Santo Antônio de Lisboa – ostrygi, zachody słońca i czarownice

Santo Antônio de Lisboa łączy się z Sambaqui – a sama nazwa brzmi jak taniec, ale pochodzi od kopców muszli, które przez wieki odkładały się na plaży. Czasem widać w nich skamieniałości zwierząt, a nawet pozostałości po dawnych społecznościach tubylczych, które żyły tu setki lat temu.

 


Drugą poznaną plażą była
 ta w dzielnicy 
Santo Antônio de LisboaMiejsce to słynie z ostryg – i to tak bardzo, że można odnieść wrażenie, iż poza nimi nic tu nie istnieje. Knajpa na knajpie, a w każdej menu zaczyna się i kończy na „ostra”. Jeśli ktoś ostryg nie lubi, to bywa kłopotliwe.

 Czasem sama natura wtrąci swoje trzy grosze: kiedy w wodzie pojawia się za dużo alg, które gromadzą toksyny, woda przybiera czerwonawy kolor i wtedy wstrzymuje się sprzedaż ostryg. Ale hodowla tych mięczaków to wciąż tutejsza tradycja, duma i sposób na życie.

Santo Antônio de Lisboa kusi też innymi atrakcjami – architekturą rodem z Azorów, ciasnymi uliczkami i domami, które wyglądają, jakby zatrzymały się w czasie. A jakby tego było mało, można dorzucić jeszcze jeden magnes: zachody słońca. Nie takie zwyczajne – tylko takie, które wyglądają jak pocztówka z raju.

To jednak nie tylko turystyczny obrazek. To także kawał historii – właśnie tutaj powstała pierwsza utwardzona droga w całym stanie Santa Catarina.

Santo Antônio de Lisboa to miejsce, w którym łączą się smaki, kolory, zachody słońca i historia. Można tu zjeść ostrygi, obejrzeć azorską architekturę, zrobić zdjęcie zachodowi i jeszcze poczuć, że stoi się na ziemi, która kryje w sobie opowieści sprzed wieków.

I tu dochodzimy do jeszcze jednej strony tej dzielnicy: magii i legend. To właśnie tutaj zaczęły krążyć opowieści o czarach i czarownicach, które przyczyniły się do tego, że wyspa Santa Catarina zyskała przydomek Wyspy Magii.
Wpływy azorskie – koloniści z Azorów przywieźli ze sobą folklor bogaty w historie o wiedźmach, duchach i mistycznych stworzeniach.
Wygnanie – w XVIII wieku na wyspę zesłano kobiety oskarżone o czary w Portugalii. Od tego momentu zaczęły narastać lokalne legendy.
Miejsca – w Santo Antônio de Lisboa można znaleźć Pedra da Bruxa, czyli Kamień Czarownicy, jedną z atrakcji turystycznych, która przywołuje te dawne opowieści.

Historie o czarownicach, przekazywane ustnie z pokolenia na pokolenie, stały się częścią tożsamości wyspy. Dziś wtapiają się w jej naturalne piękno, tworząc mieszankę smaków, kolorów, zachodów słońca i dawnych opowieści.




Które miasto ma najwięcej plaż na świecie?

Nie wiem. Ale jeśli ktoś powie „Florianópolis”, to nie będę się sprzeczać – bo tu plaża kończy się… kolejną plażą. Liczby też są względne: jedni mówią, że jest ich ponad czterdzieści, inni, że ponad pięćdziesiąt. Może zależy od tego, czy wlicza się te ukryte za zakrętem?

Moja pierwsza randka z plażą w „Floripie” to była Barra da Lagoa. I cóż miłość od pierwszego wejrzenia to nie była. Najpierw długa une affaire z parkowaniem – nigdzie nie ma miejsca. A potem tłum tak wielki, że żeby zobaczyć piasek, trzeba się trochę poprzedzierać między ciałami i ciałami.

Plaża wygląda jakby nie miała końca – i właściwie to prawda. Łączy się z sąsiednią Praia do Moçambique i razem ciągną się jakieś osiem kilometrów. Granicy między nimi nikt nie zauważył, ale chyba i tak nikomu to nie przeszkadza.

Żeby odpocząć od gwaru, idę pod latarnię na cyplu, między zatoką a kanałem prowadzącym do jeziora Conceição. Miejsce to wcale nie jest bezludne, ale ze względu na mniejsza powierzchnię pomieści mniej ludzi. Usiadłam na kamieniach i zamiast turystów podziwiałam motorówki, kilku rybaków i czaplę, która – w przeciwieństwie do mnie – wyglądała na całkiem zadowoloną z tego miejsca.

Barra da Lagoa to nie tylko plaża. To też kawałek historii: kiedyś była tu po prostu wioska rybacka. Ludzie mówili, że mieszkają „na Barra da Lagoa”, a plaża nosiła nazwę Praia da Lagoa. Do dziś wielu mieszkańców utrzymuje się z rybołówstwa, a molo to ulubione miejsce na wędkowanie – o każdej porze dnia.

A jeśli komuś mało atrakcji, to za kanałem i wzgórzem czekają naturalne baseny. Ścieżka prowadzi przez las, a na końcu czeka spokojniejszy świat – prima aprilis! Może czasem bywa spokojniejszy, ale nie w dni wolne.


São José – codzienność nad oceanem i historia ukryta w cieniu Florianópolis


Deptak Beira Mar żyje własnym rytmem. Rano królują na nim biegacze, wieczorem – po pracy – tłum znów wraca, żeby maszerować wzdłuż oceanu. To tutaj przeniosło się centrum São José – do nowej części miasta, z wieżowcami i gwarem codzienności.

Stare miasto odwiedza niewielu. A szkoda – bo tam wciąż czekają malowidła na posadzce molo, cichy kościół i nadbrzeżne leżaki ustawione tak, by patrzeć w stronę Florianópolis. Z portu rybackiego odchodzą już tylko nieliczni – więcej tu ptaków niż ludzi. 

Właśnie ta podłoga molo, która przybrała różnorodne kolory, stając się panelem, który przekazuje chronologię rozwoju miasta, urzekła mnie najbadziej.

Ostatni dzień roku zapamiętam szczególnie: odpływ odsłonił błotniste dno zatoki, a całe stada ptaków ruszyły na ucztę, dziobiąc w mule swoje świąteczne menu. Pod mostami – mieszkańcy, którzy znaleźli tu swoje miejsce do życia. Na trawnikach – hałaśliwy quero-quero, ptak o zakrzywionym dziobie, który wrzeszczy jak alarm samochodowy, gdy tylko jakiś pies podejdzie zbyt blisko jego młodych.


Ale São José to nie tylko współczesność. Nazwa miasta pochodzi od dnia św. Józefa – 19 marca, kiedy to przybyli tutaj Azorczycy, by bronić lądu przed Anglikami, Francuzami i Hiszpanami. Z czasem São José stało się ważnym punktem handlowym, bo Lages znalazło się na szlaku Caminho dos Tropeiros – drodze, którą prowadzone były stada bydła i konie, tworząc handlową sieć całego południa Brazylii.

Dziś São José żyje trochę w cieniu Florianópolis, ale ma swój własny puls – mieszankę nowoczesności, codziennej krzątaniny i historii, którą wciąż można usłyszeć, jeśli na chwilę przystanie się na starówce i posłucha szumu oceanu.







Brazylijski Nowy Rok

Sklepy odzieżowe już dawno zmieniły się w wystawy białych kreacji. Wszyscy podróżują – bo zbliża się koniec roku, bo lubią, a przede wszystkim, bo to znak statusu społecznego. A Brazylijczycy lubią to najbardziej! Ubierają się na biało, na szczęście. Ci bardziej przesądni dokładają do tego bieliznę w odpowiednim kolorze – żółta, rzecz jasna, by przyciągnąć bogactwo.

A żeby szczęście było jeszcze bliżej, Brazylijczycy kupują Mega da Virada – loterię na koniec roku, która obiecuje wielki zwrot w życiu. Kolejki do punktów sprzedaży ciągną się jak samba w karnawale – długa i rozgrzewająca. W puli jest 600 milionów reali, czyli tyle, że nawet najbardziej skąpi szczęścia by się nie oprzeć. Sabrina też kupiła los. Czeka niecierpliwie na wieczór, bo o 20:25 startuje losowanie. Zasiada z kartką i ołówkiem przed telewizorem, ale trafia tylko dwa numery. – „Luize, w tym roku dalej pozostajemy biednymi” – mówi do swojego kota, który najwyraźniej nie ma nic do powiedzenia.

Ci, którzy zostają w domu na wybrzeżu, przygotowują się na najazd rodziny – bo wiadomo, w Nowy Rok wszyscy chcą być razem (czy tego chcemy, czy nie).

W sylwestrowy wieczór w największych kurortach zaczynają się koncerty. O północy – dwanaście minut wybuchów kolorowego bum, bum! I wszyscy nagle zdają sobie sprawę, że to już – Nowy Rok! Wyczekiwany bardziej lub mniej, ale zabawa trwa dalej, dopóki sił starczy. Samba i pagode sertanejo.

Viva a festa! - czyli otwarcie sklepu

 
Tak sobie siedzę w tym interiorze czyli mówi się na prowincji, ale jakiej tam prowincji, w samym centrum miasta siedzę, a że to jest akurat na górce, to widzę więcej. Piję chimarrao i tak się przyglądam i przysłuchuje tutejszemu światu. Rankiem curokaki wrzeszczą, czasem mgła na araukarie nachodzi, saracura zawsze śpiewa przed deszczem. A czasem wielka festa się zdarzy jak otwarcie sklepu ze sprzętem agd, wtedy istne tańce hulanki, na ulicy się odbywają. Krzyk, zgiełk i muzyka okami wchodzą, a że okna cienkie, pojedyncze, to tym bardziej wchodzą i w żaden kąt się przed nimi nie schowam, by myśli pozbierać. Nie ma rady, trzeba wyjść z domu, do festy dołączyć, w loterii wziąć udział i takie tam. Viva a festa!

Ryżowe pola i polska dusza

Tort za 1000 reali? Dlaczego nie!

Po zjechaniu z gór Serra do Corupá krajobraz zmienia się jak w kalejdoskopie – z dzikich zakrętów i mglistych szczytów w krainę ryżu. Pola ryżowe rozciągają się po horyzont, jakby ktoś rozlał zieloną farbę na mapie Santa Catariny. Ze srebrnymi plamami - wody. I właśnie tam, wśród tych ryżowych połaci, rozkwita coś zupełnie innego niż rolnictwo – polska dusza.

W Massarandubie, miasteczku, które brzmi jak egzotyczny owoc, co roku we wrześniu odbywa się Polski Festyn – Festa Polonesa. I nie chodzi tu o skromne spotkanie przy kawie i serniku. To wydarzenie, które potrafi wzruszyć, rozbawić i… zgromadzić ludzi gotowych wyciągnąć z portfela 1000 reali za tort. Tak, dobrze czytasz – tysiąc reali! Za ciasto! Ale nie byle jakie – pachnące tradycją, nasączone dumą bycia Polakiem, choć już brazylijskim.

Plakaty, pierogi i pieczone marreco

Biało-czerwone plakaty z pierogami, kiszkami, gołąbkami i pieczonym marreco (lokalna kaczka) wskazywały drogę do malowniczo położonego kościoła Matki Boskiej Wspomożycielki Wiernych w dzielnicy Benjamin Constant. Wyglądał jak scenografia do filmu o emigracji – tylko zamiast nostalgii, czuć radość.

Msza po polsku i gęsia skórka

Docieram na miejsce, gdy msza po polsku juz się rozpoczęła! Chóry śpiewają z takim oddaniem i przejęciem, że aż łza kręci się w oku, albo pojawia się gęsia skórka – jak na dobrze przyprawionej kaczce. Wchodząc do kościoła, człowiek miał wrażenie, że teleportował się do Podkarpacia. Tylko stroje inne, jakieś pomieszane, w tym kaszubskie, ale duch pozostaje ten sam.

Festyn jak drzewo genealogiczne

Społeczność Massaranduby to żywy pomnik polskości. Msze, kuchnia, muzyka, tańce – wszystko w rytmie polskich serc. Festyn, który odbywa się co roku we wrześniu, w tym roku już po raz 25., to nie tylko zabawa, ale też lekcja historii i dumy polonijnej. Wybór królowej festynu, występy lokalnych zespołów i wzruszające chóry tworzą atmosferę, której nie da się podrobić.

Z dumą o tym mówi radny Joanir Lewandowski, który podkreśla, że mieszkańcy sami, z własnej inicjatywy i całkowicie wolontariacko zajmują się przygotowaniem festynu. „Z roku na rok jest coraz większy – bo ludzie czują, że to ich święto, ich historia i ich wspólnota” – dodaje z uśmiechem, który mówi więcej niż niejeden plakat z pierogiem.


Brazylijczycy z polskimi korzeniami porównują swoją społeczność do drzewa:

  • Korzenie – przodkowie, którzy przybyli tu z kuframi pełnymi marzeń i obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej

  • Pień – starsze pokolenie, które trzyma się tradycji jak barszcz czerwony świątecznego stołu

  • Gałęzie i owoce – dzieci i wnuki, które czerpią z tych korzeni tożsamość i dumę

Religia w kufrze, pierogi w żołądku, sentyment w sercu

To właśnie religijność była jednym z fundamentów, które Polacy przywieźli do Brazylii. Najpierw budowali domy, potem kościoły – bo bez duchowości nie ma tożsamości. Obok osobistych rzeczy w kufrach znajdował się obraz Matki Boskiej Częstochowskiej – symbol wiary i przynależności. I choć dziś zamiast furmanki mamy samochody, duch pozostał ten sam.

Powrót z pełnym sercem i żołądkiem

Wracam do Papanduvy z pełnym żołądkiem i uśmiechem, że w tak odległym zakątku świata polska kultura potrafi zakwitnąć nawet wśród ryżowych pól, a ludzie są chętni do rozmów do rozmów i wspomnień.


Niedziela pod kołdrą z mgły


Jesienny poranek w Papanduvie. Niedziela najwyraźniej nie chciała wstać – owinęła się w mgłę jak w grubą pierzynę i udawała, że jej nie ma. Siedzi tam uparcie, przykrywa całe miasto i okolice, jakby chciała, by ten dzień w ogóle nie wstał. A ja, zamiast zostać w łóżku i dać się tej aurze oszukać, wyruszyłam na caminhadę, czyli poranny spacer. a świat wokół wygląda jak w filmie, w którym ktoś przesadził z dymem scenicznym.

Miasto i okolice wyglądały jak zaczarowane. Pajęczyny, zamiast budzic grozę, zdobiły każdy krzak i płot, błyszczały w kropelkach rosy jak najbogatsza biżuteria. Żaden jubiler by tego nie wymyślił. Araukarie – te dostojne królowe południowej Brazylii – zdawały się chciwie spijać wilgoć z powietrza, jakby mgła była ich ulubionym napojem.

Krok za krokiem, mijając zamglone pola i podwórka, miałam wrażenie, że świat zwolnił i zasnął na siedząco. Psy, które zwykle szczekają na wszystko, tym razem tylko ziewały ospale. Kury siedziały nieruchomo jakby ktoś im powiedział: spokojnie, to tylko niedziela. mam wrażenie, że podglądam Papanduvę w jej najbardziej intymnym momencie – w porannym szlafroku z mgły.

A ja? Ja poczułam, że to mgła ma rację – że czasem warto się zatrzymać, pochodzić bez celu i po prostu podziwiać zwykłe-niezwykłe piękno poranka. Bo w tej ciszy i wilgoci kryje się coś, czego nie znajdzie się ani w muzeach, ani w galeriach.

Bo jesień w Brazylii to zupełnie inna historia niż ta znana mi z Polski. Tam jesień to złote liście, kasztany w kieszeni i pierwsze chłody, które każą wyciągać swetry z szafy. Tu – w Papanduvie – jesień pachnie wilgocią, owija się mgłą i każe patrzeć pod nogi, żeby nie przegapić pajęczyny zamienionej w kryształowy naszyjnik, ale też by wypatrzeć orzechy araukarii. Wielkie szyszki rozbiły się na drodze i rozsypały swoje skarby. Na szczęście zdążą się ugotować akurat do popołudniowej kawy – idealna niedzielna przekąska, podarowana przez samą naturę.

Peruíbe – ruiny, UFO i zamek Niemca oraz Polak


Peruíbe to miejsce znane w Brazylii z… kontaktów z UFO. Ale oprócz kosmicznych historii można tu znaleźć także ruiny jednego z pierwszych kościołów w kraju i Polaka grającego na misach tybetańskich.

Plaże, ruiny, kosmici, a nawet tajemniczy zamek Niemca sprawiają, że każda wizyta jest jak mała przygoda między historią a legendą.

Stary klasztor w dzielnicy Abarebebê pochodzi prawdopodobnie z połowy XVI wieku. Został zbudowany przez jezuitów, którzy zakładali misję w osadzie São João Batista de Peruíbe. To tutaj gromadzono rdzenną ludność, by – zgodnie z wolą Korony Portugalskiej – „nawracać i cywilizować”. Misja działała do 1804 roku.

Nazwa Abarebebê w języku tupi oznacza „latający ksiądz”. Tak nazywano jezuickiego misjonarza Leonardo Nunesa, który – jak opowiadali Indianie – potrafił być w kilku miejscach jednocześnie.

Ruiny w Abarebebê uznano za pierwsze muzeum na wolnym powietrzu w regionie, a obok powstała sala wystawowa imienia księdza Nunesa. Niestety od lat teren jest zamknięty z powodu renowacji. Kiedy się zakończy? Nie wiadomo.

Za to na plaży spotkałam Polaka. Przygnał go tutaj poryw serca – gra na gongach i misach tybetańskich, próbuje ułożyć sobie życie nad oceanem. Mówi, że dobrze mu tu.

A plaże? Główna, miejska – długa, otwarta, bez tajemnic. Skarby kryją się dopiero za wzgórzem. Droga na południe wspina się, potem opada, prowadząc do małych zatoczek i spokojnych plaż. No, chyba że jest niedziela – wtedy i one się zapełniają.

Jest też miejsce, które podsyca wyobraźnię – Castelinho do Alemão, czyli Zamek Niemca (czasem zwany też „zamkiem nazisty”). Stoi na małym półwyspie nad Prainhą i budzi tyle samo zachwytu, co strachu.

Mówią, że w jego oknach nocą pojawia się czarodziej, że wnętrze kryje włócznie, pułapki, krzyże, herby, a nawet średniowieczny loch. Krążą opowieści o duchach, zjawi­s­kach i istotach pozaziemskich. Nie wiem, ile w tym prawdy. Ale jedno jest pewne – tajemnicza aura Castelinho doskonale współgra z pięknym widokiem na ocean.

Peruíbe to miejsce, w którym historia, legenda i natura spotykają się na każdym kroku. Tu zawsze coś się dzieje – nawet jeśli tylko w wyobraźni. I życie się toczy, raz szybciej, raz wolniej, jak morskie fale. Na plaży caipirinha, na targowisku camarao, a wieczorem tańczy się forro najlepiej w barze w sąsiednim Itanhaem.

Joinville – miasto wiecznej mżawki


Joinville czyli wesołe miasto o zapachu wilgoci – tej z domów i tej unoszącej się w gorącym, a właściwie wilgotnym klimacie. Bardziej mokrym niż gorącym.

Francuski książę, który ożenił się z portugalską księżniczką, dostał te ziemie w prezencie ślubnym. Romantyczna historia na start, a potem codzienność: chmury.

To najbardziej pochmurne miasto regionu. I rzeczywiście – szaro, mży, słońca ani śladu. Czekam. Postanawiam nie wyjeżdżać, dopóki się nie pokaże. W centrum świecą już świąteczne dekoracje, na ulicy palm prowadzącej do dawnego pałacu książęcego, gdzie dziś mieści się muzeum imigracji i kolonizacji. Ale deszcz nie odpuszcza.

Kolejny dzień – znowu mżawka. Dopiero po południu wychodzę na wzgórze Boa Vista. Widok imponujący. I nagle – słońce! Wystarczy. Mogę wyjeżdżać.

Chyba nic więcej mnie tu nie zauroczy. To najliczniejsze miasto stanu Santa Catarina zamieszkuje liczna grupa potomków Niemców, (spotkany C. Kowalski, wyrobil sobie wloski paszport po matce), charakterystycznym elementem miasta jest holenderski wiatrak, w listopadzie święto kwiatów w pawilonie nieopodal wiatraka, a w lipcu międzynarodowy festiwal tańca. Ale dla mnie – to miasto mżawki i krótkich przebłyskow słońca.

Cavalgada da Fé – wiara w siodle

Gauchos z Santa Catariny, Parany i Rio Grande do Sul, konie, barwne stroje i religijny nastrój przeplatający się z lokalnym folklorem – tak wygląda Cavalgada da Fé w Papanduvie, czyli Kawalgada Wiary.

W tym roku odbyła się już 11. edycja wydarzenia. Organizują je z pasją małżeństwo Sidney i Cacilde, spełniając tym samym wielkie marzenie śp. ojca Sidneya.

Cavalgada trwa kilka dni – od czwartku do Niedzieli Palmowej. W tym czasie uczestnicy pokonują ponad 60 kilometrów malowniczych tras w wiejskich okolicach Papanduvy. Finał zawsze odbywa się w kościele parafialnym – w tym roku dojechało tam ponad 150 jeźdźców.

Trasa wiedzie przez lokalne osady, drogami i bezdrożami, a przystanki wyznaczają kościoły i kaplice. Przy każdej z nich dana społeczność przygotowuje inscenizację jednej ze stacji Drogi Krzyżowej. Najbardziej zapadła mi w pamięć prezentacja przed kaplicą Nossa Senhora de Fátima – mieszkańcy tej dzielnicy pokazali ogromne zaangażowanie i emocje.

Cavalgada da Fé to coś więcej niż tylko przejażdżka konna. To żywa tradycja regionu, łącząca w sobie dawną kulturę jeździecką osadników z duchowością chrześcijańską. To rekreacja, pielgrzymka i wspólne przeżycie, które scala lokalną społeczność.

W Brazylii „Cavalgada da Fé” ma charakter pielgrzymki religijnej, tyle że zamiast iść pieszo, uczestnicy jadą konno. W tłumaczeniu na polski wyrażenie konna pielgrzymka wiary najlepiej oddaje sens tego wydarzenia. 

W Polsce mamy długą tradycję pielgrzymek pieszych (np. na Jasną Górę w Częstochowie) – są one przeżyciem duchowym, okazją do modlitwy, refleksji i wspólnoty. W Brazylii funkcja jest bardzo podobna, ale forma inna, bo odwołuje się do lokalnej tradycji jeździeckiej. Koń ma tam znaczenie kulturowe i historyczne – w codziennym życiu osadników był niezbędny, a dziś stał się także symbolem drogi, wysiłku i wspólnoty w wierze.







Zakończenie szkoły. Pokaz mody? Wybory miss?

Tak to właśnie wygląda.

O 18:30 zaczyna się wielka gala – nie w szkolnej sali gimnastycznej, tylko w salonie parafialnym, czyli lokalnej sali imprez. Naszej sali imprez.

Absolwentki idą przez wybieg jak kandydatki w wyborach miss. Suknie – jedna w jedna jak z katalogu. Każda zatrzymuje się na środku, pozując do zdjęcia, potem zajmuje miejsce na ustawionych na scenie krzesłach. To samo uczniowie. I tak – dziewięćdziesiąt razy.

Potem kolejna runda zdjęć: z nauczycielami, z dyplomem, z kolegami z klasy. Jeszcze jedno na wybiegu. Jeszcze podziękowania – Bogu, nauczycielom, rodzicom – wręczane czerwonymi różami.

Mija prawie trzy godziny. Wszyscy wracają do domów, zjeść coś, bo o 23:00 zaczynają się tańce. Najpierw trzeba przepuścić przez drzwi długą kolejkę gości z zaproszeniami. Sala znów pełna. Dziewczyny prezentują przygotowany układ taneczny. Potem każdy z uczniów zaprasza do tańca któregoś z rodziców – i od tej chwili wszyscy tańczą ze wszystkimi. Atmosfera coraz lżejsza, muzyka coraz głośniejsza. Tańce do świtu.

Jedna z uczennic kończy 18 lat. Zamprasza mnie za tydzień do siebie na osiemnastkę. Weszli w dorosłe życie. Rodzice w swoich przemówieniach przypominaja, że zawsze mogą skorzystać z ich życiowego doświadczenia.
 

Wigilia z kurczako-indykiem i hazardowe Boże Narodzenie


Brazylijska Wigilia wygląda zupełnie inaczej niż ta, którą pamiętam z Polski. Na stole króluje wielki ni to kurczak ni to indyk. Genetycznie „podrasowana” hybryda, z ogromną piersią, podawany z dowolnymi dodatkami – według gustu gospodarzy, a nie według tradycji.

Nie ma zwyczaju czekania na pierwszą gwiazdkę – musieliby wytrzymać do 20.00. Zresztą i tak wielu zaczyna dopiero po mszy, która zwykle jest o tej godzinie. Czasem wcześniej, czasem później – zależy od miejsca. A jeśli ludzie nie przychodzą o północy, księża też nie mają ochoty odprawiać pasterki.

Dekoracje? Dużo drobiazgów, ale dużej choinki ze świecącymi lampkami – tej, która u mojej mamy zawsze zasłaniała pół okna – długo szukałam. W końcu znalazłam u Cláudio. Tyle że… obciął jej górę, bo chciał pod sufitem zawiesić ozdoby. Efekt: choinka ucięta w połowie. A choinka bez czubka to już dla mnie nie choinka.

Prezenty pojawiają się pod choinką oczywiście wieczorem. Za to w ciągu dnia można spotkać Mikołajów jeżdżących po mieście – a ja biegam wtedy od okna do okna, żeby żadnego nie przegapić. Raz wiatr zatrzasnął mi drzwi, klamki wypadły, i zostałam zamknięta w pokoju. Tylko stosy ubrań na krzesłach. Wyczekiwałam kolejnego Mikołaja pod oknem, żeby zawołać o pomoc… ale w końcu udało mi się wydostać, dzięki metalowemu wieszakowi.

Na obiedzie bożonarodzeniowym u Moniki w Sao Bento – rodzinna gra hazardowa. Każdy wrzuca do koszyka czekoladę i 20 reali. Na kartkach zapisujemy imiona uczestników. Losowanie zaczyna się: kto zostanie wylosowany, wybiera sobie czekoladę i odpada z gry. Ostatni gracz zgarnia całą kasę. Bruna zbierała na wesele – niestety, odpadła przedostatnia i była bardzo rozczarowana.

Tak wyglądają brazylijskie Święta – mniej tradycji, więcej improwizacji i sporo emocji, ale są też domy, takie jak u Luizy w Papanduvie, gdzie w Wigilię o 17.00 jest nakryty stół i są pierogi, bezmięsne goląbki i opłatek, jeśli przypałęta się gość z Polski.

Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy!

Bardzo ważne są stroje. W czasie Bożęgo Narodzenia dominuje czerwony, a na Nowy Rok trzeba ubrać się na biało, by zapewnić sobie pomyślność w nadchodzącym roku!


Początki portu w Santos


Błądzę dalej po mieście, by odkrywać jego historię.

Zanim Santos stało się największym portem Ameryki Łacińskiej, jego początki były skromne – i ciężkie. Zwierzęta juczne mozolnie schodziły ścieżkami, dźwigając na grzbietach ciężkie worki z cukrem – „białym złotem tropików”. Cukier pochodził z licznych cukrowni, założonych przez kolonistów, którym Martim Afonso de Sousa przyznał nadania ziemskie.

Inne ładunki docierały łodziami przez kanały Cubatão lub wzdłuż zachodniego brzegu wyspy São Vicente. Tam przeładowywano je na żaglowce, które zabierały towar do Portugalii. Cukier sprzedawano po wysokiej cenie – bogacili się producenci, beneficjenci i sama Korona.

Ale po upadku cukrowni nastały trudne czasy. Dopiero po uzyskaniu przez Brazylię niepodległości w 1822 roku i konsolidacji Imperium port Santos odzyskał znaczenie. Nowym „złotem” stała się kawa. To ona uczyniła z niepozornego portu gracza o światowym znaczeniu.

Dziś ślady tej historii widać w samym sercu miasta. Giełda Kawy – dawniej centrum światowego handlu, dziś muzeum – pozwala zajrzeć w epokę, gdy Santos pachniało kawą bardziej niż gdziekolwiek indziej. Wystarczy przejść się po uliczkach lub wskoczyć do tramwaju turystycznego „bonde” (15 minut za 7,50 reala), który startuje sprzed zabytkowej stacji kolejowej naprzeciw muzeum Pelé.

Kto woli panoramy, może wspiąć się pieszo na Monte Serrat albo wjechać kolejką linową (30 reali). Stąd rozciąga się najlepszy widok na port i całe miasto.

Ale Santos to nie tylko handel i praca. To także historie o piratach i cudach. W 1591 roku angielski korsarz Thomas Cavendish złupił miasto, a mieszkańcy szukali schronienia na wzgórzach. Według legendy, na Monte Serrat – w kaplicy z obrazem Matki Boskiej Montserrat – wydarzył się cud: osuwisko zatrzymało piratów i ocaliło uciekinierów. Od tej pory Matka Boska z Monte Serrat jest patronką miasta, a jej święto obchodzone jest 8 września.

Niestety Cavendish zniszczył również Outeiro de Santa Catarina i Engenho dos Erasmos, co poważnie osłabiło rodzącą się gospodarkę opartą na trzcinie cukrowej w kapitanii São Vicente
.

Ubatuba czyli jak nie zgubić się wśród stu plaż

Wjeżdżając od Taubaté, zjazd ku poziomowi morza odsłania widok, który trudno opisać – trzeba go przeżyć. Ubatuba to miejsce, gdzie morze spo...