Pierwsza myśl o jezuitach w Ameryce Południowej biegnie ku Paragwajowi, argentyńskiemu Misiones, Boliwii czy Rio Grande do Sul – to tam powstawały te gigantyczne, samowystarczalne „państwa w państwie”, czyli słynne redukcje jezuickie.
Ale brazylijskie wybrzeże, w tym właśnie Espírito Santo, kryje zupełnie inny rozdział tej samej historii. Tam jezuici nie budowali odizolowanych miast w głębi dżungli, ale działali na pierwszej linii frontu kolonialnego, ramię w ramię z portugalską koroną i indiańskimi wodzami, takimi jak Maracajá-guaçu i Araribóia.
To właśnie w Espírito Santo (dokąd uciekł lud Temiminó) jezuici stworzyli podwaliny pod kulturową i religijną tożsamość dzisiejszej Brazylii. Gwiazdą tego regionu był człowiek, który stał się legendą – ojciec Józef Anchieta (José de Anchieta).
Gdy Temiminó dotarli do Espírito Santo, jezuici natychmiast otoczyli ich opieką, tworząc dla nich tzw. aldeamentos – kontrolowane przez zakon wioski misyjne. Najsłynniejszą z nich była Misja Reritiba (dzisiejsze miasto Anchieta na południe od Vitorii).
To tutaj ojciec Józef Anchieta spędził ostatnie lata swojego życia. Postać to niezwykła:
Lingwista i poeta: Jako pierwszy skodyfikował gramatykę języka tupi. Pisał w tym języku dramaty religijne i wiersze, które Indianie śpiewali i wystawiali na plażach.
Wielki mediator: Był obrońcą praw rdzennej ludności przed brutalnością portugalskich plantatorów, którzy chcieli Indian wyłącznie zniewolić. Dla plemion takich jak Temiminó sojusz z jezuitami był jedyną szansą na przetrwanie – zyskali ochronę prawną w zamian za przyjęcie chrztu i pomoc w obronie kolonii.
Wchodzę do okazałego Pałacu Anchieta w Vitorii. Zanim jednak rozejrzę się po wnętrzach, muszę przejść przez formalności. Parter i podziemia można zwiedzać codziennie za darmo, ale – ach, te brazylijskie, wszechobecne rejestracje! Czasami nawet po to, by wejść do zwykłego parku, trzeba wpisać się na listę.
Pałac Anchieta w Vitórii, dawne serce jezuickiej machiny w stanie Espírito Santo, dziś służy jako siedziba rządu stanowego oraz przestrzeń wystawiennicza. Podczas gdy na dole turyści podziwiają ekspozycje, na piętrze wre codzienna praca urzędników. Niegdyś jednak w murach całego budynku tętniła nauka – w XVI wieku miejsce to narodziło się bowiem jako Kolegium Jezuickie św. Jakuba (Colégio de São Tiago) wraz z przylegającym do niego kościołem.
Dla mnie przekroczenie tego progu oznacza coś więcej. Wchodzę do miejsca, w którym ważyły się losy Araribói, jego ojca i całego plemienia Temiminó. To właśnie tam kuto sojusz, który kilkanaście lat później doprowadził do odbicia Rio de Janeiro i narodzin Niterói!
Kiedy wódz Maracajá-guaçu ewakuował swój lud z Rio do Espírito Santo, to właśnie zakonnicy z tego kolegium w Vitórii koordynowali całą akcję pomocową. Stąd jezuici ruszali w teren, by zakładać misje (takie jak Reritiba), i to tutaj zapadały kluczowe decyzje polityczno-wojskowe. Kolegium w Vitórii było centrum dowodzenia – to tam decydowano, jak rozmieścić indiańskich sojuszników, by jednocześnie dać im schronienie i zabezpieczyć kapitanię przed atakami.
Ojciec Józef Anchieta spędził w tym budynku mnóstwo czasu, zarządzając misjami w całym regionie. Co więcej, to właśnie w Kolegium św. Jakuba (dzisiejszym pałacu) odbyły się jego uroczystości żałobne. Gdy Anchieta zmarł w 1597 roku w misji Reritiba, Indianie Temiminó i inni rdzenni mieszkańcy nieśli jego ciało na własnych barkach przez ponad 90 kilometrów wzdłuż wybrzeża – prosto do Vitórii. Został pochowany w tutejszym kościele jezuickim. Choć kościół później spłonął, w pałacu do dziś znajduje się symboliczny grobowiec i pamięć o nim.
Skoro o tej pośmiertnej procesji mowa – ta stukilometrowa trasa, którą Indianie pokonali z ciałem ojca Anchiedy, nie odeszła w zapomnienie. Przeciwnie! Dziś Brazylia ma dzięki temu swój własny odpowiednik słynnego Camino de Santiago – szlak Passos de Anchieta (Kroki Anchiedy). Jeśli Hiszpania ma swoje kilometry do grobu św. Jakuba, to Brazylia nie mogła być gorsza i ma trasę z Vitórii do miasta Anchieta. Tradycja ta przyciąga co roku setki śmiałków, którzy postanawiają sprawdzić stan swoich stawów skokowych i determinacji. Maszerują oni cztery dni, mijając plaże, wzgórza i wioski, a całe to przedsięwzięcie ma w sobie tyleż mistycyzmu, co czystej, brazylijskiej pasji do trekkingu. I choć dzisiejsi piechurzy, w przeciwieństwie do dzielnych Indian Temiminó, nie niosą na barkach nikogo poza własnymi plecakami wypełnionymi kremem z filtrem UV, to potężny szacunek dla kondycji XVI-wiecznych założycieli Brazylii rośnie z każdym przebytym kilometrem.
Gdy
w 1759 roku jezuici zostali bezwzględnie wypędzeni z Brazylii przez
portugalski rząd (w ramach reform markiza de Pombal), budynek przeszedł
na własność korony. Wtedy też zmieniono jego funkcję na siedzibę rządu
stanowego, a na cześć wielkiego zakonnika nazwano go Palácio Anchieta.
Dlaczego te misje były inne niż w Paragwaju? W Paragwaju czy na południu Brazylii (Sete Povos das Missões) jezuici chcieli stworzyć idealne, odizolowane od zepsutego świata kolonizatorów społeczeństwa chrześcijańskie. W Espírito Santo misje miały charakter strategiczny i obronny. Były buforem bezpieczeństwa. Indianie z misji jezuickich – wyedukowani, lojalni i zorganizowani – stanowili elitarną armię, która regularnie ratowała rodzącą się Brazylię przed atakami innych, wrogich plemion oraz piratów.
To właśnie z tych misyjnych osad w Espírito Santo ojciec Anchieta zabrał później Araribóię i jego wojowników, by popłynąć z odsieczą do Zatoki Guanabara i założyć Rio de Janeiro oraz Niterói.
Więc tak – Espírito Santo ma głębokie, jezuickie korzenie, a tamtejsze misje dosłownie zmieniły mapę Ameryki Południowej!


No comments:
Post a Comment