Belo Horizonte, czyli nie ma morza, ale jest bar



Belo Horizonte byłam przejazdem. Takim dłuższym przejazdem. Celem było Rio, ale jak się okazało, po drodze czekało mnie kilka niespodzianek.

Minas Gerais - jeśli ktoś myśli, że to stan łagodnych pagórków, to od razu wyprowadzę go z błędu. Minas to góry. Góry, doliny, serpentyny i kolejne podjazdy. Są tu trzy największe pasma górskie Brazylii i chyba właśnie dlatego mam jedną prośbę: jeśli znajdziecie w Minas Gerais płaskie miasto, dajcie znać. Ja po kilku dniach zaczęłam podejrzewać, że nawet droga do piekarni prowadzi tu pod górę.

A potem przyszła pierwsza noc. I kolejny szok. Zimno. Takie, że zmarzł mi nos. Musiałam przykryć właściwie siebie całą, naciągając koce na głowę. Gdy ktoś zapyta o pierwsze wspomnienie z Belo Horizonte, odpowiem bez wahania: szczękanie zębami, co nie brzmi zbyt brazylijsko.

Gdy chciałam odwiedzić park Mangabeiras, usłyszałam: - Dzisiaj zamknięty. Bo był poniedziałek. Rozumiem muzea, ale parki??!!. Czy punkt widokowy też? Na szczęście nie. Uff! Mogę usiąść i spokojnie poczekać do zachodu słońca. Horyzont rzeczywiście jest piękny. W końcu nie bez powodu nazwali je Belo Horizonte.

Choć nawet ta romantyczna chwila miała swój brazylijski twist. Gdy wszyscy w milczeniu podziwiali słońce chowające się za horyzontem, nagle za moimi plecami rozległy się dziwne odgłosy. Obracam się, a tam inwazja szopów praczy albo innych ostronosyów, nie rozróżniam ich. Całe stado zeszło nagle z drzew i bezczelnie zaczęło buszować po trawniku. Gdy zauroczeni turyści odwrócili się od zachodu słońca i skierowali w ich stronę obiektywy aparatów, zwierzaki uznały, że sława im nie służy i błyskawicznie ewakuowały się z powrotem w korony drzew.

W Belo Horizonte poniedziałek to dzień narodowego odpoczynku atrakcji turystycznych. Zamykają się nie tylko muzea, ale nawet niektóre parki. We wtorki część z nich nadal dochodzi do siebie. Morał? Jeśli planujecie wizytę, najlepiej przyjechać od środy. Zwłaszcza że właśnie wtedy można za darmo odwiedzić Inhotim. A to miejsce jest tak niezwykłe, że niektórzy twierdzą, iż do Belo Horizonte przyjeżdża się głównie po to, żeby potem pojechać gdzie indziej.

Samo miasto ma zresztą świetne poczucie humoru. Mieszkańcy mówią: "Não tem mar, mas tem bar" – nie ma morza, ale są bary. I podobno jest ich najwięcej w całej Brazylii. Morza rzeczywiście brak. Jest za to jezioro Pampulha i ogromna dawka kreatywności. Co jakiś czas na Praça da Estação organizowany jest dzień plażowy. Leżaki, ręczniki, fontanny udające fale i zabytkowy dworzec w roli nadmorskiej promenady. Jak się nie ma oceanu, to trzeba sobie jakoś radzić.

Morze zresztą ma w Belo Horizonte potężnego architektonicznego konkurenta. Nad tutejszym sztucznym jeziorem Pampulha króluje betonowa poezja samego Oscara Niemeyera. To właśnie tutaj, na początku lat 40., młody Niemeyer dostał od ówczesnego burmistrza wolną rękę i stworzył unikalny kompleks, który dziś jest na liście UNESCO. Zamiast nudnych, prostych linii, dał upust swojej miłości do fal i zakrętów – mawiał przecież, że inspirują go zakola brazylijskich rzek i ciało tutejszych kobiet. Najlepszym tego dowodem jest słynny, falujący kościół św. Franciszka z Asyżu (Igreja da Pampulha). Wygląda tak awangardowo z tymi swoimi betonowymi łukami i niebiesko-białymi kafelkami Portinariego, że tutejsi biskupi przez kilkanaście lat odmawiali jego konsekrowania, uznając, że budowla przypomina raczej hangar lotniczy niż dom boży.

Ale Pampulha to nie jedyne miejsce, gdzie Niemeyer zostawił swój ślad. Kolejny architektoniczny szok czekał na mnie w samym sercu miasta, przy Praça da Liberdade. Stoi tam sędziwy Palácio da Liberdade, otoczony sytymi, XIX-wiecznymi pałacami o iście europejskim rodowodzie. I nagle, tuż obok nich, wyrasta spektakularny apartamentowiec – Edifício Niemeyer. Zaprojektowany w latach 50. budynek nie ma w sobie ani jednego kąta prostego. Wygląda jak abstrakcyjna rzeźba, a jego falujące, betonowe linie i charakterystyczne poziome żaluzje (brises) mają idealnie naśladować łagodne kontury tutejszych gór. To jedyny mieszkalny budynek przy tym placu i niesamowity dowód na to, jak BH potrafi bezczelnie, ale i z wielkim stylem, łączyć historię z nowoczesnością.

Patrząc na te falujące konstrukcje, pomyślałam sobie, że Niemeyer po prostu za mną jedzie. W Niterói widziałam dedykowaną mu trasę Caminho Niemeyer (przypominała nadmorski park w Recife), z genialnym, przypominającym kosmiczny talerz Muzeum Sztuki Współczesnej (MAC) na czele. Niemeyer wciąga.

W Belo Horizonte zaliczyłam też nietypowe spotkanie ze starożytną historią. Poznałam Amilcara. Pierwszy raz w życiu spotkałam kogoś żywego noszącego to imię! Poczułam się, jakbym cofnęła się w czasie, bo Hamilkar to przecież postać z podręczników – potężny kartagiński wódz, ojciec samego Hannibala i jeden z największych koszmarów starożytnego Rzymu.

Z tego bujania w obłokach historii szybko jednak trzeba było zejść na ziemię, bo współczesne centrum BH brutalnie przypomina o realiach. Lokalni bezdomni szczególnie upodobali sobie właśnie Praça da Estação, czyli plac przy zabytkowym dworcu kolejowym, oraz okolice obecnego dworca autobusowego. Chodzę po Belo Horizonte bardzo dużo – zaglądam do muzeów, parków, bocznych zaułków i oczywiście barów (w końcu plaży brak!). I choć miasto zachwyca, to bywa też surowe. Czasem, idąc ulicą, mija się kogoś, kto w kałuży na chodniku właśnie robi pranie.

Kilka kilometrów od miasta leży park Serra do Rola-Moça. Nazwa oznacza „Turlającą się dziewczynę” i brzmi dość niewinnie. Do momentu, kiedy staniesz przy drodze. Z jednej strony panorama Belo Horizonte, z drugiej słynna Dolina Samobójców – głęboki wąwóz, w którym przez lata kończyły podróż samochody, które leżą do tej pory na dnie. Dzisiaj pobocze zabezpiecza mur, Widoki nadal zapierają dech, ale przynajmniej trochę trudniej o nieplanowany lot w przepaść.

Minas Gerais poznaje się jednak przede wszystkim... przez żołądek. Mercado Central pachnie serami, doce de leite i marmoladą z gujawy. Wszystko przypomina też, że nazwa stanu nie wzięła się znikąd. „Minas Gerais” to przecież „Kopalnie Generalne”. Złoto, ruda żelaza, kamienie szlachetne – przez wieki wydobywano tu niemal wszystko.

A najlepsze wydarzyło się już właściwie w drodze do Rio. Spotkałam ludzi z Pará, którzy zaprosili mnie na prawdziwe açaí. Takie, jakie jedzą na północy Brazylii – z mięsem. Mniam! W Belo Horizonte o takie açaí trudno. Najczęściej sprzedaje się mrożoną masę z około czterdziestoprocentową zawartością owocu, za to w cenie niemal złota. Czasem więc, żeby zjeść najlepsze açaí, wcale nie trzeba jechać do Amazonii. Wystarczy spotkać odpowiednich ludzi po drodze.

Ale tym, co najbardziej zdziwiło mnie w tym stanie, był język. Język Mineiros. Momentami stałam obok ludzi i z całych sił próbowałam zgadnąć, w jakim obcym języku mówią. A oni przecież mówili po portugalsku! Tutejszy dialekt to absolutna kopalnia specyficznych wyrażeń i przede wszystkim – ekstremalnych skrótów. Połowę liter po prostu zjadają. No i to legendarne, emocjonalne „Uai!”, które potrafi zastąpić całe zdanie.

BH zapamiętam z marznącego nosa, miasta bez morza, plaży urządzonej na placu, zamkniętego w poniedziałek parku, gór, które nie odpuszczają ani na chwilę, i horyzontu, który rzeczywiście okazał się piękny.




No comments:

Post a Comment

Pociąg, święty obiad i wielkie zwycięstwo

 Z Belo Horizonte do Vitorii kursuje pociąg. Niby nic takiego. Ot, zwykła podróż z punktu A do punktu B. Ale w Brazylii słowo „pociąg” wywoł...