Tu na razie jest trawnik czyli historia pewnej szkoły cz. 1

 Tu na razie jest .. nie ściernisko, ale zryta ziemia. Jeszcze niedawno był tu trawnik, ale teraz będzie... nie San Francisco, ani nie mój bank, lecz POLSKA SZKOŁA. Ziemia jest, zaczniemy budować. Parafrazując Golec Orkiestra, trzymajcie kciuki, aby w sercu południowej Brazylii spełniło się marzenie tysięcy potomków Polaków, którzy przybyli tu w XVIII i XIX wieku, w nieznane, z różnymi oczekiwaniami i nadziejami. Ich życie potoczyło się różnie. W różnym czasie sami lub ich potomkowie trafili do małego miasteczka, ukrytego pośród pagórków stanu Santa Catarina, gdzie majestatyczne brazylijskie araukarie prężą się niczym strażnicy.

Precyzyjniej, miasteczko to leży w oku kobiety, przypominającym kształt stanu Santa Catarina, gdy spoglądam na mapę – urocza głowa z kucykiem i długą szyją. Miejscowość nosi wdzięczną nazwę, która oznacza obfitość odżywczej trawy, regenerującej wyczerpane na podróż bydło w czasach, gdy Gauchos przeganiali bydło z Rio Grande do Sul do São Paulo. To było idealne miejsce na wypoczynek.

Dziś nadal jest to dobre miejsce na popas, ponieważ wszędzie stąd daleko. Jeśli nie masz swojego konia – mechanicznego czy innego – to się nie wydostaniesz. Dziennie kursują tylko dwa autobusy w jednym kierunku, do stolicy sąsiedniego stanu. Miasteczko znajduje się 1000 km od Rio de Janeiro i 1500 km od Buenos Aires, czyli mniej więcej w połowie drogi przez południowoamerykańskie przestwory.

Prawnukowie noszą polsko brzmiące nazwiska, zapisane w różnych fonetycznych wariantach. Właściciele tych nazwisk nie mówią po polsku; zgubili język i tradycje w burzliwym historii Brazylii. Był czas, gdy zakazano tu posługiwania się językami narodowymi, a w użyciu miał być wyłącznie portugalski. Ci, którzy ośmielili się mówić po polsku, byli wzywani na przesłuchania. Przed nimi stawiano szklankę benzyny. Pod groźbą wypłukania polskiego języka z gardła rezygnowali z rozmów w ojczystym języku nawet w domach.

Dziś uporczywie szukają swojej zagubionej polskości i pragną ją odrodzić. Potrzebują tego. Są cudowni, wdzięczni, gościnni, radośni i tak uroczy, gdy ich uszy usiłują wychwycić różnice między naszymi dźwiękami „c”, „ć”, „cz”, „s” i innymi. Wspinają się na wyżyny gimnastyki językowej, ucząc się zadawania pytania o godzinę. Myślę, że to szczęśliwa godzina.

No comments:

Post a Comment

Ubatuba czyli jak nie zgubić się wśród stu plaż

Wjeżdżając od Taubaté, zjazd ku poziomowi morza odsłania widok, który trudno opisać – trzeba go przeżyć. Ubatuba to miejsce, gdzie morze spo...