Ryżowe pola i polska dusza

Tort za 1000 reali? Dlaczego nie!

Po zjechaniu z gór Serra do Corupá krajobraz zmienia się jak w kalejdoskopie – z dzikich zakrętów i mglistych szczytów w krainę ryżu. Pola ryżowe rozciągają się po horyzont, jakby ktoś rozlał zieloną farbę na mapie Santa Catariny. Ze srebrnymi plamami - wody. I właśnie tam, wśród tych ryżowych połaci, rozkwita coś zupełnie innego niż rolnictwo – polska dusza.

W Massarandubie, miasteczku, które brzmi jak egzotyczny owoc, co roku we wrześniu odbywa się Polski Festyn – Festa Polonesa. I nie chodzi tu o skromne spotkanie przy kawie i serniku. To wydarzenie, które potrafi wzruszyć, rozbawić i… zgromadzić ludzi gotowych wyciągnąć z portfela 1000 reali za tort. Tak, dobrze czytasz – tysiąc reali! Za ciasto! Ale nie byle jakie – pachnące tradycją, nasączone dumą bycia Polakiem, choć już brazylijskim.

Plakaty, pierogi i pieczone marreco

Biało-czerwone plakaty z pierogami, kiszkami, gołąbkami i pieczonym marreco (lokalna kaczka) wskazywały drogę do malowniczo położonego kościoła Matki Boskiej Wspomożycielki Wiernych w dzielnicy Benjamin Constant. Wyglądał jak scenografia do filmu o emigracji – tylko zamiast nostalgii, czuć radość.

Msza po polsku i gęsia skórka

Docieram na miejsce, gdy msza po polsku juz się rozpoczęła! Chóry śpiewają z takim oddaniem i przejęciem, że aż łza kręci się w oku, albo pojawia się gęsia skórka – jak na dobrze przyprawionej kaczce. Wchodząc do kościoła, człowiek miał wrażenie, że teleportował się do Podkarpacia. Tylko stroje inne, jakieś pomieszane, w tym kaszubskie, ale duch pozostaje ten sam.

Festyn jak drzewo genealogiczne

Społeczność Massaranduby to żywy pomnik polskości. Msze, kuchnia, muzyka, tańce – wszystko w rytmie polskich serc. Festyn, który odbywa się co roku we wrześniu, w tym roku już po raz 25., to nie tylko zabawa, ale też lekcja historii i dumy polonijnej. Wybór królowej festynu, występy lokalnych zespołów i wzruszające chóry tworzą atmosferę, której nie da się podrobić.

Z dumą o tym mówi radny Joanir Lewandowski, który podkreśla, że mieszkańcy sami, z własnej inicjatywy i całkowicie wolontariacko zajmują się przygotowaniem festynu. „Z roku na rok jest coraz większy – bo ludzie czują, że to ich święto, ich historia i ich wspólnota” – dodaje z uśmiechem, który mówi więcej niż niejeden plakat z pierogiem.


Brazylijczycy z polskimi korzeniami porównują swoją społeczność do drzewa:

  • Korzenie – przodkowie, którzy przybyli tu z kuframi pełnymi marzeń i obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej

  • Pień – starsze pokolenie, które trzyma się tradycji jak barszcz czerwony świątecznego stołu

  • Gałęzie i owoce – dzieci i wnuki, które czerpią z tych korzeni tożsamość i dumę

Religia w kufrze, pierogi w żołądku, sentyment w sercu

To właśnie religijność była jednym z fundamentów, które Polacy przywieźli do Brazylii. Najpierw budowali domy, potem kościoły – bo bez duchowości nie ma tożsamości. Obok osobistych rzeczy w kufrach znajdował się obraz Matki Boskiej Częstochowskiej – symbol wiary i przynależności. I choć dziś zamiast furmanki mamy samochody, duch pozostał ten sam.

Powrót z pełnym sercem i żołądkiem

Wracam do Papanduvy z pełnym żołądkiem i uśmiechem, że w tak odległym zakątku świata polska kultura potrafi zakwitnąć nawet wśród ryżowych pól, a ludzie są chętni do rozmów do rozmów i wspomnień.


No comments:

Post a Comment

Ubatuba czyli jak nie zgubić się wśród stu plaż

Wjeżdżając od Taubaté, zjazd ku poziomowi morza odsłania widok, który trudno opisać – trzeba go przeżyć. Ubatuba to miejsce, gdzie morze spo...