Ubatuba czyli jak nie zgubić się wśród stu plaż

Wjeżdżając od Taubaté, zjazd ku poziomowi morza odsłania widok, który trudno opisać – trzeba go przeżyć. Ubatuba to miejsce, gdzie morze spotyka góry, a historia Indian Tupinambás miesza się z codziennością rybaków i plażowiczów. Na rondzie w centrum miasta stoi pomnik Cunhambebe, wodza Tupinambás, który w XVI wieku przewodził Konfederacji Tamoios – zjednoczeniu plemion walczących przeciwko portugalskim kolonizatorom. Dziś patrzy spokojnie na kierowców, którzy próbują odnaleźć drogę do kolejnej plaży, a ja zastanawiam się, czy nie uśmiecha się pod nosem, widząc turystów kręcących się w kółko jak w labiryncie. 

W centrum miasta, na molo, stoi latarnia. Rano to królestwo rybaków, którzy wracają z połowów, a wieczorem zamienia się w salon gier pod gołym niebemSoliki mają już na stałe wyrysowane pola do gry. Wystarczy usiąść, wyjąć pionki i kostki, a gra toczy się sama. Atmosfera przypomina południową Europę, tylko zamiast wina króluje woda kokosowa.

Plaża Iperoig to miejsce historyczne, gdzie podpisano pierwszy traktat pokojowy między Portugalczykami a Indianami. Po południu woda mieni się turkusem, ale gdy słońce chowa się za góry, cień ogarnia całą zatokę. Tuż obok znajduje się maleńka Praia Vermelha, idealna na chwilę samotności, a zaraz dalej zatłoczona do granic możliwości Tenório. Tu ręczniki rozkłada się z chirurgiczną precyzją, a pojęcie „przestrzeń osobista” zostaje tymczasowo zawieszone.

Perequê na początku przypomina festyn – dużo ludzi, dużo hałasu. Ale im bliżej ujścia rzeki Indaiá, tym robi się luźniej. Przy odpływie można przejść przez ujście rzeki i znaleźć się na spokojniejszej Praia da Barra Seca – jakby przejść przez magiczne drzwi do innego świata. 

Praia Grande jest najbardziej zatłoczona, bo ma największą infrastrukturę turystyczną, a rowerowa wyprawa prowadzi mnie na plaże Toninhas i Enseada, gdzie droga wzdłuż wybrzeża to wyzwanie, ale nagroda w postaci widoku oceanu wynagradza każdy podjazd.

W Brazylii nazwy plaż często się powtarzają – Vermelha, Grande, Barra Seca. Jakby kreatywność skończyła się po setce nazw. Efekt jest taki, że czasem nie wiem, czy jestem w Ubatubie, São Francisco do Sul, Florianópolis czy Palhoça. Ale może właśnie w tym tkwi urok – każda „Praia Grande” jest wielka na swój sposób, a każda „Vermelha” ma własny odcień czerwieni. 

Ubatuba to ponad sto plaż, historia Indian Tupinambás i codzienność rybaków. To miejsce, gdzie można zgubić się w tłumie na Tenório albo odnaleźć ciszę na Vermelha. A rondo z Indianinem przypomina, że zanim pojawili się turyści z ręcznikami, byli tu wojownicy, którzy walczyli o swoją ziemię. Ubatuba to miejsce, gdzie góry wpadają do oceanu bez pytania o zgodę, a historia Indian Tupinambás spokojnie sąsiaduje z klapkami, deskami surfingowymi i lodami na patyku.
Czy warto? Zdecydowanie tak – choćby po to, by samemu sprawdzić, czy Cunhambebe naprawdę się uśmiecha.


























Aparecida - brazylijska Częstochowa w wersji XXL

Najpierw muszę zjechać z gór Mantiqueira w stronę Doliny Paraiby, a dopiero potem złapać Dutrę – autostradę łączącą São Paulo z Rio. Dutra, która wcześniej kojarzyła mi się wyłącznie z traktorami, tym razem okazuje się drogą prosto do Aparecidy. Bazylika wyrasta na horyzoncie – widać ją z daleka, a wjazd na gigantyczny parking to dopiero początek. Parking tak wielki, że można by tam zgubić nie tylko samochód, ale i całe pielgrzymki. Tu wszystko jest ogromne: sama bazylika, parking, patio de comida, deptak.

Na zachodzie rozciąga się Mantiqueira, na wschodzie Góry Morskie. Punkty widokowe są wszędzie – jakby ktoś chciał, żeby pielgrzymi mieli nie tylko duchowe, ale i krajobrazowe przeżycia. Rzeczywiście zbudowane to z rozmachem, na przyjęcie tłumów pielgrzymów-turystów.

Na słynnej Passarela da Fé ludzie pokonują trasę na kolanach. Jest to tzw. Most wiary lączy nową


bazylike ze starą, ale zanim się do niej dotrze trafia sie do supermarketu – bo nie wiem jak inaczej nazwac to, co z drugiej strony tej kładki - wyjście z drugiej strony prowadzi na stare miasto i do pierwszej bazyliki. W porównaniu z nową wygląda jak zwykły kościółek, podczas gdy ta nowa jest gotowa przyjąć tysiące wiernych naraz.

Wtorek, więc tłumów nie ma. Msza w kościele, sklepy i muzea religijne działają jak zawsze. Droga krzyżowa prowadzi do Parku trzech rybaków. Tam atrakcje mnożą się jak grzyby po deszczu: domy rybaków, trasa wszystkich cudów Matki Boskiej z Aparecidy, rozlewiska rzeki z drewnianą kładką i na końcu rezerwat ptaków. Po co? Pewnie, żeby zwiększyć atrakcyjność turystyczną – bo wiadomo, cuda cudami, ale papuga też musi się gdzieś pokazać. Papug mam juz dosyć, tukana chciałam zobaczyc. Nie pokazał sie.

Ale prawdziwą atrakcją jest Amanda – przewodniczka. Amanda, trzeba ją poznać. Sklep z pamiątkami jest ciekawszy niż ten w podziemiach bazyliki. Drewniane kapliczki z Matką Boską z Aparecidy są naprawdę piękne. Jedna z atrakcji parku, czyli podróż łódką, akurat nieczynna. Na pocieszenie można pogadać z Amandą – i to jest atrakcja, której nie da się zamknąć na klucz.

A i jeszcze wielki pomnik trzech rybaków z łódką – chyba najsłynniejszych rybaków w Brazylii.

A Paraiba płynie spokojnie, obojętna na całe zamieszanie, jakie zrobiono na jej brzegu. Może skrywa kolejne cuda na dnie, ale nie zdradza ich nikomu.

W sąsiedztwie bazyliki jest wzgórze z pomnikiem. Stamtąd figura Matki Boskiej Aparecidy spogląda na całe zamieszanie w dole. Mirante da Santa – Aparecida. Widok na zachód słońca stamtąd jest naprawdę cudowny – taki, że nawet najbardziej zmęczony pielgrzym zapomina o bolących kolanach.



W trójcy jedyny – Monge w Papanduvie

Florentyna otwiera drzwi i przyjaznym uśmiechem zaprasza do środka. Dom dziadków Marii Luizy w Iracemie wygląda zwyczajnie, ale jego drewniane ściany pamiętają więcej, niż mogłoby się wydawać. Podczas wojny Contestado mieściło się tu wojsko. Obok domu stoi krzyż – dziś betonowy, ale pierwotnie był drewniany. Drewniany pozostał tylko Chrystus, wyrzeźbiony, jak się szacuje, w 1914 roku.

To pamiątka po mnichach–wieszczach, uzdrowicielach i cudotwórcach, którzy wędrowali po południu Brazylii od końca XIX do pierwszej połowy XX wieku. W czasach, gdy medycyna i edukacja docierały w głąb kraju jedynie szczątkowo, to oni dawali ludziom nadzieję – łącząc religię, ziołolecznictwo i cuda w jedno. Dla biednych byli jedynym oparciem, by stawić czoła nędzy i beznadziei.

Jeden z takich krzyży, właśnie obok domu, gdzie dziś mieszka Florentyna, zostawił sam José Maria – legenda regionu, który podobno spędził tu trochę czasu w gościnie. Upamiętnia go pomnik w Papanduvie. Zmieniał miejsce kilkakrotnie, bo mieszkańcy wierzyli, że wszelkie nieszczęścia miasta były związane z jego lokalizacją. Najgorzej było, gdy ustawiono go przed ratuszem – podobno wtedy klęski mnożyły się najbardziej.

Postać José Marii jest jednak znacznie bardziej złożona i tajemnicza. Historycy i badacze regionu są zgodni co do jednego: nie był on jedną osobą, lecz zlepkiem biografii co najmniej trzech różnych postaci, które w pamięci ludowej stopiły się w jedną legendę.

Pierwszym z nich był João Maria d’Agostini, włoski pustelnik i wędrowny asceta, który pojawił się w południowej Brazylii w połowie XIX wieku. Żył skromnie, leczył ziołami, modlił się, nauczał prostych ludzi i zostawiał po sobie krzyże oraz źródła uznawane za cudowne. Nie nawoływał do walki – raczej do pokuty, modlitwy i moralnej odnowy. To on zapoczątkował tradycję „świętych mnichów” João Marii.

Drugą postacią był João Maria de Jesus, równie tajemniczy wędrowiec, który działał pod koniec XIX
wieku. Kontynuował dzieło poprzednika, ale jego nauki nabrały już bardziej mesjanistycznego charakteru. Przepowiadał katastrofy, zapowiadał koniec starego porządku i nadejście sprawiedliwości dla ubogich. Dla wielu był prorokiem, dla władz – niepokojącym fanatykiem. To z nim wiązano coraz więcej cudów i objawień.

Trzeci, najbardziej znany i najbardziej dramatyczny, to José Maria de Santo Agostinho – faktyczny przywódca duchowy chłopów podczas wojny Contestado. Był byłym żołnierzem, znachorem, charyzmatycznym kaznodzieją. Głosił, że jest wysłannikiem Boga, uzdrawiał, organizował wspólnoty religijne i zapowiadał nadejście nowego, sprawiedliwego świata. Zginął w 1912 roku w starciu z wojskiem, ale jego śmierć tylko wzmocniła mit – wielu wierzyło, że nie umarł, lecz powróci.

W ludowej wyobraźni trzech João Maria stało się jednym José Marią: uzdrowicielem, prorokiem i męczennikiem. Kimś, kto łączył w sobie religię, opór wobec władzy i nadzieję na lepsze jutro. Kimś, kto „był po stronie biednych”.

W Papanduvie pamięć o nim wciąż jest żywa. Przypomina, że historia nie zawsze mieści się w podręcznikach – czasem żyje w opowieściach, w krzyżach przy drogach, w domach takich jak ten Florentyny.

Wśród pól, lasów i drobnych przydrożnych znaków legenda nadal oddycha.
To więcej niż opowieść.
To część duchowego krajobrazu regionu.



MASP: boa dusiciel, czerwona rama i jedna wielka sala

Jest wtorek. A we wtorki MASP jest za darmo.
To wystarczy, żeby wiedzieć, co mnie czeka.

Kolejka stoi długa i pokręcona jak boa dusiciel, którego spotkałam w ekwadorskiej Amazonii. Zawija się, skręca, zawraca i wcale nie wygląda, jakby miała szybko zniknąć. Ale nie ma wyjścia – MASP to must see. Najsłynniejsze muzeum Sao Paulo (São Paulo). Punkt obowiązkowy. Nawet jeśli trzeba odstać swoje.

Na Avenidzie Paulista jego bryła zwraca uwagę od razu. Tego budynku nie da się pomylić z żadnym innym. Betonowy kolos zawieszony w powietrzu, oparty na czterech masywnych, czerwonych filarach. Pod nim – pusta przestrzeń, vão livre, plac, przez który przechodzi miasto: protesty, targi, spotkania, codzienne życie. Budynek nie stoi. Budynek wisi. Projekt Liny Bo Bardi – surowy, odważny, bez kompromisów. Modernizm w wersji brazylijskiej.

Wchodzę do środka i tu kolejna niespodzianka.
Nie ma labiryntu sal. Nie ma zwiedzania „od pokoju do pokoju”.

Jest jedna wielka sala.

Ogromna, otwarta przestrzeń, a w niej obrazy ustawione na szklanych sztalugach. Stoją w powietrzu. Bez ścian. Bez ramek przytwierdzonych do murów. Można obejść je dookoła, zajrzeć z tyłu, przeczytać opisy, a potem znów spojrzeć na twarz świętego, madonny albo zupełnie świeckiego bohatera. Sztuka nie jest tu przyklejona do ściany. Jest obecna. Na równych prawach.

To zderzenie robi wrażenie.
Klasyczne malarstwo w brutalistycznym wnętrzu.
Europa, Brazylia, Afryka, różne epoki, różne style — wszystko razem, w jednej przestrzeni, bez hierarchii narzuconej korytarzami.

Ludzie krążą między obrazami jak po miejskim placu. Przypadkowe spotkania. Zatrzymania. Powroty. MASP nie prowadzi za rękę. Trzeba samemu zdecydować, gdzie się zatrzymać i na jak długo.

I chyba właśnie o to chodzi.

Wychodzę zmęczona, ale zadowolona.
Wtorek się opłacił. Boa dusiciel odpuszcza.
A MASP zostaje w głowie – nie tylko jako muzeum, ale jako doświadczenie przestrzeni.







Brazylijski Dubaj

Gdy droga zaczyna opadać krętą serpentyną, kończy się ściana splecionego ze sobą mocno lasu atlantyckiego. I kończą się też araukarie. Za to jest więcej palm. Między Joinville, a Florianopolis jest bardzo prawdopodobne zmotoryzowany wędrowcze, że będziesz stał w korku, na różnym odcinku. Masz masz na medytacjęplanowania życia i ewentualnie załatwiania pilnych spraw telefonicznych.Podczas gdy niewątpliwie będziesz tkwić w korku, możesz też zająć oczy widokiem drapaczy chmur Balneário Camboriú – które, swoją drogą, wyglądają dużo bardziej efektownie nocą – albo nie mniej gęsto upakowanych wieżowców Itapemy.

Buduje się same wieżowce, nie buduje się dróg. W czasie wakacji, gdy cały interior Santa Catariny chce jechać na plażę, począwszy od długiej szyi blisko granicy z Argentyną, aż po plaże we włosach leżącej kobiety i mając do wyboru tylko 2 drogi, korki są pewne jak fakt, że Brazylijczyk kocha feijoadę!. Że jest mało dróg to jedno, poza tym często zdarzają się wypadki.

Wieżowce w Itapemie przytłaczają swoją gęstością – z ziemi trudno dostrzec niebo, a z mieszkań, jeśli nie ma się mieszkania na ostatnim piętrze, trzeba się mocno wychylać przez okno, by zobaczyć choć trochę pogody. Okna zaglądają w okna sąsiadów, czyli widok ogranicza się do sypialni, salonów, pralni lub basenów. Rośliny doniczkowe to jedyny prawdziwy świat flory w Itapemie – poza niskimi krzewami przy deptaku nad plażą. Drzew jest tutaj na wagę złota – może pięć na całe miasto. Kto by się nimi przejmował, kiedy może podziwiać 25-piętrowce?

Mimo to wszyscy chcą tu przyjechać na wakacje. Podziwiać kolejne budujące się 25-piętrowce, obcować ze sobą na plaży ciało przy ciele, chronić się przed wiatrem za ciałami innych, ocierać się o ciała w wodzie, by się nie utopić chyba. Wszędzie widać wyznawców zasady – w tłumie raźniej. W kolejce w lodziarni, pizzerii czy innej burgerowni czeka się w kolejce na ulicy na stolik. na ulicach nieustanny tłum ludzi i samochodów przeciskających się między wieżowcami. Jedynym wyjątkiem jest japońska restauracja, która – jakimś cudem – świeci pustkami. Chyba nikt nie ma siły na sushi po takiej dawce betonu i hałasu.

Mocny wiatr unosi latawce z taką prędkością, że trudno za nimi nadążyć w tłumie. Hałas, zgiełk, gwar, tłok, ścisk i jazgot i inne słowa ze słownika synonimów nie oddają pełni tego zgiełku.

W tym natłoku budynków, ludzi i samochodów jest jednak uroczy zakątek, tam, gdzie rzeka uchodzi do oceanu. Tam panuje inny tłum – natłok figurek świętych, z Matką Boską z Aparecidy na czele. Kucam i przyglądam się im. Czuję nagle lekki dotyk na ramieniu – po chwili znowu. Odwracam głowę i widzę wpatrzoną we mnie psią mordę.

P.S. W Dubaju było więcej przestrzeni, powietrza. i ciszy. Ale czy tam mają feijoadę? Nie pamietam.

Ibirapuera: w dół z Paulisty, w historię i w czarne łabędzie

Od Avenidy Paulista droga schodzi ostro w dół. Bardzo ostro. Już myślę z obawą, że z powrotem trzeba będzie się wspinać. No tak, Paulista położona jest wysoko. Tak właśnie trafiam do Ibirapuera – największego parku w Sao Paulo (São Paulo).

Z daleka widać coś, czego nie da się przeoczyć.
Ogromną rzeźbę. Kamień w ruchu. A właściwie mający sprawiać wrażenie ruchu, bo tak naprawdę wysiłek wydaje się podejmować tylko ostatnia osoba pchająca łódź.

To Pomnik Bandeiras.

Hołd dla bandeirantów – ludzi, którzy w XVII i XVIII wieku zapuszczali się w głąb lądu w poszukiwaniu ziemi, bogactw i wszystkiego, co dało się znaleźć. Taki był pretekst, a powodem było szukanie, łapanie Indian i później sprzedawanie jako niewolników. Pomnik ma ponad 40 metrów długości. Jest ustawiony dokładnie na osi południowy wschód – północny zachód, w kierunku, w którym ruszali "odkrywcy". 

Kilka kroków dalej, po lewej stronie, wyrasta obelisk.
Ale to nie jest zwykły obelisk do obejrzenia i pójścia dalej.

To Mauzoleum Bohaterów 1932 roku – miejsce pamięci o Rewolucji Konstytucjonalistycznej w São Paulo. Nie muzeum, lecz pomnik nagrobny. Spoczywają tu szczątki kilkuset bojowników, którzy walczyli przeciwko rządowi Getúlio Vargasa. Walczyli o konstytucję, o autonomię stanu, o to, by São Paulo nie zostało zepchnięte na margines. Przegrali militarnie, ale kilka lat później Brazylia otrzymała nową, bardziej liberalną konstytucję.

W środku – mozaiki opowiadające dzieje powstania. Cisza. Chłód. I świadomość, że park zaczyna się od bardzo poważnych tematów.

A potem - park się otwiera.

Ibirapuera to nie miejsce „na chwilę”. To miejsce „na cały dzień”. Albo dwa, albo na codzienne bieganie.

Nie wiem, jak długo stałam nad jeziorem, gapiąc się na czarne łabędzie. Ich swoisty taniec na wodzie, gdy się myją, hipnotyzuje. Czas przestaje istnieć. São Paulo też na moment znika.

Wchodzę do Muzeum Afro-Brazylijskiego i wiem, że tu można utknąć na długo. Brazylia przyjęła najwięcej Afrykanów wywiezionych siłą z ich ziem. Eksponaty - maski, stroje, symbole.

Benin, Togo, Ghana. Królowie Dahomeju i Asznti. Afryka Zachodnia. Wspomnienia. męczące wspomnienia, od tego świata chcę odpocząć. Te same elementy widziane niedawno, dopiero co „w naturze”, w użyciu, w życiu codziennym. A tu – za szkłem. Jako muzealne obiekty. Dziwne uczucie. Bo tam wciąż żyją. A tu opowiadają historię o wykorzenieniu.

Wychodzę z muzeum i znów jestem w zieleni.
Ibirapuera wciąga powoli. Bez pośpiechu. Z historią, sztuką, ciszą i miejscem na własne myśli.

Ipiranga – bieg pod górkę, zamknięte drzwi i niepodległość

Gdy Muzeum Ipiranga ma darmowy wstęp, liczba chętnych do zwiedzania jest większa niż jego monumentalne mury są w stanie pomieścić. Efekt? Zamykają wejście wcześniej. Demokracja demokracją, ale limity swoje prawa mają.

Wysiadam z metra i pod górkę. Ta dzielnica Sao Paulo (São Paulo) jest położona wysoko i nie da się tego ukryć, zwłaszcza gdy biegnie się z wywieszonym językiem, marząc o klimatyzowanych salach muzeum. Po drodze zahaczam jeszcze o muzeum historii naturalnej – wśród zakonserwowanych, martwych zwierząt panuje ruch i gwar jak w ulu. Wakacje szkolne: rodziny z dziećmi, plecaki, wózki i decybele w pakiecie.

W końcu docieram do celu – Muzeum Ipiranga, oficjalnie Museu Paulista. To właśnie ten okazały „zamek” w stylu klasycystycznym chciałam zobaczyć najbardziej. Budynek wygląda jak przeniesiony prosto z Europy: symetria, kolumny, monumentalne schody i ogrody jak z pocztówki. I wtedy - ochrona mówi: zamknięte. Za dużo ludzi w środku. Zapraszamy jutro.

Chwila ciszy. Chwila dramatu.
Ale jest promyk nadziei – podobno mogę jeszcze wejść na wystawę obrazów na najniższej kondygnacji. I udało się!
Podziwiam m.in. pejzaże okolic Ipirangi z końca XIX wieku – krajobraz spokojny, zielony, zupełnie inny od dzisiejszego São Paulo.

A nawet jeśli ktoś nie dostanie się do środka muzeum, to i tak nie wyjdzie zawiedziony. Całość znajduje się bowiem w Parku Niepodległości, ogromnym i bardzo reprezentacyjnym parku. To właśnie tutaj stoi Pomnik Niepodległości Brazylii – potężny, monumentalny, z kryptą pod spodem, w której spoczywają szczątki cesarza Pedra I i jego żon. Bo to właśnie w tym miejscu, nad strumieniem Ipiranga, w 1822 roku padły słynne słowa „Independência ou Morte!” i Brazylia ogłosiła niepodległość.

Morał z tej historii?
Czasem warto biec pod górkę, nawet jeśli drzwi się zamykają tuż przed nosem. Bo historia, sztuka i niepodległość potrafią poczekać, a park zawsze stoi otworem.

Ubatuba czyli jak nie zgubić się wśród stu plaż

Wjeżdżając od Taubaté, zjazd ku poziomowi morza odsłania widok, który trudno opisać – trzeba go przeżyć. Ubatuba to miejsce, gdzie morze spo...