Wieżowce, zaginiona rzeka i ryby w sieci – z Itapemy do Porto Belo


Wychodzę z domu na Meia Praia z ambitnym planem dnia: plaża, spacer i – kto wie – może nawet wizyta w parku kapibar. Idę w stronę Porto Belo, słońce przygrzewa, morze gdzieś tam po lewej mruga do mnie błękitem, aż w końcu docieram do wejścia do tego słynnego parku.

Już przy samym wejściu coś mi nie pasuje. Atmosfera taka – no nie wiem – jakby te kapibary już z daleka mówiły: „chodź, chodź, tylko spróbuj wejść”. Dziwna cisza, dziwni ludzie, lekko tajemniczy klimat. I nagle myśl: czy ja naprawdę potrzebuję dziś dodatkowej adrenaliny?

Po krótkiej naradzie z samą sobą dochodzę do wniosku: nie, nie potrzebuję. Dziś wybieram spokojniejszą wersję przygody. Idę więc dalej odkrywać uroki Porto Belo.

Na początku krajobraz jest jeszcze trochę „itapemowy”. Ciągną się wysokie wieżowce z Itapemy, jakby nie mogły się zdecydować, gdzie właściwie kończy się ich królestwo. Ale pomiędzy nimi, tu i ówdzie, pojawiają się małe drewniane domki – świadkowie dawnych czasów. Stoją skromnie, schowane między gigantami. Wyglądają malowniczo, jak kolorowe kwiatki-słomiaczki rzucone na betonowy krajobraz.

W pewnym momencie te wieżowce naprawdę się kończą. Tak po prostu. Koniec. Finito.

I wtedy odkrywam coś jeszcze – kościół. Taki, który najwyraźniej pamięta trochę więcej niż ja. Na oko około 150 lat starszy ode mnie. Patrzę na niego i ogarnia mnie dziwne uczucie ulgi. Zanim powstały te wszystkie wieżowce, ktoś tu już żył, modlił się, gotował obiad i chodził na ryby. To miejsce ma historię – i ta historia jeszcze się nie skończyła.

A teraźniejszość galopuje. Mam problem, by odnaleźć rzekę, która oddziela Porto Belo od Itapemy. Według mojej pamięci sprzed roku powinna już gdzieś tu być. Przecież tu było jej ujście do oceanu! Idę więc dalej, patrzę w lewo, patrzę w prawo, w przód, w tył – i nic.

Rzeki nie ma.

Szukam jej jak detektyw z serialu kryminalnego. Powinna tu być, a jednak za chiny ludowe jej nie widać. A przecież pamiętam to miejsce zupełnie inaczej. Na brzegu stało mnóstwo figurek Aparecidy i różnych świętych. Taka trochę spontaniczna galeria pod chmurką. Maryje, święci, świeczki, kwiatki – wszystko razem, trochę wzruszające, trochę chaotyczne, bardzo brazylijskie.

A teraz?

Teraz stoi tam wielkie centrum handlowe.

Miejsce zmienione nie do poznania. Od strony Itapemy nie ma już nawet wolnego dostępu do rzeki. I tak oto w ciągu zaledwie roku kawałek świata potrafi przejść metamorfozę tak spektakularną, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie pomylił planety.

Żal tamtego ujścia rzeki z figurkami. Wielki żal.

W Itapemie zmieniło się zresztą więcej rzeczy. W międzyczasie wyrosło też mnóstwo nowych wieżowców. Mam wrażenie, że rosną tutaj nocą – jak grzyby po deszczu, tylko betonowe.

Na szczęście obok jest Porto Belo i ma też swoje spokojniejsze zakątki. Po drodze odkrywam maleńkie zatoczki. Prowadzą do nich drewniane pomosty biegnące tuż nad skałami i roślinnością. Spaceruje się nimi trochę jak po tajnej ścieżce odkrywców.

A wokół prawdziwa tropikalna dekoracja. Między skałami rosną bromelie – rośliny z szerokimi rozetami liści, które zbierają wodę jak małe naturalne miseczki. Na gałęziach siedzą dzikie storczyki, przyczepione jak pasażerowie na gapę. Część jeszcze bez kwiatów, ale widać, że mają potencjał. Całość wygląda tak, jakby natura mówiła: „no dobrze, możecie budować te wieżowce, ale ja i tak zostanę”.

Pojawiają się jachty. Najpierw jeden, potem drugi, potem całe białe stadko kołyszące się spokojnie na wodzie. Morze wygląda jak parking dla marzeń – jedne mniejsze, inne większe, wszystkie lekko błyszczące w słońcu.

A moje nogi? No cóż. Jak zwykle mają własny plan. Prowadzą mnie dalej, dalej wzdłuż plaży, jakby mówiły: „chodź, zobaczymy jeszcze kawałek Porto Belo”. I zaniosły mnie – aż na Praia do Araçá.

Słońce w tym czasie pali jak szalone. Piasek prawie parzy w stopy, a woda – ciągle cudowna.

Kiedy wracam, słońce zaczyna już powoli opadać. Jestem prawie w Itapemie, jeszcze po drugiej stronie rzeki, kiedy zauważam na plaży dziwną scenę.

Kilku mężczyzn stoi z liną.

Patrzę chwilę i myślę: coś mi tu wygląda podejrzanie…

No jasne! Ryby!

Będą ciągnąć sieci.

Lina idzie powoli, metr po metrze. Ciągną i ciągną. Sieci jakby wcale nie chciały wyjść z wody. Zatrzymuję się i czekam z wypiekami na twarzy. Nie wiem do końca, czy to z emocji, czy od całodziennego słońca.

Wreszcie pojawiają się sieci.

Rybaków nie jest tylu, co zwykle w Zatoce Gwinejskiej. Tam kilkudziesięciu chłopa ciągnęło jedną sieć. Tutaj ludzi mniej, sieci mniejsze, a i ryb – niestety – niewiele.

Ale i tak coś we mnie drgnęło.

Bo nagle ożyły wspomnienia. I pomyślałam, że nawet jeśli świat się zmienia, wieżowce rosną, a rzeki chowają się za centrami handlowymi, to czasem wystarczy kilku rybaków z liną na plaży, żeby wszystko na chwilę wróciło na swoje miejsce.










Konna pielgrzymka wiary w Papanduvie. Gdy tradycje się spotykają


Są takie momenty w Papanduvie, kiedy człowiek przeciera oczy ze zdumienia. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Cavalgada da Fé, pomyślałam: „Ojej!, jakie to jest piękne!”. A zaraz potem dopadła mnie refleksja: „Zaraz, zaraz... a gdzie my jesteśmy?”. Nasze Oratorium św. Jana Pawła II – duma lokalnej Polonii – stało sobie cicho z boku, jakby ta cała wielka, końska pielgrzymka go nie dotyczyła.
Pomyślałam wtedy, że tak być nie może. Przecież religijność tutejszych Polaków i pasja brazylijskich Gauchos to ta sama energia! Postanowione: wchodzimy w to. I tak oto w tym roku polska społeczność dopisała swój rozdział do tej niezwykłej historii.


Pielgrzymka w siodle (i w kurzu)

Zanim przejdę do mojego "debiutu aktorskiego", mały raport z trasy. Cavalgada da Fé to nie jest zwykła przejażdżka. To kilkudniowy maraton (od czwartku do Niedzieli Palmowej), podczas którego ponad 250 jeźdźców pokonuje 60 kilometrów przez pola, lasy i pył naszych okolic.

W Polsce idziemy na Jasną Górę o własnych siłach, z bąblami na stopach. Tutaj bąbli może mniej, za to trzeba się dogadać z koniem. Gauchos ze stanów Santa Catarina, Paraná i Rio Grande do Sul w swoich barwnych strojach tworzą klimat, którego nie da się podrobić. Ale rytm tej drogi wyznaczają przystanki przy kaplicach – stacje Drogi Krzyżowej.

13. stacja, czyli „Jak zdjąć Jezusa z krzyża?”

Nam, Polonii, przypadła w udziale stacja trzynasta. Podeszliśmy do tematu z wielkim przejęciem: „Ma być dobrze, ma być wzruszająco!”.

I tu zaczęły się schody, a konkretnie – próby techniczne. Nasz Jezus był najszczuplejszym kandydatem, jakiego znaleźliśmy, a i tak pierwsze próby zdjęcia go z krzyża wyglądały... cóż, powiedzmy, że dalekie to było od mistycznej wizji. Ale metodą prób i błędów dopracowaliśmy to do perfekcji.

I tu dochodzimy do mnie. Zamiast bezpiecznie stać za aparatem i dokumentować wszystko z pozycji reportera (co uwielbiam!), wylądowałam w samym centrum wydarzeń. Przypadła mi rola Matki Boskiej.

Nie ukrywam, bałam się. To nie jest rola, którą można „odklepać”. Ale kiedy stanęłam pod tym naszym krzyżem, kiedy zaczęłam żegnać się z synem... coś we mnie pękło. Zżyłam się z tą postacią. Po wszystkim dostałam tyle ciepłych słów i wyrazów uznania, że aż mi się zrobiło głupio. Ale i bardzo miło! Ludzie mówili, że to była najpiękniejsza inscenizacja, jaką widzieli podczas całej kawalkady. Jakiez to miłe!

Więcej niż folklor

Dlaczego to było takie ważne? Bo Cavalgada da Fé to coś więcej niż konie i tradycyjne stroje. W Brazylii koń to symbol codziennego trudu, wolności i historii osadników. Łącząc to z naszą polską wiarą i Oratorium św. Jana Pawła II, stworzyliśmy coś wspólnego.

Wszystko wskazuje na to, że polskie akcenty zostaną w Cavalgada da Fé na dłużej. A ja? No cóż, może w przyszłym roku wrócę do aparatu... choć kto wie, co jeszcze przyjdzie mi zagrać!

A Wy? Wolicie pielgrzymki piesze czy może dalibyście się namówić na 60 km w siodle? 
























Jurerê Internacional – brazylijskie Saint-Tropez i spotkanie z Iemanją

Jurerê Internacional bywa porównywane do europejskich kurortów — w myśl zasady, że Brazylia lubi swoje małe Europy i europejskie nazwy. Szeroka, jasna plaża, spokojne i ciepłe wody Atlantyku oraz eleganckie apartamentowce i wille sprawiają, że miejsce to przyciąga zamożnych mieszkańców i turystów.

Przy samej plaży znajdują się modne beach bary i kluby, w których w sezonie letnim odbywają się koncerty i imprezy do białego rana. Jednym z najbardziej znanych miejsc jest P12 Parador Internacional — ogromny klub plażowy łączący relaks na leżaku z atmosferą festiwalu muzycznego.

Nie ma tu wieżowców — dominują wille i eleganckie apartamenty, a miejscowy plan zagospodarowania podobno skutecznie pilnuje, by tak pozostało. Plaża jest szeroka i idealna na długie spacery. Woda wyjątkowo spokojna — świetne miejsce dla rodzin z dziećmi.

Spędziłam kilka godzin siedząc na piasku i obserwując codzienne życie Brazylijczyków: siatkówkę plażową, sprzedawców queijo coalho, zapach kremu z filtrem i dźwięk fal.

W sumie — plaża jak plaża. Piasek i woda.

A jednak.

Na końcu plaży – ona!

Na samym końcu Jurerê, na niewielkiej skale, stoi ona — Iemanjá. Afrykańska bogini wód. Matka. Ta, która łączy kontynenty.

Spotkałam ją w trzech wersjach.

Pierwsza — najbardziej znana z pocztówek i kalendarzy — biała postać w niebieskiej sukni, o europejskich rysach. Zesynkretyzowana, wygładzona, „akceptowalna”.

Druga — podobna, również w błękitnej sukni, lecz o ciemniejszej karnacji, bliższa swoim korzeniom.

I trzecia — najmocniejsza. Czarna kobieta z ogromnymi piersiami, jak w pierwotnych afrykańskich wyobrażeniach. Matka karmiąca świat. Surowa, potężna, prawdziwa.

To właśnie na jej cześć Brazylia ubiera się na biało w sylwestra. Często nie wiedząc o afrykańskim rodowodzie tego zwyczaju. Ludzie wkładają białe ubrania „na szczęście”, „na pokój”, idą nad ocean i rzucają w wodę białe kwiaty — najczęściej róże.

To gest skierowany do niej. Do królowej wód. Do tej, która „rządzi głowami”, daje równowagę, łączy ludzi jak ocean łączy brzegi.

W eleganckim, europeizującym się Jurerê jej obecność jest niemal symboliczna. Luksusowe samochody, modne stroje, Instagram, a obok — afrykańska bogini, której historia przetrwała niewolnictwo, synkretyzm i próbę wybielenia.

Jurerê zachwyca pod wieczór. Niebo przybiera odcienie różu i pomarańczy, ocean odbija kolory jak lustro. I wtedy wszystko się upraszcza.

Bo ostatecznie — to tylko piasek i woda.

Ale w tej wodzie mieszka pamięć.


Plaża u stóp historii - Praia do Forte

 Są takie miejsca na Ilha de Santa Catarina, gdzie historia i krajobraz prowadzą ze sobą cichy dialog.
Jednym z nich jest Praia do Forte — niewielka, jasna, niemal pocztówkowa plaża na północy wyspy. Przyjeżdża się tu nie tylko dla kąpieli.

Morze ma kolor spokojnej laguny, piasek jest drobny. W oddali widać kontur lądu stałego i wąskie przejście do zatoki. I właśnie tego przejścia strzeże kamienna forteca, która od XVIII wieku patrzy na wodę z niezmienną czujnością — Fortaleza de São José da Ponta Grossa.

Twierdza została zbudowana w XVIII wieku przez Portugalczyków jako element większego systemu obronnego wyspy. W 1738 roku utworzono Kapitanię Wyspy Santa Catarina, a gubernatorem został brygadier José da Silva Paes. To z jego inicjatywy rozpoczęto fortyfikowanie wyspy — najpierw powstała forteca Santa Cruz de Anhatomirim, a następnie São José da Ponta Grossa i Santo Antônio de Ratones. Razem tworzyły tzw. Trójkąt Obronny w północnej zatoce. Ich zadaniem była ochrona strategicznego portu i zaplecza wojskowego przed Hiszpanami, zwłaszcza w czasie napięć w rejonie La Platy.

I historia rzeczywiście tu zawitała. W 1777 roku Hiszpanie wylądowali na wyspie, maszerując wzdłuż plaż w kierunku umocnień. Przez krótki czas wyspa znalazła się pod panowaniem Korony hiszpańskiej.

Dziś nie słychać tu wystrzałów armatnich — tylko wiatr i cykady — ale mury wciąż robią wrażenie. Spacer po forcie to podróż w czasie. Białe ściany, drewniane okiennice, dziedziniec otwarty na ocean. Z góry rozciąga się widok, który tłumaczy wszystko: to miejsce było idealne do obserwacji każdego statku zbliżającego się do wyspy.

Patrzę na armaty skierowane w stronę wody i myślę o żołnierzach, którzy tu służyli. O izolacji. O długich dniach patrzenia w horyzont. Dziś ten sam horyzont przyciąga turystów z aparatami.

U podnóża fortecy leży Praia do Forte — spokojna, rodzinna, bez wielkomiejskiego zgiełku. To zupełnie inny świat niż eleganckie kurorty północy wyspy. Tutaj czas płynie wolniej. Dzieci bawią się w płytkiej wodzie. Ktoś łowi ryby z brzegu. Ktoś inny czyta książkę w cieniu. Forteca patrzy na to wszystko z góry, jakby pilnowała nie tylko granic, ale i rytmu dnia.

Ale w ruinach fortecy jest też niespodzianka. Siedzi tam kobieta. Przed nią poduszka w kształcie wałka ustawiona na drewnianym stojaku. W poduszce wbite szpilki, w dłoniach drewniane klocki z przywiązanymi nićmi. I z tych splątanych nici powoli wyłania się delikatna, misterna serwetka.

To renda de bilro — koronka klockowa. Tradycja ta przybyła tu w XVIII wieku wraz z osadnikami z Azorów, których Korona Portugalska sprowadziła, by zaludnić i umocnić wyspę. Potrzebni byli ludzie do obsługi fortów, do uprawy ziemi, do budowania nowej osady — ówczesnej Vila de Nossa Senhora do Desterro, dzisiejszego Florianópolis. Wśród nich były kobiety, które przywiozły w swoim kulturowym bagażu umiejętność wyplatania koronek przy pomocy małych drewnianych klocków.

Najpierw była obrona i wojskowe fortyfikacje. Potem rolnictwo i rybołówstwo. A między tym wszystkim — delikatna, cierpliwa praca dłoni.

I tak pod murami militarnej fortecy, zbudowanej, by odpierać ataki, trwa do dziś cicha, europejska tradycja, która stała się częścią tożsamości wyspy.

Tu plaża i historia spotykają się dokładnie w tym samym punkcie. I wtedy trudno wybrać, czy patrzeć na morze, czy w przeszłość.








Praia de Fora — na zewnątrz czego

Koleżanka Renata pisze: „Czekam na Praia de Fora” — czyli na plaży „po zewnętrznej stronie”. Po zewnętrznej stronie – czego właściwie? Może wyspy Ilha de Santa Catarina, tej samej, na której leży Florianópolis? Logicznie brzmiałoby to sensownie. Ale kiedy staję na piasku Praia de Fora, widzę, że to jeszcze nie pełne, bezkresne „otwarte morze”. Horyzont wciąż lekko przysłania sylwetka wyspy. Ocean jest tu spokojniejszy, jakby zawieszony między światem zatoki a wielką wodą.

Ta tafla wody, niemal nieruchoma i lśniąca, skrywa pod sobą inne życie. W oddali widać równe rzędy kolorowych boi, które rytmicznie kołyszą się na falach. To morskie ogrody – ogromne hodowle omułków i ostryg, rozciągnięte na długich linach podwieszonych w głębi. To one nadają krajobrazowi ten specyficzny, pracowity spokój. Człowiek i morze żyją tu w cichym porozumieniu, bez pośpiechu, w rytmie przypływów.

Może więc „de Fora” znaczy: na zewnątrz tłumów? Na zewnątrz hałasu? W weekendy i święta ta teoria trochę się chwieje — wtedy znalezienie pustego skrawka piasku bywa wyzwaniem. Brazylijczycy kochają swoje plaże i potrafią wypełnić je po brzegi. Ale wystarczy przyjechać w tygodniu. Wtedy Praia de Fora rzeczywiście staje się „na zewnątrz wszystkiego”.

Na zewnątrz miasta. Na zewnątrz pośpiechu. Na zewnątrz spraw do załatwienia.

Plaża jakby tylko dla mieszkańców sąsiedniego condomínio. Spokojna dzielnica, niskie domy, kilka ulic, które kończą się piaskiem. Lokalny bar, w którym wieczorem toczą się długie rozmowy przy zimnym piwie. Od niedawna nawet stacja benzynowa — znak, że miejsce się rozwija, ale jeszcze nie straciło swojego rytmu. To nie jest plaża z pierwszych stron przewodników, takich jak Jurerê Internacional czy Guarda do Embaú. I może właśnie dlatego ma w sobie coś prawdziwego.







Wieżowce, zaginiona rzeka i ryby w sieci – z Itapemy do Porto Belo

Wychodzę z domu na Meia Praia z ambitnym planem dnia: plaża, spacer i – kto wie – może nawet wizyta w parku kapibar. Idę w stronę Porto Belo...