W przeciwieństwie do wielu miejsc, gdzie misterne usypywanie kolorowych obrazów zaczyna się pod osłoną nocy, tutaj lokalni artyści i wolontariusze ruszają do pracy dopiero o świcie. Msza zaplanowana była na późne popołudnie, a wielkie sypanie miało wystartować o 7:00 rano. Szybka kalkulacja w mojej głowie: jeśli dotrę na miejsce w okolicach 9:00 lub 10:00, nie tylko zobaczę cały proces tworzenia od kulis, ale – kto wie! – może nawet zakasam rękawy i pomogę sypać ten brazylijski hit sakralnego designu.
Pełna entuzjazmu melduję się w rejonie Candelárii w Rio. Ponieważ nawigacja w nowym miejscu bywa wyzwaniem, postanawiam zasięgnąć języka u źródła. Podchodzę do napotkanej na ulicy kobiety i z moim najlepszym uśmiechem pytam, skąd odjeżdżają autobusy do Niteroi.
— Autobusy? Chyba stamtąd... — odpowiada, wskazując niepewnie ręką. — Ale czekaj, czy ty
naprawdę musisz jechać autobusem? Wiesz co, ja też właśnie wybieram się do Niteroi, tylko że promem. Możemy popłynąć razem!
Pomyślałam: czemu nie? Co prawda wydawało mi się, że autobus przemknie przez potężny most szybciej, ale wizja morskiej bryzy i dobrego towarzystwa wygrała. Nie upieram się. Idziemy na przystań. Kupuję bilet, przechodzimy przez bramki, a nasze języki natychmiast ruszają w tany. Gadamy, gadamy i gadamy o wszystkim i o niczym. Przypływa prom, wsiadamy, płyniemy, a potok słów nie ustaje.
Nagle, po dłuższej chwili, moja towarzyszka cichnie, rozgląda się niepewnie dookoła i z lekkim zmarszczeniem brwi rzuca: — Kurczę... Dawno nie płynęłam promem do Niteroi. Czyżby oni jakoś ostatnio zmienili trasę?
Nie zmienili. Otóż nasz cudowny prom z pełną prędkością zmierzał właśnie na... wyspę Paquetá! A to oznaczało małą logistyczną katastrofę. Zamiast szybkich 20 minut do celu, czekała nas ponad godzina rejsu w jedną stronę, potem przymusowe zwiedzanie wyspy z pokładu, powrót na stały ląd i ponowne polowanie na właściwy transport.
Jak to się stało? Kiedyś do Niteroi i na Paquetę odpływało się z zupełnie różnych terminali, a bilety na tę drugą były znacznie droższe. Dziś? Jeden terminal, jedna cena, zero barier i... pełna dowolność w lądowaniu na losowych wyspach!
Moja nowa znajoma złapała się za głowę z niemym krzykiem: „Jaki wstyd!”. Dziewczyna chciała pomóc turystce, a w efekcie wywiozła nas obie na krańce zatoki Guanabara. Na dodatek była umówiona w Niteroi na konkretną godzinę. Nerwowo chwyciła za telefon, tłumacząc zdezorientowanemu rozmówcy, że zalicza właśnie niespodziewany rejs życia. Co ciekawe, nie byłyśmy jedynymi ofiarami tego portowego Matrixa. Obok nas siedziały dwie inne kobiety, które przeżywały dokładnie ten sam dramat – jedna zapytała drugą o drogę do Niteroi, po czym z pełnym zaufaniem wsiadły w zły prom.
Co robić w takiej sytuacji? Rwać włosy z głowy? Skakać za burtę? Wzięłam głęboki oddech, włączyłam tryb pełnego relaksu i postanowiłam po prostu cieszyć się rejsem. W międzyczasie za oknem rozpętała się prawdziwa ulewa. Ściana deszczu smagała fale, a ja pomyślałam sobie, że gdybym dotarła do Niteroi zgodnie z planem, prawdopodobnie stałabym teraz na środku ulicy i przemoczona do suchej nitki usypywałabym solne wzory, które woda natychmiast zamieniałaby w słoną zupę. Los wiedział, co robi, pakując mnie na ten prom!
Kiedy po wszystkich perypetiach i rejsach powrotnych w końcu docieram do upragnionego Niteroi, deszcz na szczęście odpuszcza, a na ulicach trwają już tylko ostatnie prace wykończeniowe. I wiecie co? Widok absolutnie rzuca na kolana. Przed moimi oczami wyrosła imponująca, dwukilometrowa, tęczowa wstęga rozpostarta na głównej alei miasta. Całość składała się z blisko 240 misternie skomponowanych dywanów!
Do stworzenia tych arcydzieł zużyto aż 20 ton soli! Ale to nie wszystko – aby uzyskać odpowiednie tekstury i głębię kolorów, twórcy użyli też masy kreatywnych dodatków: barwionych trocin, łupin orzechów, a nawet skorupek jajek. Wyglądało to genialnie.Gdy spacerowałam wzdłuż tej barwnej trasy, ostatnie ciężarówki ładowały na paki niewykorzystane worki z kolorową solą i powoli odjeżdżały. Zmęczeni, ale uśmiechnięci wolontariusze siedzieli na poboczach, regenerując siły i pałaszując zasłużony obiad ze swoich tradycyjnych marmitas (brazylijskich pojemników na jedzenie).
No cóż... Pomóc w sypaniu nie pomogłam, bo zamiast z solą, walczyłam z prądami morskimi zatoki Guanabara. Za to mogłam w pełni, bez wyrzutów sumienia, oddać się czystemu podziwianiu i fotografowaniu tych cudów. Bilans dnia? Jeden zgubiony prom, jedna zaliczona ulewa, masa śmiechu, nowa anegdota do kolekcji i widoki, których długo nie zapomnę.
Hej przygodo! Komu jeszcze zdarzyło się kiedyś wsiąść do pociągu lub promu byle jakiego?







No comments:
Post a Comment