Potem przyszedł maj i Monte Castello, czyli słynna Festa do Tropeiro. A tam – jeszcze więcej emocji, jeszcze więcej muzyki, jeszcze więcej… wszystkiego!
Nie tylko rodeio lasso, ale też barwne stroje, śmiech, zapach churrasco i
atmosfera, której naprawdę nie da się zamknąć w słowach.
I tak, od jednej imprezy do drugiej, coraz mocniej wchodzę w ten świat. Świat gaúchos, dla których lasso to coś więcej niż narzędzie – to symbol ich historii i tożsamości.
Co
dalej? Nie wiem, ale jedno jest pewne – następnym razem biorę kapelusz i
uczę się pierwszych kroków z lassem. Bo kto wie? Może pewnego dnia
zostanę polsko-brazylijską gaúcha.
No comments:
Post a Comment