Pierwszy przystanek: Praia dos Açores. 30 kilometrów od centrum, plaża jak z pocztówki – jasny piasek, morze skrzące się w słońcu i widok na wysepki Três Irmãs i Moleques do Sul. Do tego ścieżki prowadzące w głąb Atlantyckiego Lasu. Ma się niemal złudzenie, że cywilizacja została za plecami.
Na prawo od Açores kryje się Praia da Solidão – nazwa mówi wszystko: samotność. Plaża niewielka, z białym piaskiem i mocno wzburzonym morzem.
Wygląda trochę tak, jakby natura chciała powiedzieć: „Przyjdź, popatrz, ale nie licz na wygody”. Idealna dla tych, którzy lubią mieć ocean tylko dla siebie – i nie boją się jego kaprysów.
A na lewo – absolutna królowa południa: Lagoinha do Leste. Raj ukryty tak dobrze, że nie da się tam dojechać samochodem. Do wyboru masz: statek albo nogi. Nogi – to dwie trasy. Jedna z Matadeiro – dłuższa, ale widokowa. Druga z Pântano do Sul – krótsza, ale za to pełna stromizn i zjazdów, na których człowiek zastanawia się, czy w ogóle wróci w jednym kawałku.
Wybrałam tę z Pântano – wydała mi się bezpieczniejsza (choć po doświadczeniach z afrykańskich ścieżek, zwłaszcza ruandyjskich, chodzę po takich trasach z duszą na ramieniu). Każdego napotkanego turystę pytam: „Daleko jeszcze?”. Oni się uśmiechają, jakby wiedzieli coś, czego ja nie wiem. A ja sapię pod górkę i zastanawiam się, kto pierwszy powiedział, że to krótsza droga…
Ale kiedy już dociera się na Lagoinhę, zapomina
się o wszystkim. Plaża wygląda jak miejsce z katalogu
„najpiękniejsze plaże świata” – dzika, szeroka, otoczona
wzgórzami. Tu nawet wiatr wie, że musi zwolnić.
Ekstremalne południe Florianópolis – trzy plaże, trzy różne światy. Açores – widok i spokój, Solidão – samotność i ocean bez litości, Lagoinha – nagroda dla wytrwałych. A ja wracam z zakwasami w nogach i poczuciem, że znowu udało mi się znaleźć kawałek raju na końcu wyspy.































