A właściwie: drzemię, kołysana jazdą autobusu.
Budzę się co jakiś czas, bo przez okno wpadają światła — najpierw pojedyncze, potem coraz gęstsze. Jest czwarta rano. To już São Paulo. Miasto, które nigdy nie zasypia do końca, a już na pewno nie pozwala spać innym.
O piątej rano dzieje się tu coś na kształt cudu codzienności: punkty usługowe, jeszcze przed chwilą przykryte płachtami jak śpiące wieloryby, zaczynają się odsłaniać. Ktoś podnosi roletę, ktoś zapala światło, ktoś ustawia plastikowe krzesła. Miasto się przeciąga.
Ja tymczasem przesiadam się do kolejnego autobusu. Ruszamy dalej.
Wszystko płynie.
Drogi, linie budynków, ciągi świateł układają się w kompozycje. Do tego ruch samochodów i ludzi — sunących, płynących na spotkanie nowego dnia albo na wypełnienie go pracą, działaniami, pomysłami. Jeszcze spokojnie, jeszcze bez korków. Ruch łagodny, harmonijny. Z tych porannych trajektorii tworzą się piękne linie — niemal jak rysunek techniczny wykonany z pośpiechem, ale z wyczuciem.
I nagle: jestem w Dolinie Paraíby.
Czyli w Taubaté.
Miasto-legenda. Stolica literatury dziecięcej Brazylii — a wszystko za sprawą jednego człowieka: Monteiro Lobato. To stąd pochodził. Tu jest jego muzeum. Tu stoi jego pomnik na rondzie (bo w Brazylii ważni ludzie trafiają albo do muzeum, albo na rondo — najlepiej w oba miejsca naraz).
Lobato wywodził się z majątku położonego kilkadziesiąt kilometrów stąd. Jego fazenda została przekształcona w muzeum i — warto to powiedzieć jasno — to właśnie ono jest prawdziwie warte odwiedzenia. Nie tylko dla dzieci, nie tylko dla miłośników literatury.
Monteiro Lobato był autorem bajek i krótkich form narracyjnych, które czyta się w Brazylii do dziś. Pisał mądrze, z ironią, czasem boleśnie trafnie. Jedną z jego najbardziej znaczących mini-powieści jest Negrinha — krótka, ale zostająca w człowieku na długo.
A ja?
Ja wysiadam z autobusu.
Między snem a miastem.
Między nocą a dniem.
Między drogą a opowieścią.


No comments:
Post a Comment