Największe miasto południowej półkuli



Z okna samolotu ciągnęło się jak flaki z olejem. Z ziemi też się ciągnie, wieżowce, prawie eleganckie. Mury domów przyklejone do niewielkich wzgórz, mozaika materiałów budowlanych, szeroka paleta kolorów, gdzieś brakuje cegły albo pustaka, albo szyby w oknie. Nigdzie nie brakuje bezdomnych. Małe skwery między ulicami, chodniki wzdłuż ulic, na pewno wiadukty, nie wiem czy podbrzusze jakiegoś jest niezamieszkane. Bać się? Straszą ze wszystkich stron, że to największe na południowej półkuli miasto jest bardzo niebezpieczne, więc jestem ostrożna. Może trochę zbyt sparaliżowana strachem na początek, ale niepotrzebnie.

Dworzec, metro, jaki tu mają system biletów? Ach ok, są w maszynie pojedyncze papierowe. Wyjście z metra Palmeiras Barra Funda, nadchodzi zmrok i nadchodzą do metra ludzie wracający do domów. A ci, którzy nigdzie od długiego czasu się nie spieszą, leżą, patrzą, czekają na okazję? Ci, którzy zawsze śpią na tych chodnikach. Jedni mają problem z zasypianiem, inni nie mogą się obudzić. Oczy wydają się mieć obojętne, idę pewnym krokiem, wchodzę w miasto zaznaczyć je swoimi krokami. Z boku, nade mną otwarta dłoń jako część Pomnika Ameryki Łacińskiej Oscara Niemeyera, w Kurytybie pozostawił po sobie oko (Muzeum Niemeyera). Otwarta dłoń zawsze daje nadzieję - na powitanie, na przyjaźń. We wnętrzu dłoni czerwona plama kontynentu z czerwoną smugą ciągnącą się pod Ziemią Ognistą. Przypominają się sceny z filmu Carandiru, nie wiem dlaczego, bez związku. Po prostu czerwień spływająca ze schodów. Tak jak ta plama zakrywająca linie papilarne dłoni. Stacja metra Carandiru została daleko za mną na szlaku linii niebieskiej, zanim przesiadłam się na czerwoną.

Metro staje się jedną z ulubionych rzeczy w SP. W tym metropolitalnym ekspresie ludzie wszystkich typów, o różnych sylwetkach, twarzach i rozmiarach i każdy nosi i wozi ze sobą swój pakiet problemów. Cztery linie. Pulsujące główne żyły miasta, szybko mnie przenoszą z miejsca na miejsce i dają poczucie bezpieczeństwa, podobnie jak okolice stacji. Z wyjątkiem stacji „Se” po zmroku, lepiej wysiąść na którejś z sąsiednich, nikt o zdrowych zmysłach nie wychodzi ani nie wchodzi nocą do stacji Se. Tak, to tam gdzie katedra. Otoczona kordonem policji w ciągu dnia. Jak całe stare downtown, które przerażająco wygląda w niedzielne przedpołudnie, gdy wszystko jest zamknięte i ulice są w posiadaniu mieszkańców ulicy. Przejeżdżające samochody wolą nie zatrzymywać się na czerwonym świetle. Nie wszędzie jest policja, ale wszędzie może się znaleźć ktoś „szalony” po ckracku.

Dym, papiery i kurz przemieszczają się jak autostopem, bez celu. I ludzie którzy nie różnią się zbytnio od papierów, kurzu lub dymu. Szaleńcy i królowie ulic. Kobieta próbuje robić użytek z butelki po dezodorancie, zgodnie z jego przeznaczeniem. Jej ciało przy tym kręci się jak kulka w tej butelce. Nie chcę spotkać jej wzroku.

Mieszkańcy ulicy mają kunsztowne” mieszkania z kartonów i folii. Czasem jest to wiele pomieszczeń. Są nieźle skonstruowane, z niczego. Niektórzy mają namioty. Albo mają dwukołowe wózki. Sam wózek jest już schronieniem, to dach, który stojąc dyszlem w górę daje schronienie przed słońcem, nadkryty folią jest domem ze ścianami, którego deszcz nie zmorze. A ustawiony pod wiaduktem, jest twierdzą. Kochane wiadukty Sao Paulo, chodzi się tam z duszą na ramieniu, albo się nie chodzi.

Awenidą Paulo VI idę do Beco do Batman, przez środek ma chodnik do spacerów i biegania, jej pobocza obstawione są „mieszkaniami”. Pod wiaduktem jest „osiedle”. Wieczorem mogę się odważyć tylko na spacer awenidą Paulista, jedną z głównych alei miasta. Jest jak wąwóz między modernistycznymi, wysokimi budynkami. Na jego dnie, tuż na chodniku rozwija się inna architektura, powstają konstrukcje z kartonów i folii, pieczołowicie poskładana garderoba, starannie ułożone buty. Ktoś znalazł schronienie na nocleg w czterech ścianach banku, tam gdzie bankomaty. Pomiędzy wieżowcami, od czasu do czasu prześwitują zabytkowe rezydencje, nieliczne jakie zostały po ogłoszeniu o wejściu w życie następnego dnia prawa o ochronie tych domów i ich zabytkowym statusie. Wówczas jeszcze niemal cała aleja była pełna takich domów. Właściciele, przerażeni tym że nie będą mogli dokonać zmian w ich stylu, ani sprzedać terenu pod budowę wieżowca, wyburzyli je w ciągu jednej nocy, bądź doprowadzili do takiego stanu, że niemożliwa była restauracja.

Paulista to nowy downtown, rozciąga się na wzniesieniu. Schodzi w jedną stronę do parku Ibirapuera, wśród jednych z najdroższych apartamentowców, a w drugą w kierunku starego downtown. Jest największym z parków Sao Paulo. Ma imponującą powierzchnię, choć 2 razy mniejszą od Parku Centralnego w NJ. Czego tam nie ma, muzea, planetarium, sztuczne lodowisko, plac zabaw dla dzieci, ale gości przede wszystkim właścicieli psów spacerujących z nimi tam i z powrotem. A po jeziorze pływają czarne łabędzie. Obserwuję ich taniec przy brzegu, kiedy się myją.

Jest jeszcze najnowsze downtown. Tworzy się na południu miasta, w okolicach Ponte Estaiada.

A nad wszystkim góruje Jaragua, czyli władca doliny (w języku tupi), najwyższa góra w mieście, 1135 m. n.p.m., zachęca do wędrówek i gubienia się na swoich szlakach oraz podziwiania widoku na miasto i jest obojętna na los miejscowych Indian – Kilkuset Guarani żyje na niewielkiej powierzchni i od lat domaga się wyznaczenia granic swojej ziemi. Nie w smak to władzom miasta i deweloperom.







No comments:

Post a Comment

Ubatuba czyli jak nie zgubić się wśród stu plaż

Wjeżdżając od Taubaté, zjazd ku poziomowi morza odsłania widok, który trudno opisać – trzeba go przeżyć. Ubatuba to miejsce, gdzie morze spo...