Laguna – moja miss nadmorskich miejscowości

Kiedyś była stolicą kraju, który istniał przez 4 miesiące. I tak dłużej niż fejsbukowe story. Był rok 1839. Państwo to nazywało się Republika Juliana albo Republika Kataryńska. Narodziło się na fali powstania Farrapos – niepodległościowego zrywu przeciwko siłom rządowym.

Na czele floty powstańców stanął Giuseppe Garibaldi – Włoch, marynarz i działacz na rzecz zjednoczenia Włoch, który przybył do Ameryki Południowej właśnie wtedy, gdy wybuchło powstanie Farrapos, walczących o niepodległość Republiki Rio Grande. Bardziej niż pizzę pokochał Amerykę Południową, a zwłaszcza kobietę z mieszanej rodziny portugalsko-indiańskiej, którą poślubił i która przeszła do historii jako Anita Garibaldi -czyli włosko-brazylijska superbohaterka.

Niestety 15 listopada 1839 roku flota Garibaldiego poniosła klęskę niedaleko miasta Laguna, co definitywnie zakończyło istnienie republiki.

Dziś Laguna jest stolicą delfinów rybackich! Dzięki lokalnej populacji delfinów – około 50 osobników małego walenia znanego jako Tursiops truncatus gephyreus – które współpracują z rybakami, jak najlepsi kumple.

Delfiny krążą w kanale mierzei, wypatrując ryb. Gdy znajdą ławicę, otaczają ją i prowadzą w stronę rybaków, którzy najczęściej stoją po pas w wodzie i zarzucają sieci. Reszta ryb trafia prosto „na stoły” delfinów. Ta współpraca jest na tyle wyjątkowa, że wędkarstwo z pomocą delfinów rybackich zostało uznane za niematerialne dziedzictwo kulturowe Laguny i stanu Santa Catarina.

Na wąskim półwyspie, gdzie stoi latarnia morska, znajduje się cmentarz delfinów. Obok rybaków gromadzą się też bezdomne psy i koty – szukają schronienia pod latarnią i pożywienia. Czas tu płynie wolniej, a wiatr wieje mocniej.

– Jak wytrzymujecie zimę? – pytam jednego z mężczyzn.

– Mamy żony i kaszasę – odpowiada poważnie niczym filozof.

Długa plaża zachęca do spacerów, ale wiatr wierci mi w uszach i przewierca głowę. Owijam ją chustką, która co prawda kiepsko radzi sobie z wiatrem, ale chroni przed palącym słońcem.

Z delfinami tak się zagapiłam, że przegapiłam obiad. Po południu w knajpach są już tylko lody. Kolorowe kamieniczki starego miasta pięknie błyszczą w słońcu, a napis na nabrzeżu zdaje się wyrażać uczucia mieszkańców.

Nad wszystkim góruje Bananal – najwyższy punkt w Lagunie.

– Jak tam można wejść? – pytam.

– Trzeba wjechać samochodem.

– A nie można na piechotę?

– Hmmm, można, ale nikt tak nie robi.

Ze wzgórza rozpościera się wspaniały widok na większą część miasta. Spodziewałam się tłumów o zachodzie słońca, a tu przyjechał tylko jeden samochód. Zachód był cudowny.

Na szczycie wzgórza stoi ogromny, 14-metrowy obraz Matki Boskiej Chwalebnej. Wierni zostawiają u jej stóp tabliczki z podziękowaniami za cuda – z różnymi datami.

Nieco niżej ktoś zagarnął świetny punkt widokowy, wybudował restaurację, która nie działa. Wokół trwa budowa, więc skaczę po murkach, żeby dotrzeć do miejsca z widokiem.

Niedaleko – niewielka kolejka na prom i już po kilkunastu minutach jesteśmy po drugiej stronie zatoki, która, podobnie jak wiele innych, wcina się między kręty ląd. Otoczona roślinnością i wydmami, docieramy do wsi Santa Marta – rybackiej miejscowości z latarnią na wzgórzu.

Można tu patrzeć bez końca: w siną dal, na wieś u stóp wzgórza… i siedzieć tak bez końca.































Święto Niepodległości Polski w Brazylii

Papier biały i czerwony, czyli wykonujemy flagę i godło Polski. Utrwalamy je z dziećmi od najmłodszych lat. Robimy prace plastyczne, na których są te właśnie atrybuty.

W dniu Narodowego Święta Niepodległości o godzinie 11.11 lokalnego czasu, plac przed szkołą im. Francisco Haasa w Rodeiozinho wypełnił się bielą i czerwienią jako kontrast do nowo położonego trawnika. Chór Polskie sokoły z Papanduvy w towarzystwie dzieci, które w tym roku zaczęły uczyć się języka polskiego zaśpiewał Mazurka Dąbrowskiego.

W chórze były również emerytowane nauczycielki tej szkoły, więc to nietypowe spotkanie zakończyło się rozmową z uczniami na temat Polski i wspomnieniami tych, którzy Polskę już odwiedzili.

Obchody 11 listopada miały miejsce również w Konsulacie Generalnym RP w Kurytybie podczas przyjęcia zorganizowanego 20 listopada z udziałem konsul generalnej Marty Olkowskiej w roli gospodyni, nowego ambasadora RP w Brazylii oraz delegacji Senatu RP.

Dla burmistrza i plebana

Co na siebie włożyć? To odwieczny problem chóru Polskie Sokoły. Wiadomo, spódnica w kwiatki, fartuszek, bluzka tym razem czerwona, korale, wianek – zrobiliśmy sami ze sztucznych kwiatków kupionych w chińskim sklepie. Kombinujemy z tego co mamy, żeby strój przypominał polski ludowy. Rajstopy dziś w kolorze cielesnym. I w powiewających na wietrze kolorowych spódnicach idziemy na plac, gdzie urząd miasta organizuje festyn, którego celem jest promowanie lokalnych talentów. Mężczyzn ubywa w chórze niestety, ale oni mają mniejszy problem ze strojami.

Mamy 15 minut na prezentację, co zaśpiewamy? Dzień wcześniej na próbie ćwiczyliśmy „Walc o życiu”, „Czerwone jabłuszko”, „W zielonym gaju”. Ostatecznie wystąpiliśmy z „Lambadą” po polsku, która szczególnie spodobała się publiczności, „Czerwonym jabłuszkiem” – Polskie Sokoły uwielbiają to śpiewać i „W zielonym gaju”. Najbardziej jednak lubią śpiewać „Hej sokoły” i na cześć tej piosenki przybrali swoją nazwę, ale niestety nie mogą z tym występować na każdej imprezie. Na koniec jedna z uczennic wyrecytowała fragment wiersza Juliusza Słowackiego „W pamiętniku Zofii Bobrówny”, bo podoba im się wszystko, co zawiera element tęsknoty, sami w sobie mają tęsknotę za wyidealizowaną ojczyzną przodków.

Urząd miasta nie jest jedynym, który prosi Polskie Sokoły o występ, także proboszcz miejscowej parafii chce, by od czasu do czasu msza była uświetniona występem chóru. Tak było kiedy do Papanduvy przybyli pielgrzymi z Videiry SC, chcieli bowiem poznać kaplicę pw. Św. Jana Pawła II, która jest dumą tutejszej Polonii. Powstała z inicjatywy i starań tejże. I choć nad jej dachem nie przeleci nigdy prawdziwy sokół, za to często ibis płowy (curicaca) czy garncarz rdzawy (joão-de-barro ), to w jej murach i okolicy słychać modlitwy i śpiewy po polsku.

Zaduszki

Kwiaty, świece, zaduma i deszcz, czyli 2 listopada – Wszystkich Świętych w Brazylii. Podobno tak się składa, że w tym dniu zawsze pada. Przynajmniej w naszym miejscu na mapie czyli w oku leżącej kobiety (kształt stanu Santa Catarina nieodparcie przypomina mi głowę leżącej kobiety). Jej upięte w koński ogon włosy stanowią plaże Santa Catariny. W naszej cudownej geograficznej lokalizacji, we wspomnianym oku, panuje klimat wiecznej wiosny. 

Okoliczna ziemia w dużej mierze zaczęła być uprawiana przez Polaków, później zaczęła przyjmować ich kości. Cmentarze są pełne polskich nazwisk. 2 listopada zapalamy świeczki w dowód pamięci i tęsknoty. W deszczowej i wietrznej krainie mają one specjalne domki, które stawia się na grobie. Znicze, takie jak w Polsce robią furorę, ale ludzie boją się że ukradną. Wokół sztuczne kwiaty i chryzantemy, niby podobnie, ale wystrój grobów jest o wiele skromniejszy niż w Polsce. Przed świętem wszyscy również spieszą na cmentarze, by posprzątać i umyć groby.

Po mszy w kościele, wierni z księdzem idą razem na cmentarz. W tym roku szli najwytrwalsi, deszcz zmusił wielu do pojechania samochodem.

W tym dniu szczególnie ożywa pamięć i wspomnienia o przodkach, którzy przybyli tu z Polski, ich dalszych losach i losach rodziny.

Tu na razie jest trawnik czyli historia pewnej szkoły cz. 1

 Tu na razie jest .. nie ściernisko, ale zryta ziemia. Jeszcze niedawno był tu trawnik, ale teraz będzie... nie San Francisco, ani nie mój bank, lecz POLSKA SZKOŁA. Ziemia jest, zaczniemy budować. Parafrazując Golec Orkiestra, trzymajcie kciuki, aby w sercu południowej Brazylii spełniło się marzenie tysięcy potomków Polaków, którzy przybyli tu w XVIII i XIX wieku, w nieznane, z różnymi oczekiwaniami i nadziejami. Ich życie potoczyło się różnie. W różnym czasie sami lub ich potomkowie trafili do małego miasteczka, ukrytego pośród pagórków stanu Santa Catarina, gdzie majestatyczne brazylijskie araukarie prężą się niczym strażnicy.

Precyzyjniej, miasteczko to leży w oku kobiety, przypominającym kształt stanu Santa Catarina, gdy spoglądam na mapę – urocza głowa z kucykiem i długą szyją. Miejscowość nosi wdzięczną nazwę, która oznacza obfitość odżywczej trawy, regenerującej wyczerpane na podróż bydło w czasach, gdy Gauchos przeganiali bydło z Rio Grande do Sul do São Paulo. To było idealne miejsce na wypoczynek.

Dziś nadal jest to dobre miejsce na popas, ponieważ wszędzie stąd daleko. Jeśli nie masz swojego konia – mechanicznego czy innego – to się nie wydostaniesz. Dziennie kursują tylko dwa autobusy w jednym kierunku, do stolicy sąsiedniego stanu. Miasteczko znajduje się 1000 km od Rio de Janeiro i 1500 km od Buenos Aires, czyli mniej więcej w połowie drogi przez południowoamerykańskie przestwory.

Prawnukowie noszą polsko brzmiące nazwiska, zapisane w różnych fonetycznych wariantach. Właściciele tych nazwisk nie mówią po polsku; zgubili język i tradycje w burzliwym historii Brazylii. Był czas, gdy zakazano tu posługiwania się językami narodowymi, a w użyciu miał być wyłącznie portugalski. Ci, którzy ośmielili się mówić po polsku, byli wzywani na przesłuchania. Przed nimi stawiano szklankę benzyny. Pod groźbą wypłukania polskiego języka z gardła rezygnowali z rozmów w ojczystym języku nawet w domach.

Dziś uporczywie szukają swojej zagubionej polskości i pragną ją odrodzić. Potrzebują tego. Są cudowni, wdzięczni, gościnni, radośni i tak uroczy, gdy ich uszy usiłują wychwycić różnice między naszymi dźwiękami „c”, „ć”, „cz”, „s” i innymi. Wspinają się na wyżyny gimnastyki językowej, ucząc się zadawania pytania o godzinę. Myślę, że to szczęśliwa godzina.

U podnóża Gór Morskich - Wesołe Pole i Święty Benedykt


Ktoś nas zatrzymuje na drodze — zepsuł mu się samochód. Obok stoi opuszczony, stary, drewniany dom. Zarośnięty ogród, w którym ponad chwastami pręży się krzew pomarańczowych cytryn. Gałązki uginają się od ciężaru owoców, biegnę, by mu ulżyć, uwielbiam cytryny. Krzew wspiera się o ścianę domu. Na zaniedbanych grządkach przebijają się przez chwasty i uparcie kwitną jaskrawo czerwone mieczyki — bo nawet chwasty nie są w stanie ich pokonać. Twarde zawodniczki.

Dalej mijamy polski kościół — pusty w tę niedzielę, bo ksiądz chyba "zapisał się na maraton", którego nie może ukończyć, czyli odwiedzić w każda niedzielę wszystkie kościoły, które ma pod swoją opieką. Rozkłada więc siły, pojawiając się tu co drugą niedzielę albo rzadziej.


Moim celem jest Rio dos Cedros. Wodospad i Grota Indianina znajdują się na terenie prywatnej posiadłości i gospodarstwa rolnego. We wnęce skalnej leżą niewielkie stosy kamieni, figurka Czarnej Madonny brazylijskiej i świętych. W przeszłości miejsce to służyło za schronienie miejscowym Indianom — czyli pierwsze „Airbnb” w okolicy, tylko bez Wi-Fi.

Na okolicznych pastwiskach pasą się owce. Niedaleko stąd jest Campo Alegre — Wesołe Pole, czyli owcza stolica. Owce hoduje się i je, a owcze skóry wystarczają na pokrycie domów. Figury owiec śmieją się z każdej witryny sklepowej. W marcu/kwietniu odbywa się tu święto owcy — prawdziwy raj dla miłośników mięsa i skór.

W mieście jest Rajski Wodospad (Cascata Paraíso) — ponad 60 metrów wysokości. Znajduje się w parku miejskim, niedaleko siedziby Urzędu Miejskiego. Kiedyś wodospad służył do produkcji elektryczności, więc można powiedzieć, że pierwsze „zielone” źródło energii miało tu swoją siedzibę. Ścieżka przez las prowadzi na szczyt wodospadu — naturalny punkt widokowy, z którego rozpościera się widok na miasto i góry Serra Dona Francisca. A także na piękny budynek urzędu miejskiego, który wygląda, jakby właśnie wrócił z modowej sesji fotograficznej.

W pobliskim Sao Bento budynek kościoła góruje nad starówką i całym miastem, prężąc się strzeliście na wzgórzu, którego niekończące się schody potrafią wykończyć nawet najbardziej zaprawionych w bojach. Wspiąć się tam to jak dostać się do nieba po schodach — i to co tydzień, w każdą niedzielę. Kto by pomyślał, że religia może być taką formą fitnessu?

W regionie osiadło się sporo imigrantów z Galicji i Prus Wschodnich. Założyli najstarszy w stanie kościół polski w granicach Rio Vermelhio obecnie, a polskie tradycje sątu jak te mieczyki w ogrodzie.


 







Święty obiad

Godzina 12.00 i godzina 17.00 wyznaczają rytm życia Brazylijczyków południowych regionów. Obiad i popołudniowa kawa czyli podwieczorek. Z czego najważniejszy jest obiad. Dokładnie w południe. Nie zdążysz ugotować, nie masz czasu, pracujesz? O dwunastej masz przerwę i pomocną dłoń wyciągają rzesze restauracji otwartych tylko w południe i oferujących duży wybór pyszności na kilogramy. Fasola i ryż muszą być, bo to podstawa brazylijskiej kuchni, ale do tego mnóstwo innych produktów, warzyw i mięs.

Godzina 17.00 to czas na kawę. I przede wszystkim coś do kawy. Nie tylko coś, a sporo. Może być tylko ciastko, albo chleb z dżemem. Dużo słodkiego. I mocna kawa. I kiełbasa, smalec, ser. I jeszcze dżem bananowy na koniec. Piękny zwyczaj podwieczorku.

Gdzieś tam po drodze między posiłkami - chimarrao. Zwłaszcza w podróży samochodem, właśnie samochodem, bo inne środki transportu są w stanie szczątkowym, przynajmniej w południowych stanach. W niedziele można jeździć po wsiach do niedzielnych restauracji na obiad. Przy wyjściu zawsze termos z kawą albo butelka czy beczka z cachaçą – wódką z trzciny cukrowej i kieliszki. Czysta, korzenna, owocowa, do wyboru, do koloru.

I tak w kółko, w oczekiwaniu na święto Festa Nacional do Pinhão, by posmakować orzeszków araukarii.

Jesteś głodny po południu? Marne szanse, że coś zjesz na mieście. Wtedy knajpy serwują tylko lody. W dużych miastach do 15.00 mas szansę coś zjeść. Później trzeba czekać do wieczora, aż zaczną serwować kolację. Tylko w bardzo turystycznych miejscach masz szansę na jakąś pizzę czy burgera o dowolnej porze. Inaczej zęby w ścianę, albo do centrum handlowego. Czyli znów tylko w dużym mieście. Więc przestrzegaj świętych godzin posiłków, albo gotuj sobie w domu.

Numery, numery, kochane numery

 

W Polsce pesel, tutaj cpf, bez numeru nie istniejesz. Przy nazwie firmy obowiązkowo numer. Biurokracja górą, załatwianie spraw trwa, cierpliwość jest cnotą, którą można tu wyćwiczyć.

Zakładanie konta w banku trwało blisko 1,5 godziny, na kartę debetową czekałam ponad miesiąc. Dzwonię do koleżanki, ona odpowiada, że jest banku. W ten sposób wiem, że przez najbliższe 2 godziny nie mam po co dzwonić. Nie skarżę się, wręcz cierpliwie wypełniam wymagane dane, by gdziekolwiek się zarejestrować. Imiona i nazwiska rodziców, adres łącznie z nazwą dzielnicy, cpf, numer konta bankowego wraz z nazwą oddziału banku, gdzie zostało założone. Na mam innego wyjścia. Kartą debetową brazylijską nie można zapłacić w Internecie, wielu sklepach internetowych polską kartą nie zapłacę, bo musi być cpf powiązany z tą kartą.

Gdy chcę podróżować autobusem muszę pamiętać o zabraniu dokumentu ze zdjęciem, nie może być kopia, albo tylko potwierdzona notarialnie. Pojechałam okazją do Florianopolis i okazją musiałam wrócić, bo nie zabrałam żadnego dokumentu ze zdjęciem. Taki numer. Welcome to Brasil. Ale jest też sporo zdrowego rozsądku.

A wymawianie numerów po polsku kładzie na łopatki Brazylijczyków.

Jurerê Internacional – brazylijskie Saint-Tropez i spotkanie z Iemanją

Jurerê Internacional bywa porównywane do europejskich kurortów — w myśl zasady, że Brazylia lubi swoje małe Europy i europejskie nazwy. Szer...