Pociąg, święty obiad i wielkie zwycięstwo


 Z Belo Horizonte do Vitorii kursuje pociąg. Niby nic takiego. Ot, zwykła podróż z punktu A do punktu B. Ale w Brazylii słowo „pociąg” wywołuje poruszenie godne lądowania UFO. Kiedyś tutejsza kolej tętniła życiem, dziś pasażerskie linie można policzyć na palcach jednej ręki. Efekt? Pociąg to narodowa sensacja, a lokalni mieszkańcy powtarzają jak mantrę: „Musisz nim pojechać!”.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Polowanie na bilety trzeba zacząć z wyprzedzeniem, bo amatorów kolejowej egzotyki jest zdecydowanie więcej niż miejsc w wagonach. Kiedy już cudem zdobędziesz upragniony "kartonik" - kto pamięta nasze bilety kolejowe w takiej postaci?!, zaczyna się procedura startowa. Odprawa na dworcu przypomina tę autobusową przekładając na brazylijskie standardy – czyli niemalże lot międzykontynentalny. Sprawdzanie dokumentów, bramki, pełna powaga.

Gdy maszyna w końcu rusza, zaczyna się piękny spektakl za oknem – pociąg leniwie toczy się przez malownicze góry i doliny. Jednak umówmy się, widoki to sprawa drugorzędna. Kluczowy moment podróży nadchodzi, gdy w wagonie pojawiają się panowie z tutejszego odpowiednika Warsu. Zaczyna się wielkie zbieranie zamówień na obiad. Bo w Brazylii almoço to rzecz święta. Bez porządnego posiłku Brazylijczyk nie pojedzie dalej niż na róg ulicy, a brak tradycyjnego zestawu na talerzu groziłby pasażerskim buntem. Pociąg może mieć opóźnienie, ale obiad musi być na czas!

Po całym dniu kołysania, późnym wieczorem, pociąg wtacza się wreszcie na stację. Z daleka, po wielu godzinach drogi, wjeżdżam do Grande Vitoria. Zmęczona, ale pełna oczekiwań, zastanawiam się, co mnie tu czeka.

Czekało na mnie prawdziwe Grande Vitória. Dokładnie wtedy reprezentacja Brazylii na Mistrzostwach Świata mierzyła się w pojedynku z Haiti. Nadzieja na wielki piłkarski triumf Canarinhos nie zawiodła, a cała podróż zakończyła się z przytupem. Lepszego powitania w Vitorii nie mogłam sobie wymarzyć! 

A pociąg co wieczór z daleka przyjeżdża do Vitorii.






Plażowy maraton czyli Vila Velha

Wjeżdżam do Cariacica (dla niewtajemniczonych – to część gigantycznej, złożonej z 7 miast aglomeracji Grande Vitoria; najważniejsze z nich to stołeczna Vitoria, Vila Velha i Cariacica, bo tu przyjeżdżą pociąg) z mocnym postanowieniem natychmiastowej ewakuacji do Vila Velha, gdzie czeka na mnie Alan. Myślę sobie: „Wsiadam w autobus i jadę!”. Proste? No nie w tym uniwersum.

Grande Vitoria dołączyła do miast, gdzie miejscowy wydział transportu ogłosił całkowity rozwód z gotówką. Nie masz plastikowej karty transportowej? Nie jedziesz. A skąd taką wziąć? Dostaniesz dworcu autobusów miejskich. Na szczęście jeden z nich jest niedaleko dworca kolejowego. W okienku gość obsługiwał pasażerów z zamkniętymi oczami. Przysięgam! Jego oczy były otwarte na 2 milimetry. Nie wiem, czy to syndrom późnej godziny, czy skrajne niewyspanie, ale mimo trybu uśpienia, był niesamowicie miły.

Po pobycie w lądowym Minas, widok oceanu był czymś cudownym. Vila Velha słynie z najpiękniejszych plaż w okolicy, a ponieważ ciągną się one kilometrami, rzuciłam się w wir spacerów. Wynik? Od 7 do 10 kilometrów dziennie wydeptanych w piasku! Chodziłabym pewnie do nocy, gdyby nie silny i zimny wieczorny wiatr, który regularnie wyganiał mnie stamtąd. Właśnie zaczyna się zima, a w Polsce jest pierwszy dzień lata.

Największy zachwyt? Mosteiro da Penha (Klasztor da Penha). To miejsce po prostu rzuca na kolana! Potężna skała wznosi się na 154 metry nad poziomem morza, a na samym jej szczycie – zawieszony jakby w chmurach klasztor.

To nie jest zwykły kościółek. Założony w 1558 roku przez hiszpańskiego franciszkanina, brata Pedro Palácios, jest jednym z najstarszych sanktuariów maryjnych w całej Brazylii! Legenda mówi, że obraz Matki Boskiej, który brat przyniósł ze sobą, trzy razy w tajemniczy sposób znikał z jego groty na dole i pojawiał się na samym szczycie wzgórza. Uznał to za jasny sygnał: „Budujemy na górze!”. Dziś otacza go gęsty, zielony las Atlantycki, a z góry rozciąga się kosmiczna panorama m.in. na najnowszy most łączący Vila Velha i Vitoria. Widać jak na dłoni całą Zatokę Vitórii – miejsce, gdzie Indianie Temiminó lądowali po ucieczce z Rio. Twierdza-klasztor służyła też jako punkt obserwacyjny: to stąd wypatrywano, np. francuskich piratów, albo holenderskich.

Stworzyli miejsce pielgrzymkowe. Klasztor da Penha miał być duchową latarnią morską głównie dla portugalskich osadników, azylem modlitwy i symbolem katolicyzmu spoglądającego na ocean. W tym czasie juici budowali zamknięte misje dla Indian w tym regionie. Ach! A wcześniej myślałam, że misje jezuickie tylko w Rio Grande do Sul, ale te w Espirito Santo były o innym charakterze, głównie obronnym - ci grali w drużynie króla Portugalii, a tamci z południa w drużynie króla Hiszpanii.

Klasztor da Penha ze swoim strategicznym położeniem służył jako genialny punkt obserwacyjny. Kiedy franciszkańscy mnisi zauważyli na horyzoncie żagle holenderskich lub francuskich piratów, natychmiast bito w dzwony. Wtedy jezuici mobilizowali swoich Indian. Franciszkanie robili za „oczy”, a wyszkoleni przez jezuitów Indianie Temiminó – za jego „pięści”.

Zachody słońca i widoki w ciągu dnia tak mnie urzekły, że zrobiłam sobie z tego klasztoru codzienny trening i wspinałam się tam każdego dnia.

Któregoś razu schodzę ze skały jako jedna z ostatnich marud. Nagle zatrzymuje się samochód. W środku sympatyczna para, pytają, czy kogoś podwieźć na dół. Idące obok mnie kobiety dumnie milczą, więc ja – bez zbędnej skromności – rzucam: „Pewnie, ja chętnie!”.

W ten sposób poznałam urocze niemiecko-brazylijskie małżeństwo na wakacjach. Rozmawiamy, mówię, że teraz muszę jakoś upolować autobus na Itaparica, na co oni wybuchają śmiechem: „Ale my przecież mieszkamy na Itaparica!”. Okazało się, że to moi dosłowni sąsiedzi! Zamiast na przystanek, podrzucili mnie pod same drzwi domu Alana.

Prognozy pogody straszyły desczem. Rano patrzę – słońce. Ryzykuję, odpalam pralkę, wieszam pranie. Miało padać później ale nie spadła ani kropla. To się nazywa mieć szczęście!

I nie można stąd wyjechać bez spróbowania lokalnych przysmaków: moqueca capixaba (genialny gulasz rybny) oraz torta capixaba.

A dlaczego taka nazwa Vila Velha - ja to tłumaczyć: Stare Miasteczko, Stara Osada? Gdy pierwsi mieszkańcy przenieśli się z powodu ciągłych ataków Indian na bezpieczniejszą wyspę obok (czyli do dzisiejszej Vitórii), swoją pierwszą, opuszczoną bazę zaczęli nazywać po prostu „Starym Miasteczkiem”, a nową lokację – „Miasteczkiem Nowym” (Vila Nova). Z czasem Vitória zyskała swoją dumną, zwycięską nazwę, a Vila Velha na zawsze pozostała tym urokliwym, „Starym Miasteczkiem”.

Nocny rajd w nieznane, czyli jak zostałam sąsiadką dzikich zwierząt w Serra da Moeda

Wszystko zaczęło się od niewinnego pytania Luiza o to, czy lubię przyrodę. Właściwie to sam zdecydował, że ją lubię, a ja nie protestowałam. Myślałam tylko, że chce mi zaimponować jakimś ładniejszym zagajnikiem albo spacerem po parku. – To świetnie, bo ja mieszkam w środku absolutnej dziczy – skwitował z uśmiechem.

Zanim zdążyłam dopytać, czy ta jego „dzicz” w ogóle umywa się do moich amazońskich doświadczeń, Luiz zgarnął mnie sprzed luksusowego, tętniącego życiem kondominium Alphaville i ruszyliśmy przed siebie. Prosto w ciemną, brazylijską noc.

Jedziemy. I jedziemy. Droga ucieka w nieznane, za oknami egipskie ciemności, a ja zaczynam się zastanawiać, czy moja pewność siebie z dżungli na coś mi się tu przyda, jeśli przyjdzie mi uciekać nocą przez góry. W końcu jest! Brama wjazdowa do jego kondominium. Ulga? Otóż nie tak szybko. Okazało się, że od owej bramy do domu Luiza jest jeszcze bite 6 kilometrów!

Wokół absolutna pustka. Moje oczy desperacko próbowały przebić ciemność, ale jedyne, co rejestrowałam, to fakt, że pniemy się w górę po drodze wybrukowanej drobnymi kamieniami, a żołądek subtelnie sugeruje zmianę wysokości. Wiedziałam tylko jedno: jesteśmy w pasmie górskim Serra da Moeda. Co tam dokładnie jest? „Po prostu góry” – pomyślałam. Na zapierające dech w piersiach widoki musiałam łaskawie poczekać do rana.

Słuchajcie, myślałam, że o brazylijskich kondominiach wiem już całkiem sporo. Alphaville? Klasyka gatunku. Miasto w mieście – sklepy, restauracje, hotele, fryzjerzy, pełen blichtr dla bogatych, którzy kochają miejski szum, tyle że za bezpiecznym płotem. Ale to, gdzie wylądowałam z Luizem, zresetowało moje pojęcie o luksusie. To nie jest zwykłe osiedle za miastem. To prawdziwa luksusowa dzicz.

Wjechaliśmy do Condomínio Rural Santuário Serra da Moeda. I to słowo „Santuário” (Sanktuarium) nie jest tu chwytem marketingowym, choć portfel przeciętnego śmiertelnika mógłby po usłyszeniu ceny doznać zawału. To potwornie drogi, elitarny raj dla wybranych.

Rano, gdy przetarłam oczy, doznałam lekkiego szoku cywilizacyjnego i od razu sprawdziłam fakty po


portugalsku, żeby upewnić się, gdzie ja właściwie jestem.
Wyobraźcie sobie przestrzeń: całe osiedle ma powierzchnię 6 milionów metrów kwadratowych, z czego ogromna część to teren prawnie chroniony, wpisany na listę dziedzictwa naturalnego (tombada como patrimônio natural).
Wokół nie ma po prostu „ładnych widoków” – wszędzie, jak okiem sięgnąć, ciągną się monumentalne góry i głębokie doliny. Mieszkamy na średniej wysokości aż 1100 metrów nad poziomem morza! Dzięki temu panuje tu znacznie chłodniejszy i rześki klimat. A krajobraz poranków? Totalny kosmos. Doliny pod nami bywają niemal całkowicie zalane gęstymi mgłami, nad którymi wyrastają tylko górskie szczyty. Poczułam się niesamowicie – ot, moim prywatnym ogródkiem stał się właśnie górski rezerwat przyrody!

I wiecie, ile tam wciśnięto domów na te 6 milionów metrów kwadratowych? Deweloper w Polsce upchnąłby tam pewnie pół województwa. A tutaj? Zaledwie około 150 działek! Dokładnie nie pamiętam. Nacisk na prywatność level hard. Średnia powierzchnia jednej parceli to, bagatela, od 31 000 do 42 000 metrów kwadratowych. Ponad 3-4 hektary własnego górskiego buszu na głowę!

Mój wewnętrzny reporter musiał natychmiast spisać najważniejsze fakty:

·       Sąsiedzi z buszu: Zgodnie z regulaminem, ziemia ma charakter wyłącznie rolno-pastwiskowy i rezydencjalny jednorodzinny (destinados a fins agropastoris e residenciais unifamiliares). Żaden deweloper nie postawi Ci pod oknem bliźniaka. Możesz mieć konie, nienaruszoną roślinność formacji Cerrado i lasów atlantyckich oraz własny strumyk (część działek graniczy z Rio Paraopeba).

Cena świętego spokoju: Taka przyjemność kosztuje miliony monet. Ceny za te gigantyczne glebas wahają się od 550 tysięcy do ponad 1 150 000 reali, a do tego trzeba doliczyć postawienie tam domu, który przecież nie może być skromną altanką. Co ciekawe – miesięczny czynsz administracyjny (condomínio) za utrzymanie tego gigantycznego terenu, całodobowej portierni i oświetlenia publicznego jest stosunkowo niski i wynosi średnio około 320–380 reali. Ale żeby w ogóle zacząć płacić ten czynsz, trzeba najpierw wydać fortunę na ziemię.

Stoję rano na tarasie, chłonę rześkie, górskie powietrze, patrzę na mgły przesuwające się w dolinach, a wokół domu unosi się tak intensywny, obłędny zapach dzikich ziół, że aż kręci się w głowie. Nawet w Amazonii tak nie pachniało! Patrzę na te hektary zieleni i nagle budzi się we mnie polska, swojska natura.

– Luiz – pytam z pełną powagą – a można by tutaj kury hodować? Masz tyle miejsca! Luiz spojrzał na mnie, jakbym urwała się z choinki, i parsknął śmiechem: – Kury? Dzikie zwierzęta zjadłyby je w pięć minut!


I tak właśnie wygląda życie wśród przyrody w XXI wieku. Ta luksusowa dzicz ma swoje surowe prawa – pełna symbioza z naturą, dopóki natura nie zgłodnieje. Amazonia nauczyła mnie szacunku do dżungli, ale tutaj człowiek płaci miliony za to, by tę dżunglę i góry udomowić na własnych warunkach.

Jak to dobrze, że po tylu latach spędzonych w rozjazdach świat wciąż potrafi mnie tak bezbrzeżnie zadziwić! Ot, życie w XXI wieku – niewielu może sobie na to pozwolić z wiadomych, czysto finansowych względów. Z jednej strony mamy bogatych, którzy wolą asfalt, sklepy, restauracje i hotele w Alphaville, a z drugiej – tych bajecznie zamożnych pustelników z Serra da Moeda, którzy płacą miliony za luksus totalnej samotności i za to, żeby ich jedynym sąsiadem był na przykład ocelot. Już wiem dlaczego tyle razy pytał w supermarkecie czy na pewno niczego nie będzie mi brakowało, skanując w myślach zawartość domu. Dlatego, że do najbliższeg sklepu po bułki jest godzina jazdy.

A ja? Ja po prostu siedzę na tarasie w tym elitarnym sanktuarium, a właściwie leżę w hamaku i piję kawę, wącham zioła i cieszę się, że z tej nocnej wyprawy w nieznane zamiast kryminału wyszedł mi reportaż krajoznawczy! Prawie pełnia szczęścia, gdyby nie te zbyt chłodne wieczory i ranki. Na pewno wrócę, tylko może latem.

A Wy? Gdybyście mieli na koncie wolne miliony reali albo innych złotych, wybralibyście luksusowe „miasto za miastem” w Alphaville czy tę ekskluzywną, drogą dzicz w Serra da Moeda?







Jak przetrwać w mieście-studni czyli Ouro Preto i Mariana


Droga do Ouro Preto wije się, ale w Minas Gerais to żadna nowość. Jechałam tam z lekkim dystansem, właściwie z całkiem sporym. Najsłynniejsze historyczne miasteczko w stanie, pierwsza stolica, zbudowana na fali gorączki złota (tego legendarnego, oblepionego tlenkiem żelaza, stąd nazwa Czarny Złoty).

Brzmi dumnie, ale zanim tam dotarłam, w głowie miałam tylko jedno pytanie: „Czy naprawdę warto tam jechać?”. Kiedy dzieliłam się wątpliwościami ze znajomym, ten tylko popukał się w czoło: „Kościołów i starych domów w życiu nie widziałaś? Historii miasta nie znasz?”.

A jednak pojechałam. I całe szczęście, bo czegoś takiego moje oczy nie widziały i moje łydki nie doznały!

Ouro Preto, czyli trekking miejski dla zaawansowanych

To miasto nie ma ulic. Ono ma pionowe ściany z brukiem. Żeby w ogóle dostać się do centrum, trzeba się się nieźle wspiąć samochodem (wjechałam tam okazją, na szczęście jechała do centrum). Gdy tylko udało mi się zrzucić ciężki plecak do przechowalni na dworcu, natychmiast padłam na malutkim placyku przed jednym z kościołów. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że kawałek płaskiej ziemi jest tutaj na wagę złota – dosłownie i w przenośni.

Lekcja nr 1 w Ouro Preto: Jeśli widzisz płaski teren, usiądź na nim. Nie wiadomo, kiedy trafi się następny.

Tam, łapiąc oddech, poznałam Solange. Solange przyjechała z Rio, jest na emeryturze, podróżuje niskobudżetowo i miała ambitny plan „zaliczenia” większości tutejszych świątyń. Właśnie schodziła z dworca do hotelu i wyglądała na równie zaskoczoną grawitacją tego miejsca co ja.

Mnie jednak ciekawość gnała dalej – w górę, w dół, w boki, we wszystkich możliwych kierunkach.

W chmurach i w studni

Pogoda od rana była pochmurna. Normalnie turysta by narzekał, ale w Ouro Preto brak słońca to błogosławieństwo. Przynajmniej człowiek nie gotuje się żywcem podczas udawania kozicy górskiej. Mijani ludzie tylko wymieniali ze mną porozumiewawczee spojrzenia. Jeden z miejscowych chłopaków z litością (albo lekkim sadyzmem) wskazał mi, gdzie mam się jeszcze wspiąć, żeby mieć najładniejszy widok na panoramę miasta. Wdrapałam się. Pięknie!

Chwilę później, dla równowagi, chyba udało mi się znaleźć najniższy punkt starego miasta. Wrażenie? Jakbym stała na dnie głębokiej studni, a dookoła wyrastały ściany domów.



Deszczowe tango w Marianie

Tuż po południu zaczęło padać. A miało NIE PADAĆ! Szybki plan awaryjny: uciekam do pobliskiej Mariany. To niecałe 10 km stąd, a autobusy kursują co 20 minut. Naiwnie liczyłam, że chmura zostanie w Ouro Preto.

Nie została. W Marianie też lało.

Mój spacer po tamtejszej starówce wyglądał jak kiepska komedia:

  1. Przestaje padać – wychodzę.

  2. Zaczyna lać – chowam się pod daszek.

  3. Przestaje padać – robię trzy kroki.

  4. Znowu leje – z powrotem pod daszek.

Moja anielska cierpliwość skończyła się równo przy trzeciej powtórce. Jedynym jasnym punktem tej ucieczki była wizyta w informacji turystycznej (by naładować telefon), gdzie chłopak z obsługi z rozrzewnieniem wspominał swoje miłe przygody z Polską.

Sama Mariana? W porównaniu z Ouro Preto jest płaska jak stół, choć – żeby być sprawiedliwym – swoje mniejsze górki i dolinki też ma. Jednak po porannym treningu w Ouro Preto, moje nogi uznały Marianę za niemal nizinny spacer.





Belo Horizonte, czyli nie ma morza, ale jest bar



Belo Horizonte byłam przejazdem. Takim dłuższym przejazdem. Celem było Rio, ale jak się okazało, po drodze czekało mnie kilka niespodzianek.

Minas Gerais - jeśli ktoś myśli, że to stan łagodnych pagórków, to od razu wyprowadzę go z błędu. Minas to góry. Góry, doliny, serpentyny i kolejne podjazdy. Są tu trzy największe pasma górskie Brazylii i chyba właśnie dlatego mam jedną prośbę: jeśli znajdziecie w Minas Gerais płaskie miasto, dajcie znać. Ja po kilku dniach zaczęłam podejrzewać, że nawet droga do piekarni prowadzi tu pod górę.

A potem przyszła pierwsza noc. I kolejny szok. Zimno. Takie, że zmarzł mi nos. Musiałam przykryć właściwie siebie całą, naciągając koce na głowę. Gdy ktoś zapyta o pierwsze wspomnienie z Belo Horizonte, odpowiem bez wahania: szczękanie zębami, co nie brzmi zbyt brazylijsko.

Gdy chciałam odwiedzić park Mangabeiras, usłyszałam: - Dzisiaj zamknięty. Bo był poniedziałek. Rozumiem muzea, ale parki??!!. Czy punkt widokowy też? Na szczęście nie. Uff! Mogę usiąść i spokojnie poczekać do zachodu słońca. Horyzont rzeczywiście jest piękny. W końcu nie bez powodu nazwali je Belo Horizonte.

Choć nawet ta romantyczna chwila miała swój brazylijski twist. Gdy wszyscy w milczeniu podziwiali słońce chowające się za horyzontem, nagle za moimi plecami rozległy się dziwne odgłosy. Obracam się, a tam inwazja szopów praczy albo innych ostronosyów, nie rozróżniam ich. Całe stado zeszło nagle z drzew i bezczelnie zaczęło buszować po trawniku. Gdy zauroczeni turyści odwrócili się od zachodu słońca i skierowali w ich stronę obiektywy aparatów, zwierzaki uznały, że sława im nie służy i błyskawicznie ewakuowały się z powrotem w korony drzew.

W Belo Horizonte poniedziałek to dzień narodowego odpoczynku atrakcji turystycznych. Zamykają się nie tylko muzea, ale nawet niektóre parki. We wtorki część z nich nadal dochodzi do siebie. Morał? Jeśli planujecie wizytę, najlepiej przyjechać od środy. Zwłaszcza że właśnie wtedy można za darmo odwiedzić Inhotim. A to miejsce jest tak niezwykłe, że niektórzy twierdzą, iż do Belo Horizonte przyjeżdża się głównie po to, żeby potem pojechać gdzie indziej.

Samo miasto ma zresztą świetne poczucie humoru. Mieszkańcy mówią: "Não tem mar, mas tem bar" – nie ma morza, ale są bary. I podobno jest ich najwięcej w całej Brazylii. Morza rzeczywiście brak. Jest za to jezioro Pampulha i ogromna dawka kreatywności. Co jakiś czas na Praça da Estação organizowany jest dzień plażowy. Leżaki, ręczniki, fontanny udające fale i zabytkowy dworzec w roli nadmorskiej promenady. Jak się nie ma oceanu, to trzeba sobie jakoś radzić.

Morze zresztą ma w Belo Horizonte potężnego architektonicznego konkurenta. Nad tutejszym sztucznym jeziorem Pampulha króluje betonowa poezja samego Oscara Niemeyera. To właśnie tutaj, na początku lat 40., młody Niemeyer dostał od ówczesnego burmistrza wolną rękę i stworzył unikalny kompleks, który dziś jest na liście UNESCO. Zamiast nudnych, prostych linii, dał upust swojej miłości do fal i zakrętów – mawiał przecież, że inspirują go zakola brazylijskich rzek i ciało tutejszych kobiet. Najlepszym tego dowodem jest słynny, falujący kościół św. Franciszka z Asyżu (Igreja da Pampulha). Wygląda tak awangardowo z tymi swoimi betonowymi łukami i niebiesko-białymi kafelkami Portinariego, że tutejsi biskupi przez kilkanaście lat odmawiali jego konsekrowania, uznając, że budowla przypomina raczej hangar lotniczy niż dom boży.

Ale Pampulha to nie jedyne miejsce, gdzie Niemeyer zostawił swój ślad. Kolejny architektoniczny szok czekał na mnie w samym sercu miasta, przy Praça da Liberdade. Stoi tam sędziwy Palácio da Liberdade, otoczony sytymi, XIX-wiecznymi pałacami o iście europejskim rodowodzie. I nagle, tuż obok nich, wyrasta spektakularny apartamentowiec – Edifício Niemeyer. Zaprojektowany w latach 50. budynek nie ma w sobie ani jednego kąta prostego. Wygląda jak abstrakcyjna rzeźba, a jego falujące, betonowe linie i charakterystyczne poziome żaluzje (brises) mają idealnie naśladować łagodne kontury tutejszych gór. To jedyny mieszkalny budynek przy tym placu i niesamowity dowód na to, jak BH potrafi bezczelnie, ale i z wielkim stylem, łączyć historię z nowoczesnością.

Patrząc na te falujące konstrukcje, pomyślałam sobie, że Niemeyer po prostu za mną jedzie. W Niterói widziałam dedykowaną mu trasę Caminho Niemeyer (przypominała nadmorski park w Recife), z genialnym, przypominającym kosmiczny talerz Muzeum Sztuki Współczesnej (MAC) na czele. Niemeyer wciąga.

W Belo Horizonte zaliczyłam też nietypowe spotkanie ze starożytną historią. Poznałam Amilcara. Pierwszy raz w życiu spotkałam kogoś żywego noszącego to imię! Poczułam się, jakbym cofnęła się w czasie, bo Hamilkar to przecież postać z podręczników – potężny kartagiński wódz, ojciec samego Hannibala i jeden z największych koszmarów starożytnego Rzymu.

Z tego bujania w obłokach historii szybko jednak trzeba było zejść na ziemię, bo współczesne centrum BH brutalnie przypomina o realiach. Lokalni bezdomni szczególnie upodobali sobie właśnie Praça da Estação, czyli plac przy zabytkowym dworcu kolejowym, oraz okolice obecnego dworca autobusowego. Chodzę po Belo Horizonte bardzo dużo – zaglądam do muzeów, parków, bocznych zaułków i oczywiście barów (w końcu plaży brak!). I choć miasto zachwyca, to bywa też surowe. Czasem, idąc ulicą, mija się kogoś, kto w kałuży na chodniku właśnie robi pranie.

Kilka kilometrów od miasta leży park Serra do Rola-Moça. Nazwa oznacza „Turlającą się dziewczynę” i brzmi dość niewinnie. Do momentu, kiedy staniesz przy drodze. Z jednej strony panorama Belo Horizonte, z drugiej słynna Dolina Samobójców – głęboki wąwóz, w którym przez lata kończyły podróż samochody, które leżą do tej pory na dnie. Dzisiaj pobocze zabezpiecza mur, Widoki nadal zapierają dech, ale przynajmniej trochę trudniej o nieplanowany lot w przepaść.

Minas Gerais poznaje się jednak przede wszystkim... przez żołądek. Mercado Central pachnie serami, doce de leite i marmoladą z gujawy. Wszystko przypomina też, że nazwa stanu nie wzięła się znikąd. „Minas Gerais” to przecież „Kopalnie Generalne”. Złoto, ruda żelaza, kamienie szlachetne – przez wieki wydobywano tu niemal wszystko.

A najlepsze wydarzyło się już właściwie w drodze do Rio. Spotkałam ludzi z Pará, którzy zaprosili mnie na prawdziwe açaí. Takie, jakie jedzą na północy Brazylii – z mięsem. Mniam! W Belo Horizonte o takie açaí trudno. Najczęściej sprzedaje się mrożoną masę z około czterdziestoprocentową zawartością owocu, za to w cenie niemal złota. Czasem więc, żeby zjeść najlepsze açaí, wcale nie trzeba jechać do Amazonii. Wystarczy spotkać odpowiednich ludzi po drodze.

Ale tym, co najbardziej zdziwiło mnie w tym stanie, był język. Język Mineiros. Momentami stałam obok ludzi i z całych sił próbowałam zgadnąć, w jakim obcym języku mówią. A oni przecież mówili po portugalsku! Tutejszy dialekt to absolutna kopalnia specyficznych wyrażeń i przede wszystkim – ekstremalnych skrótów. Połowę liter po prostu zjadają. No i to legendarne, emocjonalne „Uai!”, które potrafi zastąpić całe zdanie.

BH zapamiętam z marznącego nosa, miasta bez morza, plaży urządzonej na placu, zamkniętego w poniedziałek parku, gór, które nie odpuszczają ani na chwilę, i horyzontu, który rzeczywiście okazał się piękny.




Krowy, termity i potęga natury czyli jadę do Minas

Opuszczenie Rio de Janeiro to proces, który wymaga cierpliwości i sporej dawki bocznych lusterek w głowie. Krajobraz za oknem zmieniał się jak w kalejdoskopie, serwując pożegnalny miks wszystkiego, co to miasto ma do zaoferowania. Od Czerwonej Plaży, poprzez park Aterro do Flamengo, Rio zaczęło płynnie, bez ostrzeżenia, przelewać się w kolejne dzielnice i satelickie potworki urbanistyczne, aż do Duque de Caxias. Zanim się obejrzałam, miejska dżungla zaczęła pękać, a asfaltowa wstęga zdecydowanie ruszyła w górę.

Wjeżdżamy w góry. Na horyzoncie Petropolis. Rzucam jedno, szybkie spojrzenie na to górskie uzdrowisko przez szybę i w mojej głowie natychmiast zapada decyzja: nie, absolutnie nie chcę go odwiedzić. To nie tak, że Petropolis jest brzydkie. Wręcz przeciwnie, ma wielki urok, ale czuję, że nie dla mnie. Jadę więc dalej, zostawiając cesarskie miasto w tyle.

Droga pnie się coraz wyżej, serpentyny tną górskie zbocza, a cywilizacja zostaje gdzieś daleko w dolinie. Na zielonych ścianach, z całkowitym stoicyzmem godnym tybetańskich mnichów, pasą się krowy. Jak one się tam utrzymują bez alpejskiej uprzęży? To pozostanie ich tajemnicą.

Tam, gdzie nie ma krów, krajobraz urozmaicają sterczące dumnie, gigantyczne kopce termitów – lokalne drapacze chmur, przy których nasze mrowiska wyglądają jak ubodzy krewni. W dole szumią wartkie rzeki, a na stromych, nadrzecznych brzegach przysiadły malownicze, choć nieco zuchwałe osady, balansujące na granicy rozsądku i urwiska.

Dotrę do trzeciego największego pasma górskiego. Od Serra do Mar, poprzez Mantiquerę aż do Espinhaco. Po raz pierwszy zobaczę Espinhaco.




Indianie, Polonia i Chrystus w chmurach - Rio de Janeiro

  Chmury nadal nie odpuszczają, ale około południa deszczowi najwyraźniej nudzi się już padać. Korzystam z okazji i ruszam w stronę Copacaba...