Konna pielgrzymka wiary w Papanduvie. Gdy tradycje się spotykają


Są takie momenty w Papanduvie, kiedy człowiek przeciera oczy ze zdumienia. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Cavalgada da Fé, pomyślałam: „Ojej!, jakie to jest piękne!”. A zaraz potem dopadła mnie refleksja: „Zaraz, zaraz... a gdzie my jesteśmy?”. Nasze Oratorium św. Jana Pawła II – duma lokalnej Polonii – stało sobie cicho z boku, jakby ta cała wielka, końska pielgrzymka go nie dotyczyła.
Pomyślałam wtedy, że tak być nie może. Przecież religijność tutejszych Polaków i pasja brazylijskich Gauchos to ta sama energia! Postanowione: wchodzimy w to. I tak oto w tym roku polska społeczność dopisała swój rozdział do tej niezwykłej historii.


Pielgrzymka w siodle (i w kurzu)

Zanim przejdę do mojego "debiutu aktorskiego", mały raport z trasy. Cavalgada da Fé to nie jest zwykła przejażdżka. To kilkudniowy maraton (od czwartku do Niedzieli Palmowej), podczas którego ponad 250 jeźdźców pokonuje 60 kilometrów przez pola, lasy i pył naszych okolic.

W Polsce idziemy na Jasną Górę o własnych siłach, z bąblami na stopach. Tutaj bąbli może mniej, za to trzeba się dogadać z koniem. Gauchos ze stanów Santa Catarina, Paraná i Rio Grande do Sul w swoich barwnych strojach tworzą klimat, którego nie da się podrobić. Ale rytm tej drogi wyznaczają przystanki przy kaplicach – stacje Drogi Krzyżowej.

13. stacja, czyli „Jak zdjąć Jezusa z krzyża?”

Nam, Polonii, przypadła w udziale stacja trzynasta. Podeszliśmy do tematu z wielkim przejęciem: „Ma być dobrze, ma być wzruszająco!”.

I tu zaczęły się schody, a konkretnie – próby techniczne. Nasz Jezus był najszczuplejszym kandydatem, jakiego znaleźliśmy, a i tak pierwsze próby zdjęcia go z krzyża wyglądały... cóż, powiedzmy, że dalekie to było od mistycznej wizji. Ale metodą prób i błędów dopracowaliśmy to do perfekcji.

I tu dochodzimy do mnie. Zamiast bezpiecznie stać za aparatem i dokumentować wszystko z pozycji reportera (co uwielbiam!), wylądowałam w samym centrum wydarzeń. Przypadła mi rola Matki Boskiej.

Nie ukrywam, bałam się. To nie jest rola, którą można „odklepać”. Ale kiedy stanęłam pod tym naszym krzyżem, kiedy zaczęłam żegnać się z synem... coś we mnie pękło. Zżyłam się z tą postacią. Po wszystkim dostałam tyle ciepłych słów i wyrazów uznania, że aż mi się zrobiło głupio. Ale i bardzo miło! Ludzie mówili, że to była najpiękniejsza inscenizacja, jaką widzieli podczas całej kawalkady. Jakiez to miłe!

Więcej niż folklor

Dlaczego to było takie ważne? Bo Cavalgada da Fé to coś więcej niż konie i tradycyjne stroje. W Brazylii koń to symbol codziennego trudu, wolności i historii osadników. Łącząc to z naszą polską wiarą i Oratorium św. Jana Pawła II, stworzyliśmy coś wspólnego.

Wszystko wskazuje na to, że polskie akcenty zostaną w Cavalgada da Fé na dłużej. A ja? No cóż, może w przyszłym roku wrócę do aparatu... choć kto wie, co jeszcze przyjdzie mi zagrać!

A Wy? Wolicie pielgrzymki piesze czy może dalibyście się namówić na 60 km w siodle? 
























No comments:

Post a Comment

Wieżowce, zaginiona rzeka i ryby w sieci – z Itapemy do Porto Belo

Wychodzę z domu na Meia Praia z ambitnym planem dnia: plaża, spacer i – kto wie – może nawet wizyta w parku kapibar. Idę w stronę Porto Belo...