To wystarczy, żeby wiedzieć, co mnie czeka.
Kolejka stoi długa i pokręcona jak boa dusiciel, którego spotkałam w ekwadorskiej Amazonii. Zawija się, skręca, zawraca i wcale nie wygląda, jakby miała szybko zniknąć. Ale nie ma wyjścia – MASP to must see. Najsłynniejsze muzeum Sao Paulo (São Paulo). Punkt obowiązkowy. Nawet jeśli trzeba odstać swoje.
Na Avenidzie Paulista jego bryła zwraca uwagę od razu. Tego budynku nie da się pomylić z żadnym innym. Betonowy kolos zawieszony w powietrzu, oparty na czterech masywnych, czerwonych filarach. Pod nim – pusta przestrzeń, vão livre, plac, przez który przechodzi miasto: protesty, targi, spotkania, codzienne życie. Budynek nie stoi. Budynek wisi. Projekt Liny Bo Bardi – surowy, odważny, bez kompromisów. Modernizm w wersji brazylijskiej.
Wchodzę do środka i tu kolejna niespodzianka.
Nie ma labiryntu sal. Nie ma zwiedzania „od pokoju do pokoju”.
Jest jedna wielka sala.
Ogromna, otwarta przestrzeń, a w niej obrazy ustawione na szklanych sztalugach. Stoją w powietrzu. Bez ścian. Bez ramek przytwierdzonych do murów. Można obejść je dookoła, zajrzeć z tyłu, przeczytać opisy, a potem znów spojrzeć na twarz świętego, madonny albo zupełnie świeckiego bohatera. Sztuka nie jest tu przyklejona do ściany. Jest obecna. Na równych prawach.
To zderzenie robi wrażenie.Klasyczne malarstwo w brutalistycznym wnętrzu.
Europa, Brazylia, Afryka, różne epoki, różne style — wszystko razem, w jednej przestrzeni, bez hierarchii narzuconej korytarzami.
Ludzie krążą między obrazami jak po miejskim placu. Przypadkowe spotkania. Zatrzymania. Powroty. MASP nie prowadzi za rękę. Trzeba samemu zdecydować, gdzie się zatrzymać i na jak długo.
I chyba właśnie o to chodzi.
Wychodzę zmęczona, ale zadowolona.
Wtorek się opłacił. Boa dusiciel odpuszcza.
A MASP zostaje w głowie – nie tylko jako muzeum, ale jako doświadczenie przestrzeni.






No comments:
Post a Comment