Może dlatego, że jest w sam raz. Ani wąska, ani przesadnie szeroka. Ocean tutaj nie straszy falą — raczej zaprasza do długiego brodzenia w ciepłej wodzie. Można wejść, stać, rozmawiać, gestykulować, poprawiać włosy i nadal mieć wodę tylko do pasa. W sezonie hiszpański słychać częściej niż portugalski. Czasem mam wrażenie, że przekroczyłam niewidzialną granicę i jestem gdzieś między Buenos Aires a Montevideo.
Nie ma tu luksusowych willi ani modnych klubów plażowych. Są za to małe hotele, proste apartamenty na wynajem, lodziarnie, bary z pastel i restauracje serwujące świeże owoce morza. Plażowa codzienność w wersji południowoamerykańskiej.
Przechadzają się sprzedawcy queijo coalho, choripán, kukurydzy i krewetek na patyku. Dzieci budują zamki z piasku z pełnym zaangażowaniem architektów przyszłości. Starsi panowie grają w siatkówkę albo siedzą pod parasolami, obserwując świat z godnością ludzi, którzy już wszystko widzieli.
Pod wieczór światło robi się miękkie i złote. Parasole składają się powoli, ale życie wcale nie zwalnia — po prostu przenosi się do nadmorskich restauracji. Zapach smażonej ryby miesza się z bryzą oceanu, rozmowy robią się głośniejsze, a dzień miękko przechodzi w noc.

No comments:
Post a Comment