Plażowy maraton czyli Vila Velha

Wjeżdżam do Cariacica (dla niewtajemniczonych – to część gigantycznej, złożonej z 7 miast aglomeracji Grande Vitoria; najważniejsze z nich to stołeczna Vitoria, Vila Velha i Cariacica, bo tu przyjeżdżą pociąg) z mocnym postanowieniem natychmiastowej ewakuacji do Vila Velha, gdzie czeka na mnie Alan. Myślę sobie: „Wsiadam w autobus i jadę!”. Proste? No nie w tym uniwersum.

Grande Vitoria dołączyła do miast, gdzie miejscowy wydział transportu ogłosił całkowity rozwód z gotówką. Nie masz plastikowej karty transportowej? Nie jedziesz. A skąd taką wziąć? Dostaniesz dworcu autobusów miejskich. Na szczęście jeden z nich jest niedaleko dworca kolejowego. W okienku gość obsługiwał pasażerów z zamkniętymi oczami. Przysięgam! Jego oczy były otwarte na 2 milimetry. Nie wiem, czy to syndrom późnej godziny, czy skrajne niewyspanie, ale mimo trybu uśpienia, był niesamowicie miły.

Po pobycie w lądowym Minas, widok oceanu był czymś cudownym. Vila Velha słynie z najpiękniejszych plaż w okolicy, a ponieważ ciągną się one kilometrami, rzuciłam się w wir spacerów. Wynik? Od 7 do 10 kilometrów dziennie wydeptanych w piasku! Chodziłabym pewnie do nocy, gdyby nie silny i zimny wieczorny wiatr, który regularnie wyganiał mnie stamtąd. Właśnie zaczyna się zima, a w Polsce jest pierwszy dzień lata.

Największy zachwyt? Mosteiro da Penha (Klasztor da Penha). To miejsce po prostu rzuca na kolana! Potężna skała wznosi się na 154 metry nad poziomem morza, a na samym jej szczycie – zawieszony jakby w chmurach klasztor.

To nie jest zwykły kościółek. Założony w 1558 roku przez hiszpańskiego franciszkanina, brata Pedro Palácios, jest jednym z najstarszych sanktuariów maryjnych w całej Brazylii! Legenda mówi, że obraz Matki Boskiej, który brat przyniósł ze sobą, trzy razy w tajemniczy sposób znikał z jego groty na dole i pojawiał się na samym szczycie wzgórza. Uznał to za jasny sygnał: „Budujemy na górze!”. Dziś otacza go gęsty, zielony las Atlantycki, a z góry rozciąga się kosmiczna panorama m.in. na najnowszy most łączący Vila Velha i Vitoria. Widać jak na dłoni całą Zatokę Vitórii – miejsce, gdzie Indianie Temiminó lądowali po ucieczce z Rio. Twierdza-klasztor służyła też jako punkt obserwacyjny: to stąd wypatrywano, np. francuskich piratów, albo holenderskich.

Stworzyli miejsce pielgrzymkowe. Klasztor da Penha miał być duchową latarnią morską głównie dla portugalskich osadników, azylem modlitwy i symbolem katolicyzmu spoglądającego na ocean. W tym czasie juici budowali zamknięte misje dla Indian w tym regionie. Ach! A wcześniej myślałam, że misje jezuickie tylko w Rio Grande do Sul, ale te w Espirito Santo były o innym charakterze, głównie obronnym - ci grali w drużynie króla Portugalii, a tamci z południa w drużynie króla Hiszpanii.

Klasztor da Penha ze swoim strategicznym położeniem służył jako genialny punkt obserwacyjny. Kiedy franciszkańscy mnisi zauważyli na horyzoncie żagle holenderskich lub francuskich piratów, natychmiast bito w dzwony. Wtedy jezuici mobilizowali swoich Indian. Franciszkanie robili za „oczy”, a wyszkoleni przez jezuitów Indianie Temiminó – za jego „pięści”.

Zachody słońca i widoki w ciągu dnia tak mnie urzekły, że zrobiłam sobie z tego klasztoru codzienny trening i wspinałam się tam każdego dnia.

Któregoś razu schodzę ze skały jako jedna z ostatnich marud. Nagle zatrzymuje się samochód. W środku sympatyczna para, pytają, czy kogoś podwieźć na dół. Idące obok mnie kobiety dumnie milczą, więc ja – bez zbędnej skromności – rzucam: „Pewnie, ja chętnie!”.

W ten sposób poznałam urocze niemiecko-brazylijskie małżeństwo na wakacjach. Rozmawiamy, mówię, że teraz muszę jakoś upolować autobus na Itaparica, na co oni wybuchają śmiechem: „Ale my przecież mieszkamy na Itaparica!”. Okazało się, że to moi dosłowni sąsiedzi! Zamiast na przystanek, podrzucili mnie pod same drzwi domu Alana.

Prognozy pogody straszyły desczem. Rano patrzę – słońce. Ryzykuję, odpalam pralkę, wieszam pranie. Miało padać później ale nie spadła ani kropla. To się nazywa mieć szczęście!

I nie można stąd wyjechać bez spróbowania lokalnych przysmaków: moqueca capixaba (genialny gulasz rybny) oraz torta capixaba.

A dlaczego taka nazwa Vila Velha - ja to tłumaczyć: Stare Miasteczko, Stara Osada? Gdy pierwsi mieszkańcy przenieśli się z powodu ciągłych ataków Indian na bezpieczniejszą wyspę obok (czyli do dzisiejszej Vitórii), swoją pierwszą, opuszczoną bazę zaczęli nazywać po prostu „Starym Miasteczkiem”, a nową lokację – „Miasteczkiem Nowym” (Vila Nova). Z czasem Vitória zyskała swoją dumną, zwycięską nazwę, a Vila Velha na zawsze pozostała tym urokliwym, „Starym Miasteczkiem”.

No comments:

Post a Comment

Festa Junina - byk, kukurydza, quadrilha i grzaniec z cachaçy

Indianie w Andach mają swoje Inti Raymi, w Polsce mamy Sobótkę, wianki, ogniska i skakanie przez nie, a Brazylia ma festas juninas. I ma też...