
Autobus z Fortalezy do Paracuru niespiesznie zakręca po lokalnych wioskach. Ceará słynie z suchego klimatu, a jej wybrzeże z piasków i wydm. Tutejsze piaski są doprawdy okazałe i choć to nie Jijoca, przez moment czuję się, jakbym teleportowała się do naszego Słowińskiego Parku Narodowego – tylko w wersji z mocno podkręconą temperaturą.
Ocean ma tu do zaoferowania jeszcze jedną rzecz, którą skrzętnie ukrywa podczas przypływu: gdy woda opada, na plaży wyłaniają się czarne skały (dokładnie takie same rafy koralowo-piaskowcowe jak w Recife). Podczas odpływu woda uwięziona między kamieniami tworzy genialne, naturalne baseny.
Plaża w centrum miasteczka, ciągnąca się wzdłuż wianuszka restauracji, jest tłoczna i hałaśliwa. Gdzie nie spojrzeć, tam piętrzą się puste „głowy” po wypitej wodzie kokosowej. I pachnie tu nie morską bryzą, ale głęboką smażeniną. Na porządne, grillowane mięso zdecydowanie lepiej udać się w głąb miasteczka, z dala od turystycznego zgiełku. „Churrasco z baião de dois – zobaczysz, co to takiego” – słyszę. No to zobaczyłam: przecież to wypisz, wymaluj ryż z fasolą rodem z Beninu czy w ogóle z całej Zatoki Gwinejskiej.Wystarczy jednak odejść kawałek wzdłuż linii wydm, by trafić na zupełnie inną atmosferę: jest pusto, swobodnie i solidnie wieje – ku uciesze kitesurferów i utrapieniu rozdmuchanych fryzur. Można wrócić do domu z piaskiem w zębach, albo o zgrozo, w aparacie. W końcu sierpień w Ceará to wciąż epoka wiatrów, która ma odpuścić dopiero gdzieś w listopadzie. Dalej, tam gdzie pasmo piasków ustępuje miejsca zagajnikom namorzynowym, kryją się urokliwe, kameralne plaże. Tutejsi traktują je niemal jak prywatny teren – okupują je całe rodziny albo paczki znajomych, obowiązkowo z własnym głośnikiem zaciągniętym na piasek i całym piknikowym inwentarzem.
Podobnie jak na całym wybrzeżu Ceará, nie brak tu tradycyjnych łodzi rybackich – słynnych jangadas.
Gdy zobaczyłam je po raz pierwszy, pomyślałam: Czy oni naprawdę wypływają na pełny ocean na tych "deskach surfingowych"?. Bo jangada w swojej konstrukcji to majstersztyk bezczelnej prostoty i odwagi! Zero głębokiego kadłuba, zero luksusów. To właściwie płaska platforma z połączonych pni drewna (lub nowszych kompozytów), która stawia opór falom tylko dzięki siłom fizyki i niezwykłej intuicji rybaków. Na pokładzie mieści się jedynie mały, wylotowy schowek pod podłogą na złowione ryby, skromne drewniane krzesełko-taboret dla sternika i jeden wielki, trójkątny żagiel.
Patrzę na tych gości daleko na morzu i podziwiam ich z pewną dozą niedowierzania. Jak oni się na tym w ogóle utrzymują na falach?! Jangadas występują w wersjach mikro i makro, ale wszystkie łączą żagle w najróżniejszych, krzykliwych kolorach. Kiedy rybacy dobijają do brzegu, sprawnie je zwijają, a ruchomy maszt z zakrzywionym rejem sterczy wtedy w niebo jak wielki, wygięty pałąk.
Te łodzie nie zmieniły się od stuleci nie bez powodu. Są lekkie, nie potrzebują portów ani przystani (z łatwością wyciąga się je bezpośrednio na piasek po pniach drzew), genialnie drfują po płyciznach i... nie toną, bo nie mają kadłuba, który mogłaby zalać fala! Woda po prostu przez nie przepływa. Genialne? Genialne.
Zostawiam więc głośne głośniki za plecami, siadam na piasku i patrzę na ten spektakl kolorowych żagli na tle oceanu.











No comments:
Post a Comment