Wszystko zaczęło się od niewinnego pytania Luiza o to, czy lubię przyrodę. Właściwie to sam zdecydował, że ją lubię, a ja nie protestowałam. Myślałam tylko, że chce mi zaimponować jakimś ładniejszym zagajnikiem albo spacerem po parku. – To świetnie, bo ja mieszkam w środku absolutnej dziczy – skwitował z uśmiechem.
Zanim zdążyłam dopytać, czy ta jego „dzicz” w ogóle umywa się do moich amazońskich doświadczeń, Luiz zgarnął mnie sprzed luksusowego, tętniącego życiem kondominium Alphaville i ruszyliśmy przed siebie. Prosto w ciemną, brazylijską noc.
Jedziemy. I jedziemy. Droga ucieka w nieznane, za oknami egipskie ciemności, a ja zaczynam się zastanawiać, czy moja pewność siebie z dżungli na coś mi się tu przyda, jeśli przyjdzie mi uciekać nocą przez góry. W końcu jest! Brama wjazdowa do jego kondominium. Ulga? Otóż nie tak szybko. Okazało się, że od owej bramy do domu Luiza jest jeszcze bite 6 kilometrów!
Wokół absolutna pustka. Moje oczy desperacko próbowały przebić ciemność, ale jedyne, co rejestrowałam, to fakt, że pniemy się w górę po drodze wybrukowanej drobnymi kamieniami, a żołądek subtelnie sugeruje zmianę wysokości. Wiedziałam tylko jedno: jesteśmy w pasmie górskim Serra da Moeda. Co tam dokładnie jest? „Po prostu góry” – pomyślałam. Na zapierające dech w piersiach widoki musiałam łaskawie poczekać do rana.
Słuchajcie, myślałam, że o brazylijskich kondominiach wiem już całkiem sporo. Alphaville? Klasyka gatunku. Miasto w mieście – sklepy, restauracje, hotele, fryzjerzy, pełen blichtr dla bogatych, którzy kochają miejski szum, tyle że za bezpiecznym płotem. Ale to, gdzie wylądowałam z Luizem, zresetowało moje pojęcie o luksusie. To nie jest zwykłe osiedle za miastem. To prawdziwa luksusowa dzicz.
Wjechaliśmy do Condomínio Rural Santuário Serra da Moeda. I to słowo „Santuário” (Sanktuarium) nie jest tu chwytem marketingowym, choć portfel przeciętnego śmiertelnika mógłby po usłyszeniu ceny doznać zawału. To potwornie drogi, elitarny raj dla wybranych.
Rano, gdy przetarłam oczy, doznałam lekkiego szoku cywilizacyjnego i od razu sprawdziłam fakty po
portugalsku, żeby upewnić się, gdzie ja właściwie jestem. Wyobraźcie sobie przestrzeń: całe osiedle ma powierzchnię 6 milionów metrów kwadratowych, z czego ogromna część to teren prawnie chroniony, wpisany na listę dziedzictwa naturalnego (tombada como patrimônio natural).
Wokół nie ma po prostu „ładnych widoków” – wszędzie, jak okiem sięgnąć, ciągną się monumentalne góry i głębokie doliny. Mieszkamy na średniej wysokości aż 1100 metrów nad poziomem morza! Dzięki temu panuje tu znacznie chłodniejszy i rześki klimat. A krajobraz poranków? Totalny kosmos. Doliny pod nami bywają niemal całkowicie zalane gęstymi mgłami, nad którymi wyrastają tylko górskie szczyty. Poczułam się niesamowicie – ot, moim prywatnym ogródkiem stał się właśnie górski rezerwat przyrody!
I wiecie, ile tam wciśnięto domów na te 6 milionów metrów kwadratowych? Deweloper w Polsce upchnąłby tam pewnie pół województwa. A tutaj? Zaledwie około 150 działek! Dokładnie nie pamiętam. Nacisk na prywatność level hard. Średnia powierzchnia jednej parceli to, bagatela, od 31 000 do 42 000 metrów kwadratowych. Ponad 3-4 hektary własnego górskiego buszu na głowę!
Mój wewnętrzny reporter musiał natychmiast spisać najważniejsze fakty:
· Sąsiedzi z buszu: Zgodnie z regulaminem, ziemia ma charakter wyłącznie rolno-pastwiskowy i rezydencjalny jednorodzinny (destinados a fins agropastoris e residenciais unifamiliares). Żaden deweloper nie postawi Ci pod oknem bliźniaka. Możesz mieć konie, nienaruszoną roślinność formacji Cerrado i lasów atlantyckich oraz własny strumyk (część działek graniczy z Rio Paraopeba).
Cena świętego spokoju: Taka przyjemność kosztuje miliony monet. Ceny
za te gigantyczne glebas wahają się od 550 tysięcy do ponad 1 150 000
reali, a do tego trzeba doliczyć postawienie tam domu, który przecież nie może
być skromną altanką. Co ciekawe – miesięczny czynsz
administracyjny (condomínio) za utrzymanie tego gigantycznego terenu,
całodobowej portierni i oświetlenia publicznego jest stosunkowo niski i wynosi
średnio około 320–380 reali. Ale żeby w ogóle zacząć płacić ten czynsz,
trzeba najpierw wydać fortunę na ziemię.
Stoję rano na tarasie, chłonę rześkie, górskie powietrze, patrzę na mgły
przesuwające się w dolinach, a wokół domu unosi się tak intensywny, obłędny
zapach dzikich ziół, że aż kręci się w głowie. Nawet w Amazonii tak nie
pachniało! Patrzę na te hektary zieleni i nagle budzi się we mnie polska,
swojska natura.
– Luiz – pytam z pełną powagą – a można by tutaj kury hodować? Masz tyle miejsca! Luiz spojrzał na mnie, jakbym urwała się z choinki, i parsknął śmiechem: – Kury? Dzikie zwierzęta zjadłyby je w pięć minut!
I tak właśnie wygląda życie wśród przyrody w XXI wieku. Ta luksusowa dzicz ma swoje surowe prawa – pełna symbioza z naturą, dopóki natura nie zgłodnieje. Amazonia nauczyła mnie szacunku do dżungli, ale tutaj człowiek płaci miliony za to, by tę dżunglę i góry udomowić na własnych warunkach.
Jak to dobrze, że po tylu latach spędzonych w rozjazdach świat wciąż potrafi
mnie tak bezbrzeżnie zadziwić! Ot, życie w XXI wieku – niewielu może sobie na
to pozwolić z wiadomych, czysto finansowych względów. Z jednej strony mamy
bogatych, którzy wolą asfalt, sklepy, restauracje i hotele w Alphaville, a z drugiej
– tych bajecznie zamożnych pustelników z Serra da Moeda, którzy płacą miliony
za luksus totalnej samotności i za to, żeby ich jedynym sąsiadem był na przykład ocelot. Już wiem dlaczego tyle razy pytał w supermarkecie czy na pewno niczego nie będzie mi brakowało, skanując w myślach zawartość domu. Dlatego, że do najbliższeg sklepu po bułki jest godzina jazdy.
A ja? Ja po prostu siedzę na tarasie w tym elitarnym sanktuarium, a właściwie leżę w hamaku i piję
kawę, wącham zioła i cieszę się, że z tej nocnej wyprawy w nieznane zamiast
kryminału wyszedł mi reportaż krajoznawczy! Prawie pełnia szczęścia, gdyby nie te zbyt chłodne wieczory i ranki. Na pewno wrócę, tylko może latem.
A Wy? Gdybyście mieli na koncie wolne miliony reali albo innych złotych, wybralibyście luksusowe
„miasto za miastem” w Alphaville czy tę ekskluzywną, drogą dzicz w Serra da
Moeda?
.jpeg)








No comments:
Post a Comment