Można morzem — tak mówią. Rzeczywiście, w czasie odpływu przejście wzdłuż wody jest możliwe. Ale trafiam na przypływ. Woda sięga powyżej pasa. A może i wyżej. Fale nie są groźne, ale stanowcze. Decyduję: nie dzisiaj. Nie chcę zaczynać spaceru od kąpieli z plecakiem nad głową.
Zostaje ścieżka przez wzgórze.
Tyle że ścieżka nie krzyczy „tędy!”. Nie ma wielkiego drogowskazu. Jest raczej domysłem. Wąskim prześwitem między krzakami. Intuicją. Trzeba chwilę poszukać, zawrócić, spojrzeć jeszcze raz. Ale jest. I prowadzi na drugą stronę.
A tam — Daniela. Dłuuuga. Płytka. Morze spokojne, niemal stojące. Idealne dla dzieci. I rzeczywiście — mnóstwo tu rodzin. Kolorowe parasole od słońca, torby z przekąskami, lodówki z napojami, dziecięce wiaderka, śmiech.Idę dalej. W siną dal. Daniela zdaje się nie kończyć. Każdy krok oddala mnie od skupisk ludzi. Głosy cichną. Parasole znikają. Jeszcze trochę. Jeszcze za zakręt.
I nagle jestem sama. Piasek przede mną pusty. Morze bez śladów stóp. Tylko wiatr i rytmiczny plusk wody. Czasem ktoś tu zajrzy. Z psem, który biegnie jakby odkrył własne królestwo.Lubię ten moment.
Kiedy z plaży rodzinnej robi się plaża prywatna.Kiedy wystarczy przejść trochę dalej, by znaleźć ciszę.
Kiedy droga nie jest oczywista, ale nagroda warta szukania.
Najpierw trzeba znaleźć przejście.
Potem można iść już tylko przed siebie.






No comments:
Post a Comment