opowieści niż przeciętny przewodnik turystyczny.To kolejna z plaż Floripy i jest tak schowana, że nawet GPS się zastanawia, czy warto tam iść. Ale warto.
Dojście? Proste – najpierw trzeba przejść przez rzekę, woda słonawa, ale nie gryzie, potem 200 metrów spaceru i jesteś w miejscu, gdzie nie ma samochodów, hałasu ani sprzedawców kokosów z terminalem płatniczym. Za to są fale – średnie do dużych, idealne dla surferów, którzy uciekają od tłumów i szukają czegoś bardziej „dzikiego”. Jest też most, ale trochę oddalony. Wielu jednak wybiera drogę na skróty, przez rzekę.
Zanim odkryłam Matadeiro zastanawiałam się po co tyle ludzi usilnie przedziera się przez
tę rzekę z całym plażowym ekwipunkiem – krzesłami, leżakami, lodówkami
turystycznymi, parasolami, torbami pełnymi niewiadomo czego? Wygląda to
jak przeprowadzka albo zbiorowa ucieczka. Nieodparcie kojarzy mi się to z
obrazkami przeprawy przez Rio Grande na granicy Meksyku i USA – tylko
że tu zamiast straży granicznej czeka ocean i rajska plaża.
Plaża jest otoczona wzgórzami pokrytymi rodzimą roślinnością, a z jej końca wychodzi szlak do Lagoinha do Leste – dla tych, którzy lubią połączyć kąpiel z trekkingiem i potem narzekać na zakwasy.
Chodzę po tych roczych zakątkach ukrytych pomiędzy skałami wyspy i myślę sobie, jak fajnie mieszkać w mieście, które ma kilkadziesiąt plaż. Każda inna, każda z charakterem. Florianópolis – tu nawet dawna rzeźnia potrafi być malownicza.
No comments:
Post a Comment