Gdy nastaje noc, zwycięża sen. A gdy zwycięża sen, autobus staje się kołyską na kółkach. Dojeżdżam na miejsce o północy – niezbyt idealna pora, by wysiadać w nieznanym mieście. Wita mnie zimne powietrze. I to nie takie „och, jak rześko”, tylko „czy ja przypadkiem nie wysiadłam w Oslo?”. Budzę się całkowicie. Nie potrzebuję kawy.
Miasto – prawie metropolia – śpi (po przyjeżdzie z Papanduvy, oczywiście że Erechim wydaje się być metropolią). Ale
obiecuje, że pokaże mi się o poranku. I rzeczywiście, gdy słońce
wstaje, zaczyna się pokaz slajdów: wieżowce, które próbują
udawać Nowy Jork, „zamknięty” w parku Malinowskiego fragment lasu
atlantyckiego (czyli dżungla w wersji miejskiej), nowoczesne
kościoły oraz aleja, która kończy się punktem widokowym –
idealnym miejscem na selfie z dumną miną „zobaczcie,
jak wspaniale wygląda moje życie”.
W dzień miasto brzęczy jak pszczoła – gwar ulic, rozmowy, życie. Wieczorem zaś zmienia ton na
jazzowy: knajpki, spokój, delikatne dekoracje halloweenowe, które
wyglądają jakby ktoś je robił z resztek po warsztatach DIY. I
gdzieniegdzie polskie nazwiska na szyldach drobnych przedsiębiorców.W cieniu tego wszystkiego działa polskie stowarzyszenie i odbywają sie lekcje plskiego.
Ale to, co najbardziej mnie urzeka, to domy. Spokojne, niepozorne, jakby mówiły „nic tu się nie dzieje”. A jednak! W jednym ktoś wykańcza strych, bo bawi się w teatr. W innym – garaż zamieniony w szkołę tańca pole dance. A samochód musiał zamieszkać na podwórku.
100 tysięcy żywych dusz chodzi swoimi ścieżkami miasta. Jedni po prostu spędzają życie, inni spełniają swoje pasje. A ja obserwuję, chłonę i zapisuję. Bo nocna podróż też kończy się historią wartą opowiedzenia.


No comments:
Post a Comment