Showing posts with label Monte Castelo. Show all posts
Showing posts with label Monte Castelo. Show all posts

Festa do Tropeiro – czyli jak prawie zostałam gaúcha

W maju byłam Monte Castello w stanie Santa Catarina na słynnej Festa do Tropeiro. I muszę przyznać – emocje były takie, że gdybym miała kapelusz gaúcho i lasso, to pewnie już bym nie wróciła do domu! 


Było wszystko:
rodeio lasso – czyli zawody w rzucaniu lassem. Wydaje się łatwe? Spróbujcie trafić w byka, który wcale nie zamierza stać w miejscu.
Gaúchos – dumnie maszerujący w swoich tradycyjnych strojach, jakby wyjęci prosto z westernu, tylko bardziej kolorowi i z południowoamerykańskim temperamentem. muzyka, śpiewy, zapach churrasco unoszący się w powietrzu – no i ta atmosfera, której nie da się opisać, trzeba ją przeżyć!

Przyznam szczerze – serce biło mi szybciej, a ręce same rwały się, żeby spróbować machnąć tym lassem. Ale rozsądek (i strach przed ośmieszeniem się przed całym rodeio) wygrały.

Podsumowanie? Festa do Tropeiro to prawdziwa podróż w czasie i przestrzeni – do korzeni południowobrazylijskiej tradycji, w której mieszają się duma, folklor i… świetna zabawa.

Czy wrócę? Oczywiście! Ale następnym razem biorę kapelusz i ćwiczę rzut lassem – kto wie, może zostanę polsko-brazylijską gaúcha? 

















 






















Od Festa do Laçador do Festa do Tropeiro – moja podróż w świat gaúcho

Kiedy kilka miesięcy temu po raz pierwszy trafiłam do Correia Pinto na Festa do Laçador, nie

miałam pojęcia, że to będzie początek przygody, która tak mnie wciągnie.

Cały dzień siedziałam jak zaczarowana, wpatrując się w rzucanie lassem. Wydawało się to proste – ot, machnięcie ręką i lina frunie. Ale kiedy zobaczyłam koncentrację gaúchos, napięcie w tłumie i to, jak trudno złapać cel, zrozumiałam: tu nie chodzi tylko o sport. To tradycja, duma i trochę magia. 

Potem przyszedł maj i Monte Castello, czyli słynna Festa do Tropeiro. A tam – jeszcze więcej emocji, jeszcze więcej muzyki, jeszcze więcej… wszystkiego! 
Nie tylko rodeio lasso, ale też barwne stroje, śmiech, zapach churrasco i atmosfera, której naprawdę nie da się zamknąć w słowach.

I tak, od jednej imprezy do drugiej, coraz mocniej wchodzę w ten świat. Świat gaúchos, dla których lasso to coś więcej niż narzędzie – to symbol ich historii i tożsamości.


Co dalej? Nie wiem, ale jedno jest pewne – następnym razem biorę kapelusz i uczę się pierwszych kroków z lassem. Bo kto wie? Może pewnego dnia zostanę polsko-brazylijską gaúcha.




Po co Brazylii Espirito Santo?

Po co Brazylii Espirito Santo? Tak mówią złośliwi Brazylijczycy z innych stanów. Po co w ogóle tam jedziesz?! Jeszcze inni dodają, że Portug...