Santo Antônio do Pinhal, czyli miasteczko, któremu niczego nie brakuje (choć niby nic nie ma)

Wreszcie Serra da Mantiqueira.
Drugi najdłuższy łańcuch górski Brazylii — i od razu wiadomo, że to nie będzie zwykły przystanek. Powietrze inne. Serra da Mantiqueira wdzięczy się i jakby rywalizuje z Serra do Mar o to, która z nich może pochwalić się bogatszym repertuarem roślin. Na pierwszy rzut oka są podobne, a jednak każda ma swój własny charakter i inne niuanse zieleni. A ja czuję się jak w domu, widząc znów araukarie.

Na wjeździe do Santo Antônio do Pinhal wita mnie budynek informacji turystycznej. Zamknięty. Trochę jak zapowiedź: „radź sobie sam”. Paradoksalnie — turystów to zupełnie nie zniechęca. Może nawet działa jak wyzwanie.

Na koniec Pico Agudo — punkt widokowy na wysokości 1634 m n.p.m. Jeśli ma się szczęście 
i dobrą widoczność, widać Taubaté, sporą część Doliny Paraíby, aż po Serra do Mar. Z drugiej

strony — Mantiqueira z charakterystyczną Pedrą do Baú, najbardziej rozpoznawalnym szczytem regionu.

To miasteczko turystyczne. Małe. Około 7 tysięcy mieszkańców, z czego połowa mieszka „w samym miasteczku”, a reszta rozsypana po okolicznych wzgórzach. Żyje z turystyki — i to widać od razu. Restauracje, pousady, sklepy z pamiątkami, ogród botaniczny. Wszystko gotowe na gości.


A jednak - jest tu też coś więcej.


Od czasu do czasu odbywają się warsztaty. Na przykład filozoficzne Arte do Amor. Brzmi pięknie, trochę enigmatycznie. O co chodzi? O to by dawać. Produkować. Zmienić siebie tak, by móc dawać — albo wytwarzać coś, co ma sens. Z taką lekcją się stąd wychodzi. I to pasuje do miejsca.

Santo Antônio do Pinhal powstało wokół stacji kolejowej Eugênio Lefèvre, na linii łączącej Pindamonhangabę z Campos do Jordão. Dziś po pociągach zostały wspomnienia, a sama stacja stała się knajpą. Oczywiście. Bo w Brazylii wszystko, co nie jeździ, w końcu serwuje kawę.

Miasteczko wygląda, jakby „nic nie miało”. A jednocześnie niczego mu nie brakuje. Poziom usług zaskakująco wysoki. Paradoks turystyczny polega na tym, że wszyscy robią to samo — więc czy naprawdę da się tu zarobić? Nadmiar podobnych biznesów sprawia, że każdy walczy o swoje, a w rezultacie wszyscy trochę biedni. Ale za to z uśmiechem.

Liczba dobrych restauracji w tak małym miejscu jest imponująca. Ale jeszcze bardziej imponuje obecność prawdziwej księgarni. Mało tego — księgarnio-kawiarni, w której podają najlepsze cappuccino w okolicy. 

Za miastem zaczynają się kolejne atrakcje. Restauracja w lesie Sítio Matão (czyli po prostu: lesisko), z jeziorkiem do łowienia ryb. W weekendy — zamknięta. Logiczne. Właściciele też mają prawo mieć weekend. Konkurencja rośnie bliżej miasta: kolejne jeziorka, bajery, atrakcje dla dzieci, piękne stanowiska wędkarskie i mini-zoo z domowymi zwierzętami. Turystyka w wersji rodzinnej.

W ogrodzie botanicznym rośnie pau-brasil. Drzewo, od którego Brazylia wzięła nazwę. Patrzy na mnie, jakby chciało powiedzieć: „pamiętaj o mnie”. Jak gdyby bało się, że może wyginąć  i prosiło o ochronę.

Stoję i patrzę.

Santo Antônio do Pinhal to miasteczko, które nie krzyczy atrakcjami.
Ono raczej mówi: „zostań chwilę”.
A potem zostajesz dłużej, niż planowałeś.

Między snem a São Paulo

Znów śpię.
A właściwie: drzemię, kołysana jazdą autobusu.

Budzę się co jakiś czas, bo przez okno wpadają światła — najpierw pojedyncze, potem coraz gęstsze. Jest czwarta rano. To już São Paulo. Miasto, które nigdy nie zasypia do końca, a już na pewno nie pozwala spać innym.

O piątej rano dzieje się tu coś na kształt cudu codzienności: punkty usługowe, jeszcze przed chwilą przykryte płachtami jak śpiące wieloryby, zaczynają się odsłaniać. Ktoś podnosi roletę, ktoś zapala światło, ktoś ustawia plastikowe krzesła. Miasto się przeciąga.

Ja tymczasem przesiadam się do kolejnego autobusu. Ruszamy dalej.

Wszystko płynie.
Drogi, linie budynków, ciągi świateł układają się w kompozycje. Do tego ruch samochodów i ludzi — sunących, płynących na spotkanie nowego dnia albo na wypełnienie go pracą, działaniami, pomysłami. Jeszcze spokojnie, jeszcze bez korków. Ruch łagodny, harmonijny. Z tych porannych trajektorii tworzą się piękne linie — niemal jak rysunek techniczny wykonany z pośpiechem, ale z wyczuciem.

I nagle: jestem w Dolinie Paraíby.

Czyli w Taubaté.

Miasto-legenda. Stolica literatury dziecięcej Brazylii — a wszystko za sprawą jednego człowieka: Monteiro Lobato. To stąd pochodził. Tu jest jego muzeum. Tu stoi jego pomnik na rondzie (bo w Brazylii ważni ludzie trafiają albo do muzeum, albo na rondo — najlepiej w oba miejsca naraz).

Lobato wywodził się z majątku położonego kilkadziesiąt kilometrów stąd. Jego fazenda została przekształcona w muzeum i — warto to powiedzieć jasno — to właśnie ono jest prawdziwie warte odwiedzenia. Nie tylko dla dzieci, nie tylko dla miłośników literatury.

Monteiro Lobato był autorem bajek i krótkich form narracyjnych, które czyta się w Brazylii do dziś. Pisał mądrze, z ironią, czasem boleśnie trafnie. Jedną z jego najbardziej znaczących mini-powieści jest Negrinha — krótka, ale zostająca w człowieku na długo.

A ja?
Ja wysiadam z autobusu.

Między snem a miastem.
Między nocą a dniem.
Między drogą a opowieścią.

Zjazd do poziomu morza, czyli Matinhos i jego małe cuda


Lubię zawsze zjechać do poziomu morza. Człowiek od razu oddycha inaczej — jakby mózg dostał dodatkową porcję tlenu, a ciało przełączyło się na tryb: „relaks natychmiastowy, proszę się nie opierać”.
Droga do Matinhos biegnie wzdłuż ściany lasu atlantyckiego. Gęstego, zuchwałego, zielonego jak farba olejna kupiona w promocji.

A na tle tej całej zieleni — niespodzianka.
Co jakiś czas pojawiają się różowe bananowce. Rośliny, które jakby zapomniały instrukcji obsługi i postanowiły rosnąć po swojemu. U nich wszystko jest odwrotnie: kwiaty rosną do góry, zupełnie na przekór zwykłym bananowcom. 

Im niżej, tym powietrze cieplejsze, jakby ktoś stopniowo podkręcał termostat. Mgły wiją się nad Serra do Mar, czyli Górami Morskimi, zawieszając się na ich szczytach jak watolina, którą zapomniał zabrać scenograf filmowy. Człowiek patrzy i czuje, że powoli zjeżdża z klimatu „górska zaduma” do „nadmorska lekkość bytu”.

Człowiek patrzy i myśli:
„No dobrze, Brazylio, rozumiem, chcesz mi pokazać, że natura rządzi, a my tylko gościnnie tu parkujemy.”

Na dole czekają plaże, łodzie, rybacy, piasek, skały — ot, zwykły nadmorski krajobraz. Ale jak to w Brazylii bywa, „zwykły” ma tutaj inne znaczenie niż w słowniku. Bo jest tu też perełka, taka, o której nie wszyscy wiedzą: zatoka Guaraiba.

Na drewnianym pomoście kraby uciekają spod nóg z godnością obrażonych dam, które nie życzą sobie paparazzi. Ptaki chowają się w zaroślach, ale obserwują cię tym swoim podejrzliwym spojrzeniem, które mówi: „Widzimy cię, nie rób głupstw.”

Wilgoć, ciepło, zapachy roślinności — wszystko to tworzy atmosferę miejsca, które nie stara się być spektakularne. Ono po prostu jest piękne, trochę dzikie i zupełnie niezmanierowane.

W powietrzu pachnie słoną wodą i roślinnością, która ma swoje zdanie i nie boi się go wyrazić. A człowiek stoi tam i myśli, że życie jest jak te kraby — niby ucieka, ale jeśli dobrze popatrzeć, to można je dogonić.

I zanim skończą budowę mostu nad zatoką, pozostaje klasyczna przeprawa promowa. Człowiek czuje się trochę jak bohater dawnych opowieści, który jedzie odkrywać nowe lądy, choć tak naprawdę chce tylko dotrzeć do miasta Guaraíba. Prom sunie powoli, ale dumnie, jakby mówił: „Most mostem, a ja i tak jestem atrakcją.”

Zatoka Guaraiba nie ma ambicji zostania światową atrakcją. Ona po prostu jest — spokojna, piękna, trochę dzika. I może dlatego tak bardzo zostaje w pamięci.

Bo niektóre miejsca mówią do nas szeptem.
A te szeptane historie zostają najdłużej.




Jak ziemia się rozstępuje, a człowiek wkłada tytoń. Kronika z pola


Szyjka się rozwiera, „ziemia rozstępuje”, sadzonka wpada, szyjka się zawiera. I tak kilkanaście albo kilkadziesiąt tysięcy razy. Ot, sadzenie tytoniu. Dla niewtajemniczonych brzmi jak prosta czynność — dopóki nie spróbuje się jej wykonać własnoręcznie.

Ja spróbowałam. I „proszę państwa”, wsadziłam około tysiąca sadzonek. Tysiąc! Oczywiście nie pracowałam sama. Towarzyszyła mi Jacinta — a sadzenie tytoniu to zadanie dla duetu. Jedna rozwiera i zamyka urządzenie, a druga wrzuca sadzonki po jednej. Urządzenie do sadzenia sadzonek tytoniu — proste, ale genialne. Działa jak mechaniczna szczęka: rozwiera się, ziemia otwiera, sadzonka wpada, a narzędzie zamyka się z powrotem. I najważniejsze: nie trzeba się schylać! Dzięki temu sadzenie tysięcy sadzonek jest szybsze, a plecy mniej cierpią. I tak człowiek idzie wzdłuż rządków, jakby maszerował defiladę na cześć rolnictwa.

Rządki są przygotowane, ozdobione kolorowym nawozem. Wygląda to trochę tak, jakby ktoś chciał udekorować pole na urodziny. I używa go dużo. Czasem idzie się lekko w górę, czasem lekko w dół, jakby pole miało swoje nastroje. A czas mija. Dopiero kiedy kładę się wieczorem, odkrywam brutalną prawdę: „czuję to w krzyżu”.
Ramiona też protestują, ale krzyż śpiewa cały repertuar.

I tak, proszę państwa, nie zauważyłam nawet, kiedy minęły prawie dwa miesiące od sadzenia. Sadzonki urosły, pola są zielone, nawozów już nie widać, a my niedługo zaczynamy zbieranie.Czas ma dziwną naturę. Nikt go nie widzi, a on jednak biegnie.




Fioletowe dywany i ślady wielkiej wody czyli Porto Alegre

Droga z Santa Rosa do Porto Alegre zaczyna się niewinnie. „Uwaga, dziura przed tobą” — ostrzega nawigacja, jakby chciała mnie przygotować na kolejne niespodzianki. Przy poboczu ciągną się fioletowe dywany z opadłych kwiatów ipe, a gdzieniegdzie wyrastają dumne araukarie. Gdy kończą się falujące wzgórza złoconych pól, zaczynają się inne — porośnięte poplątaną roślinnością lasu atlantyckiego.

W okolicach dworca autobusowego Porto Alegre nocą samo miasto, już bez pomocy GPS-u, szepcze: uważaj. Tu za każdym rogiem może wydarzyć się wszystko, co później trafia do kronik kryminalnych.

Za dnia jednak to zupełnie inna opowieść. Słońce odsłania fioletowe dywany w parkach i na trawnikach. W Parku Farroupilha żółwie przytulają się nad stawem, jakby miały własne historie do opowiedzenia. Nie posłucham, ale mogę się poprzyglądac ich czułościom.Księgarnie kuszą chłodem i zapachem papieru, a na placach stragany targów książki walczą o uwagę przechodniów. Katedra pyszni się malowidłami, próbując przyćmić urok mniejszych, bardziej kameralnych kościołów.

Stowarzyszenie polonijne Orzeł Biały powoli otrząsa się z ubiegłorocznej powodzi. Straty są odrabiane, restauracja jak zawsze zaprasza na codzienne obiady, a sala balowa w piątki na potańcówki. Powódź pamięta też tzw. „polski kościół”, w którym urzęduje ks. Zdzisław Malczewski. Remont, wykonany w pośpiechu, woła o poprawkę — mniej nasłoneczniona ściana nadal nie wyschła. Ks. Zdzisław, niestrudzony, na pięterku swojego biura przekopuje się przez tomy dokumentów i zapisuje dzieje Polonii w Brazylii.

Wielką wodę pamięta również dom Davida o polskim nazwisku. Uratował przedwieczną, drewnianą komodę — świadectwo, jak wytrzymałe potrafi być brazylijskie drewno. Resztę wymienił. Do dziś płacze po utraconych książkach. Co może zrobić? Siedzi przy basenie, patrzy w gwiazdy, popija chimarrão i myśli o pierogach, które robiła jego babcia. Aż robi się głodny. Zamawia sushi, ale nadal tęskni za pierogami.

Jezioro Guaíba niesie spokojnie wodny tramwaj, który łączy Porto Alegre z Guaíbą szybciej niż jakakolwiek droga. Nadjeziorny deptak w Guaíba oferuje szeroki widok na przeciwległy brzeg, a orla Porto Alegre kryje plaże słodkowodne: Praia do Lami na południu oraz Praia de Ipanema — nie do kąpieli, ale idealną na zachody słońca.

Wody jeziora lekko się kołyszą, a skrzydła wiatraka w parku Moinhos de Vento stoją nieruchomo. Żółwie wygrzewają się nad stawem. Krzewy odbijają się w wodzie. Tu można złapać oddech od zgiełku miasta.

Porto Alegre to mieszanka kulturowa, etniczna, religijna i językowa, widoczna w każdym fragmencie architektury. Portugalczycy dostosowywali swój styl do materiałów, które tu zastali. Miasto to również eklektyzm, art déco, secesja — aż po linie przypominające Níemeyera.





Passo Fundo – gdzie ławki czytają książki

 "Przejście przez głęboką rzekę” — tak właśnie tłumaczy się nazwę Passo Fundo. Kiedyś był to strategiczny brod, którym pasterze bydła przepędzali swoje krowy z jednego brzegu na drugi. Dziś krowy zastąpiły autobusy, a brod — dworzec, przez który przejeżdża pół stanu. 

Miasto nadal jest miejscem, które się przechodzi, ale coraz częściej także takim, w którym warto się zatrzymać na dłużej.A gdy już się zatrzymasz, szybko zrozumiesz, że w Passo Fundo coś jest… na rzeczy. Na przykład litery.
Są wszędzie.
Na placach, na skwerach sa instalacje w formie tuneli, drzew, rzeźb, a nawet ławek, które wyglądają, jakby właśnie przerwały czytanie, żeby dać ci usiąść.

Z początku można pomyśleć, że to jakiś lokalny alfabet, który uciekł z podręcznika i postanowił żyć własnym życiem. Ale nie — to wszystko jest bardzo oficjalne. Passo Fundo dumnie nosi tytuł brazylijskiej stolicy literatury.

A skąd takie literackie uniesienie?
Wszystko zaczęło się w 1981 roku, kiedy to po raz pierwszy zorganizowano tu Jornada Nacional de Literatura. Przez dziesięciolecia było to jedno z największych wydarzeń literackich w Ameryce Łacińskiej.

Dziś Jornada nie ma już formy jednego potężnego festiwalu – zamiast tego Passo Fundo postanowiło prowadzić literacki maraton całoroczny. Warsztaty, debaty, wystawy, akcje czytelnicze… Jeśli tu nie czytasz, to dlatego, że uciekasz przed książkami.

Passo Fundo wygląda jak miejsce, gdzie nie tylko ludzie kochają literaturę.
Tu nawet wiatr wygląda, jakby przewracał strony. Idealne miasto dla wszystkich, którzy wierzą, że dobra historia potrafi odmienić świat — albo przynajmniej umilić czekanie na autobus.

Nocne lądowanie w prawie metropolii – czyli jak zimne powietrze budzi lepiej niż kawa


Gdy nastaje noc, zwycięża sen. A gdy zwycięża sen, autobus staje się kołyską na kółkach. Dojeżdżam na miejsce o północy – niezbyt idealna pora, by wysiadać w nieznanym mieście. Wita mnie zimne powietrze. I to nie takie „och, jak rześko”, tylko „czy ja przypadkiem nie wysiadłam w Oslo?”. Budzę się całkowicie. Nie potrzebuję kawy.

Miasto – prawie metropolia – śpi (po przyjeżdzie z Papanduvy, oczywiście że Erechim wydaje się być metropolią). Ale obiecuje, że pokaże mi się o poranku. I rzeczywiście, gdy słońce wstaje, zaczyna się pokaz slajdów: wieżowce, które próbują udawać Nowy Jork, „zamknięty” w parku Malinowskiego fragment lasu atlantyckiego (czyli dżungla w wersji miejskiej), nowoczesne kościoły oraz aleja, która kończy się punktem widokowym – idealnym miejscem na selfie z dumną miną „zobaczcie, jak wspaniale wygląda moje życie”.

W centrum – niespodzianka! Drewniany castelinho, ponad stuletni, który wygląda jakby ktoś zapomniał go przenieść do skansenu. Ale niech nie zwiedzie nikogo jego wiek – to lokalna gwiazda turystyczna, pozująca do zdjęć lepiej niż influencer na plaży.

W dzień miasto brzęczy jak pszczoła – gwar ulic, rozmowy, życie. Wieczorem zaś zmienia ton na jazzowy: knajpki, spokój, delikatne dekoracje halloweenowe, które wyglądają jakby ktoś je robił z resztek po warsztatach DIY. I gdzieniegdzie polskie nazwiska na szyldach drobnych przedsiębiorców.W cieniu tego wszystkiego działa polskie stowarzyszenie i odbywają sie lekcje plskiego.

Ale to, co najbardziej mnie urzeka, to domy. Spokojne, niepozorne, jakby mówiły „nic tu się nie dzieje”. A jednak! W jednym ktoś wykańcza strych, bo bawi się w teatr. W innym – garaż zamieniony w szkołę tańca pole dance. A samochód musiał zamieszkać na podwórku.

100 tysięcy żywych dusz chodzi swoimi ścieżkami miasta. Jedni po prostu spędzają życie, inni spełniają swoje pasje. A ja obserwuję, chłonę i zapisuję. Bo nocna podróż też kończy się historią wartą opowiedzenia.

Festa Junina - byk, kukurydza, quadrilha i grzaniec z cachaçy

Indianie w Andach mają swoje Inti Raymi, w Polsce mamy Sobótkę, wianki, ogniska i skakanie przez nie, a Brazylia ma festas juninas. I ma też...