Indianie w Andach mają swoje Inti Raymi, w Polsce mamy
Sobótkę, wianki, ogniska i skakanie przez nie, a Brazylia ma festas juninas. I
ma też boi – byka, który w czerwcu potrafi wyjść na ulicę i zostać jednym z
głównych bohaterów świętowania.
W Belo Horizonte poznałam Victora, Peruwiańczyka, i to
właśnie on zaprosił mnie na Cortejo da Turma NUFAC, zorganizowane przy NUFAC-u
– Núcleo de Formação e Criação Artística e Cultural. Skoro zostałam zaproszona,
poszłam. Nie wiedziałam dokładnie, czego się spodziewać. Okazało się, że
trafiłam na jedną z artystycznych odsłon festas juninas. Był już czerwiec, więc
wszystko się zgadzało. A najważniejszy był byk.
Nieprawdziwy, chociaż poruszał się z takim przekonaniem,
jakby Avenida dos Andradas rzeczywiście należała do niego. Pod kolorowym
kostiumem znajdował się człowiek, który wprawiał boi w ruch, a właściwie w
taniec. Towarzyszyli mu muzycy i tancerze w strojach inspirowanych kulturą
afrobrazylijską. Ruszył niewielki cortejo, czyli pochód, i nagle zwyczajna
ulica w Belo Horizonte dostała własną muzykę, rytm i grupę ludzi tańczących za
bykiem.
W Brazylii tradycje związane z boi mają wiele regionalnych
odmian i łączą wpływy europejskie, afrykańskie oraz rdzenne. Najbardziej znane
są Bumba Meu Boi czy Boi-Bumbá, ale w Minas Gerais tradycja przybiera własne
formy i spotyka się z kulturą afro-mineira oraz współczesną działalnością
artystyczną.
Tutaj boi nie wyszedł jednak na wielką paradę. To był
kameralny pochód – trochę przedstawienie, trochę taniec, trochę święto
wspólnoty.
A potem kultura przeniosła się z ulicy na stół. Przyszła pora na jedzenie. Czekały już potrawy przygotowane na bazie kukurydzy. I nie był to przypadkowy wybór. Kukurydza jest jednym z wielkich bohaterów brazylijskich festas juninas. Czerwcowe święta przypadają na okres jej zbiorów, więc milho dostało w tym czasie swoje pięć minut – a właściwie cały stół.
Można mieć różne wierzenia, różne rytuały i różne sposoby
świętowania, ale na końcu i tak dobrze jest coś razem zjeść.
Tyle że moja „właściwa” festa junina miała dopiero nadejść.
I spotkała mnie w Vitórii – oczywiście w wersji właściwej dla Vitórii.
– Tej nocy jest festa junina – oznajmił Bernardo. – Idziemy. Oczywiście, że idziemy. Nadal jednak nie wiedziałam, na co właściwie idę.
Tam, gdzie jeszcze rano odbywało się cotygodniowe targowisko
warzywno-owocowe, wieczorem pojawiły się stragany z jedzeniem. Tym razem już
naprawdę regionalnym i typowym dla festa junina. I znów kukurydza miała swoje
pięć minut. A właściwie kilka godzin.
Były występy, muzyka i tańce. Ludzie przebrani za
wieśniaków: mężczyźni w dżinsach, flanelowych koszulach w kratę i słomkowych
kapeluszach z postrzępionym rondem, kobiety w kolorowych, falbaniastych
spódnicach. Wyglądali tak, jakby cała brazylijska wieś umówiła się tego
wieczoru na wspólną zabawę.
Tak wystrojeni wszyscy czekali na quadrilhę.
Quadrilha to jeden z najbardziej charakterystycznych
elementów festa junina. Taniec ma swoje korzenie w europejskiej quadrille, ale
w Brazylii został po swojemu przerobiony, roztańczony i mocno związany z
kulturą wiejską. To właściwie całe taneczne przedstawienie: para za parą
ustawia się w szeregu, uczestnicy wykonują kolejne figury i reagują na komendy
prowadzącego. Są zwroty, koła, przejścia, zmiany miejsc, a czasem także
inscenizowany ślub – najczęściej dlatego, że pannę młodą trzeba było wydać za mąż,
choć pan młody podobno nie zawsze jest tym zachwycony.
Całość przypomina trochę połączenie tańca, przedstawienia i
bardzo wesołej lekcji wychowania fizycznego, podczas której nikt nie chce
siedzieć na ławce.
A skoro mamy kalendarzową zimę, trzeba się było również
odpowiednio rozgrzać. W rękach pojawiły się kubki z quentão – ciepłym napojem na bazie cachaçy.
Czyli brazylijska odpowiedź na nasz zimowy grzaniec.
My w grudniu, na jarmarkach bożonarodzeniowych, rozgrzewamy się winem z przyprawami. Brazylijczycy robią to w czerwcu, przy kalendarzowej zimie, tylko zamiast wina mają cachaçę. Klimat może inny, ale idea pozostaje ta sama: jeśli jest zimno, powiedzmy chlodno, to trzeba coś cieplego wypić, najlepiej w towarzystwie.
Bo niezależnie od szerokości geograficznej, tradycji i tego,
czy przez ulicę przechodzi orszak z bykiem, czy skaczemy przez sobótkowe
ognisko, ludowe świętowanie kończy się zazwyczaj podobnie. Muzyka cichnie, taniec się kończy, a człowiek zaczyna szukać
czegoś do jedzenia. Tu do wyboru, np.: zupy na bazie kukurydzy, canjica - deser z białej kukurydzy gotowanej z mlekiem, mlekiem skondensowanym i kokosem, pamonha - kukurydziana masa przygotowywana ze świeżej kukurydzy, zawijana w liście kukurydzy i gotowana -
na słodko lub na słono
No comments:
Post a Comment