach nikogo poza własnymi plecakami wypełnionymi kremem z filtrem UV, to potężny szacunek dla kondycji XVI-wiecznych założycieli Brazylii rośnie z każdym przebytym kilometrem.

Gdy w 1759 roku jezuici zostali bezwzględnie wypędzeni z Brazylii przez portugalski rząd (w ramach reform markiza de Pombal), budynek przeszedł na własność korony. Wtedy też zmieniono jego funkcję na siedzibę rządu stanowego, a na cześć wielkiego zakonnika nazwano go Palácio Anchieta.

Dlaczego te misje były inne niż w Paragwaju? W Paragwaju czy na południu Brazylii (Sete Povos das Missões) jezuici chcieli stworzyć idealne, odizolowane od zepsutego świata kolonizatorów społeczeństwa chrześcijańskie. W Espírito Santo misje miały charakter strategiczny i obronny. Były buforem bezpieczeństwa. Indianie z misji jezuickich – wyedukowani, lojalni i zorganizowani – stanowili elitarną armię, która regularnie ratowała rodzącą się Brazylię przed atakami innych, wrogich plemion oraz piratów.

To właśnie z tych misyjnych osad w Espírito Santo ojciec Anchieta zabrał później Araribóię i jego wojowników, by popłynąć z odsieczą do Zatoki Guanabara i założyć Rio de Janeiro oraz Niterói.

Więc tak – Espírito Santo ma głębokie, jezuickie korzenie, a tamtejsze misje dosłownie zmieniły mapę Ameryki Południowej!


 

Od indiańskiego wodza do dywanów na Boże Ciało. Co kryje Niterói?


W jednym z poprzednich postów zachwycałam się niesamowitymi, barwnymi dywanami z soli, które mieszkańcy Niterói sypią na ulicach z okazji Bożego Ciała. Ale to miasto ma do zaoferowania znacznie więcej niż te efemeryczne dzieła sztuki. Ostatnio, przeglądając zrobione na wybrzeżu zdjęcia, natknęłam się na fotografię dumnego pomnika Indianina spoglądającego na ocean.

I tak oto, po nitce do kłębka – łącząc kropki z mojej wizyty w São Pedro da Aldeia, gdzie po raz pierwszy usłyszałam o ludu Temiminó – odkryłam dla siebie pewną historię, którą po prostu muszę się  podzielić. Poznajcie Araribóię – człowieka, bez którego Niterói (a nawet sąsiednie Rio de Janeiro!) mogłoby dzisiaj w ogóle nie istnieć.

Ten dumny wojownik to postać absolutnie wyjątkowa – jedyny rdzenny Amerykanin w historii Brazylii, który stał się oficjalnym założycielem wielkiego brazylijskiego miasta. Geny i zmysł strategiczny miał zresztą niezwykłe. Araribóia był bowiem synem wielkiego Maracajá-guaçu, najwyższego wodza ludu Temiminó.

Imię jego ojca oznaczało w języku tupi „Wielkiego Dzikiego Kota” (ocelota) i idealnie oddawało jego charakter. Maracajá-guaçu przeszedł do historii jako genialny strateg. Kiedy w XVI wieku większość okolicznych plemion dała się omamić Francuzom obietnicami i handlem, „Wielki Ocelot” jako jedyny przejrzał ich intencje i zawiązał kluczowy sojusz z Portugalczykami. Gdy wróg rzucił na jego lud gigantyczne siły, wódz dokonał niemożliwego – zorganizował masową ewakuację całego plemienia z ogarniętej wojną Zatoki Guanabara bezpiecznie na północ (do dzisiejszego Espiroto Santo). To właśnie tam, na wygnaniu, wychował swojego syna na wybitnego wojownika, wpajając mu miłość do swojego ludu i bezwzględną lojalność wobec sojuszników.

Gdy Maracajá-guaçu odszedł, młody Araribóia przejął dowodzenie. Przenieśmy się na chwilę do momentu, gdy o te rajskie wybrzeża toczyła się ostateczna bitwa. Francuzi chcieli tu stworzyć swoją kolonię. Portugalczycy byli w odwrocie i wtedy na scenę wkroczył syn „Wielkiego Ocelota”.

Hiszpańskie i portugalskie kroniki mówią, że jego odwaga obrosła legendą – potrafił wpław, z łukiem w zębach, przepłynąć zatokę, by zaskoczyć wroga. Dzięki jego wsparciu Francuzi zostali ostatecznie wyparci.

W dowód wdzięczności portugalska korona nadała mu szlachectwo, a w 1573 roku podarowała mu ziemie po drugiej stronie zatoki. Araribóia wraz ze swoim ludem założył tam osadę São Lourenço dos Índios – i to były oficjalne narodziny dzisiejszego Niterói, które obecnie słynie z owych solnych dywanów.

Dziś, kiedy stoi się na nabrzeżu (tuż przy stacji promów nazwanej jego imieniem) i patrzy na ten pomnik, łatwo poczuć ducha tamtych czasów. Spogląda on hardo przed siebie, z rękami skrzyżowanymi na piersi, jakby wciąż przypominał, kto tu tak naprawdę rządził.



Bajka pisana tranem wieloryba. Cabo Frio


Cabo Frio - czysta, nieskrępowana estetycznie bajka. Eduardo zgarnia mnie z ronda i ponieważ mieszka dosłownie na plaży, rzucam plecak i natychmiast lecę w stronę wody. Piasek jest tu tak szeroki i tak twardo ubity, że zamiast spacerować, można by tu śmiało urządzić wyścig kolarski. Ładnie tu. Pędzę więc brzegiem aż do fortu i historycznej starówki.

Fort São Mateus (i jego tłusta tajemnica)

Fort z XVII wieku stoi dumnie na skałach i kiedyś gonił stąd piratów, którzy chcieli podkraść Portugalczykom cenne drewno pau-brasil.

Żeby mury przetrwały wieki sztormów, budowniczowie użyli zaprawy z piasku, muszli i tranu, czyli oleju z wieloryba. Tak, ten fort kiedyś musiał pachnieć rybą, ale za to trzyma się kupy do dziś. A zapach ryb tylko z pobliskiego niewielkiego targu ryb czułam.

Choć na murach wciąż stoją zabytkowe działa, to jedno z nich zostało wywiezione do Rio, żeby zdobić siedzibę klubu Flamengo. Drugie natomiast „pożyczyło” sobie wspomniane wcześniej São Pedro da Aldeia i postawiło na swoim placu. Ot, sąsiedzka solidarność.

Kawałek dalej, tuż nad kanałem, ukrywa się najstarsza dzielnica – Bairro da Passagem. Ulice są tu wybrukowane klasyczną kostką, a wokół stoją urokliwe, parterowe, białe domki o stonowanych, ciemnych drewnianych wykończeniach. Wygląda to niesamowicie spokojnie i klimatycznie – idealne miejsce na wyciszenie po dniu na plaży.

W centrum stoi skromny kościółek św. Benedykta z XVIII wieku, wybudowany niegdyś przez niewolników. Kiedyś rządzili tu rybacy, dziś po zmroku królują tu turyści, zimne piwo i muzyka na żywo.

Spokój tego miejsca może jednak mylić, bo Cabo Frio ma za sobą bardzo awanturniczą przeszłość. I to z jezuitami w roli głównej! O ile w sąsiednim São Pedro da Aldeia zakonnicy byli szanowanymi budowniczymi, którzy chronili Indian przed niewolnictwem, o tyle tutaj, w Cabo Frio, pokazali swoje drugie, biznesowe oblicze. W XVII wieku Cabo Frio było strategicznym, bogatym portem, z którego wywożono sól, ryby i drewno. Jezuici z Rio de Janeiro szybko zorientowali się, że to żyła złota. Wykorzystując swoje ogromne wpływy u portugalskiego króla, zaczęli masowo przejmować najlepsze tereny wokół Cabo Frio – w tym gigantyczne pastwiska i strefy połowu ryb (tzw. Fazenda de Campos Novos). Zakon stał się tak potężną korporacją gospodarczą, że zaczął przejmować najlepsze ziemie i dyktować ceny ryb oraz soli.

W 1661 roku biali, portugalscy osadnicy mieli już tak serdecznie dosyć ich podatkowych przywilejów i monopolu, że zorganizowali regularne powstanie. Wściekły tłum, prowadzony przez lokalnych oficjeli, ruszył na jezuicką rezydencję. Zakonnicy zostali pogonieni z miasta gdzi epierprz rośnie, ich majątek splądrowany, a ziemie odebrane. Przez pewien czas jezuici mieli wręcz zakaz zbliżania się do Cabo Frio! To genialny dowód na to, że historia Brazylii nigdy nie była czarno-biała. Ci sami jezuici, którzy nieśli kaganek oświaty, potrafili tak głęboko zajść za skórę lokalnemu biznesowi czyli białym kupcom i rybakom, którzy przyjechali z Portugalii sie dorobić, że aż polała się krew! Historia za kulisami rajskich plaż była niesamowicie mięsista!

Choć jezuici ostatecznie wrócili po latach (gdy korona portugalska stłumiła bunt), ich pozycja w Cabo Frio nigdy nie była już tak silna jak w São Pedro. Główną pamiątką po ich potędze rolniczo-gospodarczej w tym regionie jest Fazenda de Campos Novos - historyczny kompleks wiejski z kościołem i domem zakonnym, który jezuici wznieśli, by zarządzać swoimi stadami bydła i uprawami.

Widoki i kolory wody w Cabo Frio są tak nierealne, że aż bolą oczy – a wszyscy wokoło powtarzają, że sąsiednie Arraial do Cabo jest jeszcze ładniejsze! Jeszcze trochę gadu-gadu z Eduardo, ugotował świetny obiad i muszę w drogę. Kierunek: Rio!






Z bosym kierowcą do raju emerytów. São Pedro da Aldeia


Do São Pedro da Aldeia docieram autostopem. Mój kierowca – uosobienie brazylijskiego luzu – prowadzi auto z całkowicie bosymi stopami. Żadnych japonek, czysty naturalizm.

Zastanawiałam się, jak się żyje w małym miasteczku, które ma tylko wielkie jezioro (lagunę Lagoa de Araruama), a nie ma dostępu do otwartego morza? Okazuje się, że całkiem nieźle, a przede wszystkim – tanio. São Pedro to taki brazylijski raj dla emerytów, którzy uciekają tu przed drożyzną i zgiełkiem Rio de Janeiro. Zresztą, brak morza to żaden dramat. Wystarczy 10-15 minut w aucie, by poczuć sól na rzęsach, np. w sąsiednim Cabo Frio. To krócej niż przejechanie dwóch przecznic w korkach w Rio.

Miasto założyli jezuici w 1617 roku, zaganiając do pracy sprowadzonych z Espírito Santo Indian Temiminó. Do dziś w centrum stoi surowy kościół Igreja Matriz, który przetrwał te wszystkie wieki może dlatego, że budowano go bez użycia nowoczesnych „ulepszaczy”.

Portugalczycy mieli potężny dług wdzięczności wobec całego ludu Temiminó. Dlatego w 1617 roku, na mocy dekretu gubernatora, jezuici dostali ogromne tereny wokół laguny Araruama, aby założyć tam misję (aldeamento) specjalnie dla indiańskich sprzymierzeńców z Espírito Santo. To była zapłata za ich krew i wierność portugalskiej koronie.

Igreja Matriz jezuici zbudowali go rękami Indian z niesamowitym sprytem inżynieryjnym. Konstrukcja z kamieni, gliny i muszli przetrwała wieki, bo zakonnicy idealnie wymierzyli proporcje. Kościół miał grube, obronne mury i strategiczne okna, bowiem okoliczne plemiona (jak Aimorés) regularnie napadały na misję, więc świątynia była jednocześnie fortecą.

Jezuici w São Pedro da Aldeia nie tylko się modlili – byli też genialnymi przedsiębiorcami. To oni jako pierwsi zauważyli, że wielka laguna Araruama ma niesamowite właściwości i zaczęli tam na masową skalę produkować sól oraz suszyć ryby. Stworzyli z misji potężny ośrodek gospodarczy, który karmił całe Rio de Janeiro.

São Pedro to też jedyna baza lotnictwa morskiego w Brazylii. Jeśli więc nad Waszym hamakiem czy innym leżakiem przelatuje z hukiem wojskowy helikopter, to tylko chłopaki z bazy ćwiczą przed obiadem. Mają tu nawet całe Muzeum Lotnictwa Marynarki Wojennej.

Jadę dalej, do Cobo Frio.

 




Miłość zaklęta w granicie i stolica "pajęczyn" - dalsza droga do Rio


Aglomeracja Vitória ciągnie się bez końca. Po prostu pas asfaltu, aut i budynków, który zdaje się nie mieć wyraźnego początku ani kresu.

Po prostu jedziesz, jedziesz, a ona nie chce się skończyć. Za Vila Velha i Guarapari (czyli w krainie pod tytułem „plaża, plaża, o, patrz, znowu plaża”) krajobraz wzdłuż drogi krajowej wreszcie łaskawie postanawia pofalować.

Moją uwagę od razu przykuwa spektakularna para granitowych skał: O Frade e a Freira (Mnich i Zakonnica). I tak, to są już oficjalnie rejony Itapemirim – bazy mojej chyba ulubionej firmy transportowej o tej samej nazwie, której żółte autobusy nawiedzają brazylijskie drogi z częstotliwością godną podziwu.

Te dwie skały rzeczywiście wyglądają jak dwie postacie w habitach stojące naprzeciw siebie. Lokalna legenda niesie pikantną opowieść: on był mnichem, ona zakonnicą. Oboje złożyli śluby czystości, ale – jak to w życiu bywa – grawitacja uczuć okazała się silniejsza niż reguła zakonna. Ponieważ ziemski happy end nie wchodził w grę, Stwórca postanowił pójść im na rękę w dość osobliwy sposób. Zamienił ich w góry. Teraz mogą gapić się na siebie przez całą wieczność, bez obawy, że ktoś ich przyłapie na gorącym spojrzeniu. Romantyczne? Poniekąd. Choć z perspektywy czasu dylemat „być albo nie być z kamienia” brzmi dość ekstremalnie.


Szare Campos i elektryczne Macaé (stolica pajęczyn)

Po minięciu zakochanych skał, jak i różnych innych skał, wjeżdża się w mniej fotogeniczną strefę stanu Rio de Janeiro. Najpierw wita nas Campos dos Goytacazes, a chwilę później Macaé. To drugie reklamuje się dumnie jako „krajowa stolica energetyczna”. I muszę im to oddać: w kwestii kabli nie kłamią. Plątanina wiszących drutów jest tu nadzwyczaj spektakularna. Wygląda to, jakby gigantyczny pająk po ciężkim techno-party postanowił utkać sieć elektryczną wzdłuż głównej alei wjazdowej. Na pocieszenie – Macaé ma plażę. Niestety, gdy tam dotarłam, niebo zaciągnęło się chmurami. Najwyraźniej limit dobrej pogody wyczerpałam w Espírito Santo.

Cebula, gigantyczny projekt i najstarszy kościółek, czyli Vitoria bez makijażu

Vitoria na tle swojej gigantycznej aglomeracji ma jednego asa w rękawie – starówkę (choć jest młodsza od Vila Velha i to Vila Velha była pierwszą stolicą regionu). Brzmi dumnie, prawda? W praktyce jednak jej urok jest dość zakurzony, żeby nie powiedzieć lekko zaniedbany i brudny. Owszem, dumnie prezentuje się tu Palácio Anchieta, katedra czy Teatro Carlos Gomes, ale zderzenie z lokalną rzeczywistością potrafi być uderzające.

Na przykład plac Costa Pereira - ma swój urok, ale próba posiedzenia na nim w spokoju graniczy z cudem. Towarzystwo, które tam przesiaduje, wygląda, jakby właśnie urwało się z castingu do filmu o piratach szukających zagubionej wyspy – było na tyle specyficznie, że wolałam ewakuować się na plac Getulio Vargas. I to był genialny ruch! Nie dość, że mają tam leżaki, to jeszcze bez problemu śmiga darmowy internet. Można leżeć, udawać, że się pracuje, i elegancko ignorować resztę świata.

Z leżaka pognało mnie jednak nad zatokę, by na własne oczy niezbyt sławne plaże Vitórii. Podobno brzydkie – tak przynajmniej szeptali "życzliwi" tubylcy. Droga ucieczki z centrum prowadziła przez Cais das Artes (Przystań Sztuki). I tutaj musiałam się zatrzymać na dłużej, bo ten projekt to architektoniczna i logistyczna epopeja narodowa stanu Espírito Santo! To gigantyczny, ultranowoczesny kompleks o powierzchni około 30 tysięcy metrów kwadratowych, który docelowo ma łączyć teatr, muzeum i otwarty plac nad samą wodą. Budują go od 2008 roku z mniejszymi lub (częstszymi) większymi przerwami, przez co stał się niemal lokalną legendą.

Ale akurat teraz ta betonowa konstrukcja ugościła coś, co sprawiło, że moje serce zabiło mocniej. Trafiłam na wystawę „Amazonia” Sebastião Salgado! A Salgado to jeden z moich absolutnie ukochanych fotografów. Jego czarno-białe, pełne surowego dramatyzmu i głębi kadry potrafią zwalić z nóg. Zobaczyć jego niezwykłą wizję Amazonii w surowym, industrialnym otoczeniu niedokończonej Przystani Sztuki? Magia!

Kawałek dalej trasa funduje spacer pod tym najnowszym, gigantycznym mostem. Chodzenie pod taką konstrukcją ma w sobie coś z industrialnego dreszczyku, a wisienką na torcie jest panorama, która towarzyszy nam na każdym kroku – na horyzoncie majaczy osadzony na stromej skale w sąsiednim Vila Velha klasztor Convento da Penha.

Plaża Curva da Jurema? Ot, klasyczna miejska piaskownica z całym wianuszkiem restauracji. Ale niedaleko jest inna ze stojącą na molo statuą Iemanji, afrokubańskiej bogini mórz. Wygląda, jakby trzymała całą tę zatokę w ryzach.


Dalej plaże ciągną się mniejszymi i większymi zakolami, aż po najdłuższą z nich, zwieńczoną Parque Atlântica. To zielone sanktuarium dedykowane ratowaniu lasu atlantyckiego, jego fauny, flory  no, wiecie, tych wszystkich przyrodniczych cudów, które my – turyści – próbujemy niechcący zadeptać.

Żeby jednak nie było zbyt plażowo i przewidywalnie, w pewnym momencie trzeba skręcić w głąb lądu. Cel? Parque Pedra da Cebola, czyli Park Kamienia Cebuli. Nazwa brzmi jak z menu taniej garkuchni, ale sam kamień robi piorunujące wrażenie. Wielki, okrągły, uformowany przez siły natury tak idealnie, że faktycznie wygląda jak gigantyczna, porzucona w parku cebula. Idealne miejsce, żeby uświadomić sobie, że matka natura też miewa spore poczucie humoru.

A jeśli zapuścicie się tu na weekend, koniecznie polujcie na sobotnie targowisko warzywno-owocowe na starówce - z prawdziwymi cebulami. Dorzućcie do tego parę lokalnych galerii, muzeów i wisienkę na torcie – Capelę de Santa Luzia.

To absolutnie najstarsza świątynia w całej Vitorii, wybudowana na skalnym wzniesieniu już w 1537 roku! Powstała pierwotnie jako prywatna kaplica na terenie dawnej posiadłości ziemskiej Duarte de Lemos, jednego z pierwszych kolonizatorów tych ziem. Zbudowano ją niezwykle prosto: z kamienia połączonego zaprawą z pokruszonych muszli ostryg, a dach pokryto klasyczną glinianą dachówką. Dziś, po licznych renowacjach, ten uroczy kolonialny maluch jest pod ścisłą ochroną konserwatorską i służy jako mała galeria sztuki oraz muzeum sztuki sakralnej. Człowiek stoi przed tymi bielonymi ścianami i nagle dociera do niego, że dotyka niemal pięciuset lat historii!

Pojawiały się już w tym tekście różne „wisienki na torcie”, ale na sam koniec muszę zostawić tę absolutnie największą. Otóż właśnie tutaj, w Vitórii, miałam okazję oglądać mecz mistrzostw świata, w którym reprezentacja Brazylii grała z Haiti. Spodziewałam się niesamowitej wrzawy, karnawałowego szaleństwa i narodowej euforii po wygranej Brazylijczyków. Tymczasem lokalni sympatycy futbolu przyjęli to zwycięstwo z niezwykłym, wręcz stoickim spokojem. Dlaczego? To proste. Choć złote lata absolutnej dominacji Canarinhos to już odległa przeszłość, przez dekady brazylijscy piłkarze tak mocno przyzwyczaili swój kraj do wygrywania, że dzisiaj wszystkim wydaje się, że Brazylia po prostu musi wygrywać. Dla tutejszych kibiców kolejny triumf na boisku nie jest powodem do szaleństw – to raczej zwykła, rutynowa czynność. Ot, zupełnie jak zjedzenie porannego śniadania. Nie ma nad czym robić wielkiego rabanu, choć prawdę mówiąc wróciła nadzieja na dobry występ na mundialu. Trochę trwała, a potem zgasła. Została brutalnie zgaszona.
Tuż po założeniu nazwa miasta brzmiała Vila da Vitoria (Miasto Zwyciąstwa) - na pamiątkę wygranej Portugalczyków nad rdzennymi mieszkańcami.

Po co Brazylii Espirito Santo?

Po co Brazylii Espirito Santo? Tak mówią złośliwi Brazylijczycy z innych stanów. Po co w ogóle tam jedziesz?! Jeszcze inni dodają, że Portug...