Krajobraz za oknem zmienia się. To wciąż pasmo Serra do Mar, ale wzgórza zrobiły się jakieś takie łyse. Zamiast gęstej dżungli – surowe skały, a w dole szumią potoki usiane wielkimi kamulcami. Niby wciąż jesteśmy w regionie wybrzeża, a ja mam wrażenie, jakbym nagle wylądowała w wysokich górach. Przesadzam – moje dzisiejsze destino leży na niecałych 400 metrach nad poziomem morza. Ale co poradzę na to, że moje podróżnicze ADHD i widoki za oknem natychmiast teleportują mnie wspomnieniami w Pamir albo Tienszan?
Niebo zaciąga się chmurami. Droga zaczyna kręcić tak ambitne pętle. Wjeżdżamy w mgłę. Góry w oddali ciemnieją, podróż przybiera aurę tajemniczości. Pobocza drogi porastają wysokie pomarańczowe kwiaty. Na tle tych ciemnych szczytów wyglądają tak surrealistycznie i pięknie, że ta nieznana przede mną wydaje się całkiem optymistyczna.
Wjeżdżamy w tunel. Pierwszy, drugi, trzeci. Przy trzecim odruchowo wciągam brzuch. Mam głębokie wrażenie, że nasz autobus mieści się w nim dosłownie na milimetry, a lakier z lusterek zostaje na skale.
Na szczęście
czas na przerwę – „siusiu i kawę”. Zamiast nowoczesnych, bezdusznych stacji
benzynowych z bramkami, systemem biletowym i ochroną, lądujemy w lokalnym sklepo-barze,
który nie ma drzwi. Po prostu. Swojska atmosfera, zapach świeżej cafezinho
i totalny luz. Taką Brazylię lubię!
Walka dnia z nocą (w pastelowych barwach)
Ruszamy dalej, droga lekko pnie się w górę, a gdy docieramy do Rio Claro, słońce decyduje, że pora kończyć zmianę. Zaczyna się spektakl, który uwielbiam. Ostatnia złota godzina. Niebo jeszcze nie chce sczeznąć w czerni, dzień kurczowo trzyma się resztek światła, jakby chciał coś bezczelnie wydrzeć nocy. Kolory na niebie nie mogą się zdecydować, czy wolą pomarańcz, czy róż. Ostatecznie – patrząc na moje ulubione pomarańczowe kwiaty przy drodze – uznaję, że tło musi być różowe. Świat powoli zwija się do snu w tym pastelowym świetle, kokieteryjnie zakrywając swoje uroki. Zanim zaśnie i schowa się w mroku, stroi się najpiękniej jak potrafi.
Tadżycki powrót do przeszłości, czyli Barra Mansa w ciemnościach
I bum!
Nastała noc. Ale jakaś taka specyficzna.
W oknach domów po drodze, sklepach cz barach tli się wyjątkowo blade, wręcz anemiczne
światło. No i znowu włącza mi się tryb retrospekcji. Natychmiast staje mi przed
oczami Tadżykistan i to słynne, lokalne oświetlenie, przy którym człowiek był w
stanie rozpoznać, że trzyma w ręku książkę, ale o przeczytaniu liter mógł już
tylko pomarzyć. Zaczynam się zastanawiać: „Kurczę, czy oni mają tu jakieś
straszne spadki napięcia w tej Brazylii?”.
Zagadka wyjaśnia się chwilę później. To nie słabe napięcie. To potężna awaria prądu, która odcięła pół miasta Barra Mansa od cywilizacji aż do następnego dnia!
Na szczęście deptak wzdłuż rzeki Paraíba i most nad nią dumnie opierają się kryzysowi i świecą jak należy. Choć za dnia to miejsce prezentuje się o niebo lepiej. Wszystko za sprawą natury – rosną tu niesamowite, potężne figowce i absolutnie genialne drzewo, które u nas, w polskich doniczkach, uparcie nazywamy fikusem beniaminkiem (tylko że ten tutaj ma rozmiar King Konga wśród fikusów).
Na koniec wisienka na torcie. Ta rzeka, Paraíba – tak, dokładnie ta sama, w której w XVIII wieku rybacy wyłowili figurkę Matki Boskiej z Aparecidy (dzisiejszej patronki Brazylii). Przechodzę pod mostem i idę wzdłuż brzegi, nagle serce mi wyskakuje z piersi, oglądam się, nikogo ni ema wokół! Skąd był ten dziwny dźwięk, coś w stylu groźnego fuknięcia. Jeszcze raz badam wszystko dokoła i odkrywam sprawcę już w wodzie. Tak, dzisiaj Papaiba w Barra Mansa – kryje w sobie kapibary - bardzo płochliwe w przeciwieństwie do tych z Kurytyby. A ja myślałam, że stolica Parany ma monopol na używanie ich jako symbolu miasta. Nic bardziej mylnego.
Połowa znajomych zachodziła w głowę po co do Barra Mansa pojechałam, przecież tam nic nie ma. No jak to - są kapibaty, a symbolem miasta jest kapipara pod palmą. Dlaczego? Pewien burmistrz chcąc ozdobić miasto posadził mnóstwo młodych palm nad rzeką. Ale młode rośliny zaczęly znikać, każdego dnia wydawało się być ich mniej i mniej, albo rankiem znajdowano je wyciągnięte z ziemi. Zwyzywał mieszkańców od wandali, nałożył srogie kary. Jednak nikt nie mógł sprawców złapać. W końcu się wydało, kto je niszczy. To kapibary. Młode palmy są dla nich prawdziwym przysmakiem, bo mają miekkie soczyste liście i pędy. Wściekłość burmistrza nie trwała długo, a na pamiątkę jego pomysłu zamiast rzędu rasowych palm miasto syskało swój smbol - kapibarę pod młodą palmą.
A w pobliskim parku na drzewach obojętnie dyndają leniwce.





No comments:
Post a Comment