Miasto i okolice wyglądały jak zaczarowane. Pajęczyny, zamiast budzic grozę, zdobiły każdy krzak i płot, błyszczały w kropelkach rosy jak najbogatsza biżuteria. Żaden jubiler by tego nie wymyślił. Araukarie – te dostojne królowe południowej Brazylii – zdawały się chciwie spijać wilgoć z powietrza, jakby mgła była ich ulubionym napojem.
Krok za krokiem, mijając zamglone pola i podwórka, miałam wrażenie, że świat zwolnił i zasnął na siedząco. Psy, które zwykle szczekają na wszystko, tym razem tylko ziewały ospale. Kury siedziały nieruchomo jakby ktoś im powiedział: spokojnie, to tylko niedziela. mam wrażenie, że podglądam Papanduvę w jej najbardziej intymnym momencie – w porannym szlafroku z mgły.A ja? Ja poczułam, że to mgła ma rację – że czasem warto się zatrzymać, pochodzić bez celu i po prostu podziwiać zwykłe-niezwykłe piękno poranka. Bo w tej ciszy i wilgoci kryje się coś, czego nie znajdzie się ani w muzeach, ani w galeriach.
Bo jesień w Brazylii to zupełnie inna historia niż ta znana mi z Polski. Tam jesień to złote liście, kasztany w kieszeni i pierwsze chłody, które każą wyciągać swetry z szafy. Tu – w Papanduvie – jesień pachnie wilgocią, owija się mgłą i każe patrzeć pod nogi, żeby nie przegapić pajęczyny zamienionej w kryształowy naszyjnik, ale też by wypatrzeć orzechy araukarii. Wielkie szyszki rozbiły się na drodze i rozsypały swoje skarby. Na szczęście zdążą się ugotować akurat do popołudniowej kawy – idealna niedzielna przekąska, podarowana przez samą naturę.
No comments:
Post a Comment