Dlatego leniwi lokalsi mówią Caraguá. Moją uwagę przyciągnęły dwa monumenty, które dumnie prężą się na okolicznych wzgórzach i sprawiają, że człowiek czuje się nagle bardzo mały:
Santo Antônio na Morro do Santo Antônio: Patron miasta czuwa nad wszystkimi z wysokości. Widok jest obłędny, ale sam posąg ma w sobie coś z mitycznego strażnika – jakby sprawdzał, czy na pewno wszyscy turyści posmarowali się kremem z filtrem.
Wielki Krzyż: Tuż obok, stanowiący idealny punkt orientacyjny dla każdego, kto potrafi zgubić się nawet na prostej drodze do plaży.
Tak czy inaczej wyglądają, jakby prowadzili ze sobą cichy dialog nad dachami miasta, pilnując, by nikt za bardzo nie rozrabiał na plaży.
Zamiast jednak bić pokłony posągom, ruszyłam na południe. Plan był prosty: iść brzegiem oceanu, aż stopy odmówią posłuszeństwa. Kolejne plaże mijały mi pod znakiem piasku w butach i zachwytu nad tym, co natura wyprawiała z paletą barw. Aż doszłam do domu Jorge.
Słońce tego dnia ewidentnie miało nadwyżkę pigmentu ofiarowanego wodzie. Mieniła się ona wszystkimi odcieniami turkusu i granatu, jakby ktoś wylał do oceanu gigantyczny transport farbek akwarelowych.
Sielanka trwała do momentu, gdy słońce postanowiło zrobić to, co robi najlepiej – spektakularnie „pójść spać”. Gigantyczne pasmo Serra do Mar (Góry Morskie) zadziałało jak wielka, zielona roleta. Gdy tylko tarcza słońca schowała się za szczytami, plaże w ułamku sekundy okryły się kojącym cieniem.
Zrobiło się momentalnie chłodniej (no, powiedzmy – z „patelni” na „ciepły piekarnik”), a ja w tym półmroku dotarłam wreszcie do progu Jorge, który tez włóczy się po świecie od lat, ale od siedmiu osiadł w Brazylii za sprawą żony.
Plaże w Caraguá ciągną się właściwie wzdłuż całego miasta, ale jedna z ostatnich na północnym krańcu jest szczególna – Praia da Pedra da Freira. Aby się do niej dostać, trzeba najpierw minąć małe molo, a potem wspiąć się na drewnianą kładkę i schodki, które wiją się malowniczo wśród skał i soczystej zieleni.
Idąc tamtędy, zafiksowałam się na punkcie słynnego „Aligatora”, czyli Pedra do Jacaré. I faktycznie – gad majaczy na horyzoncie, dobrze go stąd widać, ale wciąż jest beznadziejnie daleko. Gapię się więc w tę dal, mrużę oczy, analizuję kształt skały w oddali i prawie przegapiłabym to, co mam pod samym nosem!
Wystarczy się odwrócić. Dosłownie za moimi plecami wyrastała ona: Skała Zakonnicy (Pedra da Freira).
Legenda o zakazanej miłości
Jak na Brazylię przystało, za tym kamieniem stoi tragiczna historia. Codziennie wychodziła na ten brzeg, by wypatrywać jego łodzi wracającej z połowu. Jednak pewnego dnia morze postanowiło zatrzymać go na zawsze. Zrozpaczona kobieta, nie mogąc znieść bólu, skamieniała z tęsknoty, wciąż wpatrując się w ocean. I rzeczywiście – patrząc na ten głaz, można bez trudu dostrzec sylwetkę w habicie, zastygłą w wiecznym wyczekiwaniu.
A sama plaża? Ona nie jest po prostu mała. Ona jest maleńka. Mikroskopijna! To właściwie uroczy skrawek piasku wciśnięty między potężne głazy, gdzie fale zdają się szeptać miłosne sekrety prosto do ucha.















No comments:
Post a Comment