Na czele floty powstańców stanął Giuseppe Garibaldi – Włoch, marynarz i działacz na rzecz zjednoczenia Włoch, który przybył do Ameryki Południowej właśnie wtedy, gdy wybuchło powstanie Farrapos, walczących o niepodległość Republiki Rio Grande. Bardziej niż pizzę pokochał Amerykę Południową, a zwłaszcza kobietę z mieszanej rodziny portugalsko-indiańskiej, którą poślubił i która przeszła do historii jako Anita Garibaldi -czyli włosko-brazylijska superbohaterka.
Niestety 15 listopada 1839 roku flota Garibaldiego poniosła klęskę niedaleko miasta Laguna, co definitywnie zakończyło istnienie republiki.
Dziś Laguna jest stolicą delfinów rybackich! Dzięki lokalnej populacji delfinów – około 50 osobników małego walenia znanego jako Tursiops truncatus gephyreus – które współpracują z rybakami, jak najlepsi kumple.
Delfiny krążą w kanale mierzei, wypatrując ryb. Gdy znajdą ławicę, otaczają ją i prowadzą w stronę rybaków, którzy najczęściej stoją po pas w wodzie i zarzucają sieci. Reszta ryb trafia prosto „na stoły” delfinów. Ta współpraca jest na tyle wyjątkowa, że wędkarstwo z pomocą delfinów rybackich zostało uznane za niematerialne dziedzictwo kulturowe Laguny i stanu Santa Catarina.
Na wąskim półwyspie, gdzie stoi latarnia morska, znajduje się cmentarz delfinów. Obok rybaków gromadzą się też bezdomne psy i koty – szukają schronienia pod latarnią i pożywienia. Czas tu płynie wolniej, a wiatr wieje mocniej.
– Jak wytrzymujecie zimę? – pytam jednego z mężczyzn.
– Mamy żony i kaszasę – odpowiada poważnie niczym filozof.
Długa plaża zachęca do spacerów, ale wiatr wierci mi w uszach i przewierca głowę. Owijam ją chustką, która co prawda kiepsko radzi sobie z wiatrem, ale chroni przed palącym słońcem.
Z delfinami tak się zagapiłam, że przegapiłam obiad. Po południu w knajpach są już tylko lody. Kolorowe kamieniczki starego miasta pięknie błyszczą w słońcu, a napis na nabrzeżu zdaje się wyrażać uczucia mieszkańców.
Nad wszystkim góruje Bananal – najwyższy punkt w Lagunie.– Jak tam można wejść? – pytam.
– Trzeba wjechać samochodem.
– A nie można na piechotę?
– Hmmm, można, ale nikt tak nie robi.
Ze wzgórza rozpościera się wspaniały widok na większą część miasta. Spodziewałam się tłumów o zachodzie słońca, a tu przyjechał tylko jeden samochód. Zachód był cudowny.
Na szczycie wzgórza stoi ogromny, 14-metrowy obraz Matki Boskiej Chwalebnej. Wierni zostawiają u jej stóp tabliczki z podziękowaniami za cuda – z różnymi datami.
Nieco niżej ktoś zagarnął świetny punkt widokowy, wybudował restaurację, która nie działa. Wokół trwa budowa, więc skaczę po murkach, żeby dotrzeć do miejsca z widokiem.Niedaleko – niewielka kolejka na prom i już po kilkunastu minutach jesteśmy po drugiej stronie zatoki, która, podobnie jak wiele innych, wcina się między kręty ląd. Otoczona roślinnością i wydmami, docieramy do wsi Santa Marta – rybackiej miejscowości z latarnią na wzgórzu.
Można tu patrzeć bez końca: w siną dal, na wieś u stóp wzgórza… i siedzieć tak bez końca.


























No comments:
Post a Comment