Guaíba - spacer do rzeźni, która już niczego nie przerabia


Od drodze mijam ruiny targowiska. Kiedyś musiało tu być głośno, tłoczno, pachnieć rybą, warzywami i negocjacjami. Dziś zostały tylko ściany i cisza. Cisza, która w ruinach brzmi zawsze trochę głośniej niż powinna.

Ibirapuera: w dół z Paulisty, w historię i w czarne łabędzie
Spacer zaczynam od dworca wodnego. Nie wiem czy to właściwa nazwa na terminal hidroviário, zakładam że tak i idę dalej, nie wdając się w semantykę.

Idę dalej i dochodzę do ruin rzeźni. I to nie byle jakiej. Wielka to była rzeźnia. Taka z rozmachem, jakby mięso miało tu nigdy się nie skończyć. Teraz kończy się wszystko — beton, stal, historia.

Nikogo tu nie ma.
Przynajmniej przez chwilę.

Z ruin wyłania się pies. W pysku trzyma martwego ptaka. Przechodzi obok mnie spokojnie, jakbyśmy oboje znaleźli się w tej samej, bardzo symbolicznej scenie. Pies znika. Ptaka już nie potrzebuje. Metafora nasuwa się sama, ale nie będę jej tłumaczyć — niech każdy weźmie swoją.

Ruiny rzeźni w Guaíba, w stanie Rio Grande do Sul, to jedno z tych miejsc, które nie mają wielkiej, oficjalnej legendy ani tablicy informacyjnej z datą otwarcia i zamknięcia. To raczej opuszczony obiekt przemysłowy, który z czasem stał się atrakcją samą w sobie. W internecie funkcjonuje pod hasłem abandoned slaughterhouse i przyciąga ludzi z aparatami, miłośników urbexu i wszystkich, którzy lubią miejsca z charakterem — tym surowym, trochę mrocznym.

Nie ma tu jednego monumentalnego budynku ani spektakularnej katastrofy w tle. Jest za to atmosfera. Betonowe hale, zardzewiałe elementy, puste przestrzenie, w których łatwo uruchamia się wyobraźnia. I cisza, która mówi więcej niż niejedna wystawa.

Co warto wiedzieć?
Rzeźnia znajduje się w Guaíba, niedaleko Porto Alegre. Jest opuszczona, industrialna, fotogeniczna w sposób nieoczywisty. Idealna dla tych, którzy wolą ruiny od muzeów i pytania od odpowiedzi.

Wracam tą samą drogą. Wodny tramwaj kursuje dalej, jezioro Guaíba wygląda niewinnie, jakby nigdy nic się tu nie działo. A rzeźnia? Rzeźnia została. Milcząca. Już niczego nie przerabia. Teraz przerabia przechodniów.

I czasem — jak dziś — podróżnicze myśli.



Cztery owoce z lasu, który wciąż oddycha

Produkt z jabuticaby

Nie tęsknię za jabłkami.
Może dlatego, że na południu Brazylii jabłka nie są potrzebne do szczęścia. Choć są obecne — nawet niedaleko stąd znajduje się ich brazylijska „stolica”.

Wystarczy kawałek drogi między Papanduvą a mniejszymi miejscowościami Santa Catariny, kilka kilometrów asfaltu przeciętego zielonymi wyspami. To nie jest już ten Las Atlantycki, który kiedyś ciągnął się bez końca. Dziś to pozostałości — skrawki, enklawy, las gdzieniegdzie. Ale te resztki mają się zaskakująco dobrze. A może właśnie dlatego, że są resztkami, wciąż potrafią zaskakiwać.

Szczególnie wtedy, gdy owocują.

Cerejinha-de-Mattos – czeresieńka Mattosa


Niepozorna, niemal niezauważalna. Cerejinha-de-Mattos (Eugenia mattosii) nie trafia na targi i nie robi kariery eksportowej. Rośnie w cieniu lasu, przy drogach, na obrzeżach dawnych puszczańskich terenów. Małe, ciemne owoce przypominają wiśnie, ale smakują inaczej. Bardziej dziko. Bardziej leśnie.
To owoc, który mówi: jestem stąd. I nie potrzebuje reklamy.







Pitanga – może to zapach Brazylii

Pitanga jest jak Brazylia w pigułce. Intensywna, aromatyczna, lekko kwaśna, czasem słodka, czasem zaskakująco cierpka. Jej zapach unosi się w powietrzu, zanim jeszcze zobaczy się drzewo.
Pitangi nie trzeba sadzić — ona wraca sama, jeśli tylko pozwoli się lasowi zostać choć na chwilę. Dla ptaków to uczta. Dla ludzi — smak dzieciństwa i podwórek, gdzie owoce jadło się prosto z drzewa.






Cereja do Rio Grande – południowa arystokratka

Najbardziej elegancka z tej czwórki. Cereja do Rio Grande ma kolor głębokiego bordo i smak, który spokojnie mógłby konkurować z europejską czereśnią — gdyby ktoś w ogóle chciał je porównywać. Ale po co?
To owoc południa Brazylii: chłodniejszych poranków, mgieł nad polami i lasów, które nie chcą całkiem zniknąć.

Jabuticaba – owoc, który rośnie na pniu

A potem jest jabuticaba — owoc, który wciąż wygląda jak żart natury. Dlaczego nie na gałęziach, jak wszystkie „normalne” owoce? Czy chce się wyróżnić? Ciemne, niemal czarne kuleczki wyrastają bezpośrednio z pnia drzewa, jakby las postanowił złamać wszystkie botaniczne zasady.
Jabuticaba nie znosi pośpiechu. Owocuje krótko, intensywnie, a potem znika. Trzeba być na miejscu, w odpowiednim czasie. Może dlatego smakuje tak dobrze — bo uczy uważności. I cierpliwości.

Między lasem a ogrodem

Co ciekawe, te owoce nie należą już wyłącznie do dzikiej natury. Cerejinha-de-Mattos, pitanga, cereja do Rio Grande i jabuticaba coraz częściej rosną także w przydomowych ogrodach. Przenoszą fragment Lasu Atlantyckiego bliżej ludzi — na podwórka, działki, do codziennego życia. Są dowodem na to, że ochrona przyrody nie zawsze oznacza oddzielenie. Czasem oznacza zaproszenie.

Las, który trwa

Las Atlantycki nie jest już oceanem zieleni. Jest archipelagiem. Ale właśnie w tych wyspach widać, jak silna potrafi być natura. Te cztery owoce rosną lepiej niż jabłonie, bo są u siebie. Nie wymagają nostalgii ani importu wspomnień z Europy.

Nie tęsknię za jabłkami.
Bo kiedy w resztkach lasu atlantyckiego — i w ogrodach obok domów — dojrzewają cerejinha-de-Mattos, pitanga, cereja do Rio Grande i jabuticaba, wiem, że ten las, choć pocięty, wciąż oddycha. I karmi.

Do Luminosy. Deszcz, pielgrzymi i bardzo słodki jogurt

Wyruszam z Canto Galo — wiejskiego rejonu należącego do São Bento do Sapucaí. Stąd prowadzi szlak w stronę stanu Minas Gerais, do Luminosy. Mantiqueira jeszcze spokojna, choć już nieco zamyślona. Po chwili zaczyna padać deszcz. Taki, który nie zniechęca, tylko ustawia rytm marszu.

Tędy biegnie również fragment Caminho da Fé, szlaku pielgrzymkowego prowadzącego do Aparecidy. Spotykam pielgrzymów: z kijami, lekkimi plecakami i pękami wstążeczek. Zawiązują je po drodze — na płotach, gałęziach, znakach. W każdym supełku ukryta jest jakaś intencja: prośba, modlitwa, życzenie.

João i Pedro idą już czwarty dzień. Nie są z daleka, ale do Aparecidy zostały im jeszcze cztery dni marszu. Są też rozśpiewane kobiety — idą lekko, bez bagażu. W Brazylii pielgrzymuje się wygodnie: plecaki jadą samochodem na zaplanowany nocleg, pielgrzym idzie tylko z tym, co najważniejsze. Ciało, intencja, droga.

To jeden z tych szlaków, gdzie widok pojawia się wcześniej niż zmęczenie. Luminosę widać pięknie nawet przy pochmurnej pogodzie — rozlaną po zboczu, jakby ktoś rozsypał domy na zielonej tkaninie gór. Deszcz tylko podkreśla kolory.

Canto Galo – Luminosa to odcinek znany i wymagający. Ikoniczna Serra da Luminosa

— około 7,5 kilometra podejścia, średnio ponad 11%
nachylenia. Raj widokowy, wyzwanie dla nóg. Część Caminho da Fé, część przygody, część próby charakteru. Dla pieszych i rowerzystów.

Tuż przed wejściem do Luminosy, jakieś 200–300 metrów wcześniej, stoi sklep. Sklep idealnie ustawiony — przechwytuje wszystkich spragnionych. Widok ma piękny, a w ofercie jogurt domowej roboty. Oczywiście w wersji brazylijskiej, czyli bardzo słodkiej. Ale po deszczu, po drodze, po górze — smakuje dokładnie tak, jak powinien.

Luminosa wita spokojnie. Bez fajerwerków.
Jak miejsce, które wie, że i tak się je zapamięta.

Bo do Luminosy nie przychodzi się tylko po widoki.
Przychodzi się tu, żeby zwolnić, zmoknąć, pomyśleć chwilę dłużej niż zwykle.
Żeby zobaczyć, że jedni idą z intencją zawiązaną na wstążce, inni z pytaniem w głowie, a jeszcze inni — po prostu przed siebie.

Droga wszystko przyjmuje.
Deszcz. Zmęczenie. Prośby. Bardzo słodki jogurt.

A kiedy już się dochodzi, okazuje się, że najważniejsze wydarzyło się po drodze.
W powrotnej drodze nad głową przeleciał tukan.




Campos do Jordão, czyli Europa w promocji

Mówią o nim: „szwajcarska perła Brazylii”. A ja myślę: jeden wielki supermarket, tyle że w europejskim przebraniu. Wszystko tu jest. Wszystko się błyszczy. Wszystko jest na sprzedaż. I wszystko ma stylizowane okiennice.

Trzydzieści lat temu były tu — jak starsi wspominają — dwie knajpy na krzyż. Dziś krzyżują się tu restauracje, kawiarnie, sklepy z czekoladą, fondue, pamiątkami i pamiątkami z pamiątek. Europa w wersji południowoamerykańskiej: trochę Alp, trochę Bawarii, trochę niczego konkretnego, ale za to dużo drewna i dachów w spiczki.

Miasto żyje z wrażenia. Wrażenia chłodu. Wrażenia gór. Wrażenia „tu jest inaczej”. I trzeba przyznać — wrażenie robi.

Wjeżdżam kolejką linową na Pico do Elefante. Sama kolejka jest atrakcją, a widok z góry — naprawdę piękny. Miasto rozłożone poniżej wygląda jak makieta: równe linie dachów, zielone plamy drzew, drogi wijące się jak w folderze turystycznym. Na chwilę zapomina się o supermarketach.

Potem ruszam dalej — Pico do Itapeva, 2032 metry nad poziomem morza. Brzmi obiecująco. Bardzo obiecująco. Tyle że na górze… rozlane mleko. Nic nie widać. Chmury rozłożyły się gęsto, szczelnie, jakby ktoś zapomniał zakręcić niebo.

Widok? Trzeba go sobie wyobrazić. A wyobraźnia pracuje intensywnie, bo podobno przy dobrej pogodzie można stąd zobaczyć pół regionu. Dziś jednak region postanowił zachować swoje tajemnice.

Campos do Jordão ma w sobie coś paradoksalnego. Z jednej strony jest pięknie położone, z dostępem do natury, gór i punktów widokowych. Z drugiej — wszystko tu jest trochę za bardzo. Za dużo sklepów. Za dużo stylizacji. Za dużo „alpejskości”.

Ale może właśnie o to chodzi. To miasto nie udaje już, że jest czymś innym. Ono po prostu sprzedaje marzenie — o Europie, o chłodzie, o weekendzie innym niż wszystkie.

Kupujesz kawę. Kupujesz czekoladę. Kupujesz widok.
A czasem nawet… mgłę. I jedziesz dalej.

Ale zanim wyruszysz w drogę, nie zapomnij o czekoladzie! W Campos do Jordão czekolada jest niemal obowiązkowa, a jej świątynią pozostaje działająca od 1991 roku Fábrica de Chocolate Araucária — synonim jakości i tradycji, przynajmniej według wszystkich materiałów promocyjnych.

To miejsce zaprojektowane tak, by nikt nie wyszedł rozczarowany ani głodny. Jest tu tradycyjna fabryka czekolady rzemieślniczej, sklep wypełniony słodkościami, przytulna kawiarnia, lodziarnia z „unikalnymi smakami”, świeżo smażone churros, domowe konfitury oraz urocze Muzeum Czekolady, które skutecznie łączy edukację z degustacją.

Rodziny z dziećmi są zachwycone, dorośli też — bo czekolada w górach zawsze smakuje lepiej, zwłaszcza gdy można ją kupić w wielu odsłonach i zabrać ze sobą jako dowód, że „było się w tej małej Europie”.

Campos do Jordão bez czekolady byłoby jak chalet bez drewna — teoretycznie możliwe, ale po co ryzykować?

I kiedy dzielę się swoimi wrażeniami z Campos z właścicielem włoskiej knajpy w Santo Antonio, dziwi się, że nie odwiedziłam Bosque do Silêncio. Następnego dnia wracam do Campos, by przekonać się,  że Campos do Jordão to nie tylko restauracje, sklepy i czekolada na każdym roguBosque do Silêncio to nowy park. Nazwa obiecująca — i w dużej mierze dotrzymana, choć nie w weekendy ani w święta.

To przestrzeń zaprojektowana tak, by wyciszać, choć bywa, że cisza ustępuje tu rozmowom i krokom spacerowiczów. Park jest trochę cukierkowy, bardzo zadbany, efektowny, stworzony z myślą o odwiedzających. Mimo to spełnia swoją rolę: pozwala na chwilę oddechu od miasta, które na co dzień gra na wysokich obrotach.

Nie ma tu alpejskich stylizacji ani udawania Europy — jest las, ścieżki i światło przesączające się przez drzewa. Mantiqueira w wersji uporządkowanej, estetycznej, przygotowanej do oglądania.

Bosque do Silêncio nie udaje dzikiej natury. Jest raczej zaproszeniem do spokojniejszego tempa. I to, nawet w swojej „cukierkowej” odsłonie, czyni go jednym z przyjemniejszych przystanków w Campos do Jordão.

Santo Antônio do Pinhal, czyli miasteczko, któremu niczego nie brakuje (choć niby nic nie ma)

Wreszcie Serra da Mantiqueira.
Drugi najdłuższy łańcuch górski Brazylii — i od razu wiadomo, że to nie będzie zwykły przystanek. Powietrze inne. Serra da Mantiqueira wdzięczy się i jakby rywalizuje z Serra do Mar o to, która z nich może pochwalić się bogatszym repertuarem roślin. Na pierwszy rzut oka są podobne, a jednak każda ma swój własny charakter i inne niuanse zieleni. A ja czuję się jak w domu, widząc znów araukarie.

Na wjeździe do Santo Antônio do Pinhal wita mnie budynek informacji turystycznej. Zamknięty. Trochę jak zapowiedź: „radź sobie sam”. Paradoksalnie — turystów to zupełnie nie zniechęca. Może nawet działa jak wyzwanie.

Na koniec Pico Agudo — punkt widokowy na wysokości 1634 m n.p.m. Jeśli ma się szczęście 
i dobrą widoczność, widać Taubaté, sporą część Doliny Paraíby, aż po Serra do Mar. Z drugiej

strony — Mantiqueira z charakterystyczną Pedrą do Baú, najbardziej rozpoznawalnym szczytem regionu.

To miasteczko turystyczne. Małe. Około 7 tysięcy mieszkańców, z czego połowa mieszka „w samym miasteczku”, a reszta rozsypana po okolicznych wzgórzach. Żyje z turystyki — i to widać od razu. Restauracje, pousady, sklepy z pamiątkami, ogród botaniczny. Wszystko gotowe na gości.


A jednak - jest tu też coś więcej.


Od czasu do czasu odbywają się warsztaty. Na przykład filozoficzne Arte do Amor. Brzmi pięknie, trochę enigmatycznie. O co chodzi? O to by dawać. Produkować. Zmienić siebie tak, by móc dawać — albo wytwarzać coś, co ma sens. Z taką lekcją się stąd wychodzi. I to pasuje do miejsca.

Santo Antônio do Pinhal powstało wokół stacji kolejowej Eugênio Lefèvre, na linii łączącej Pindamonhangabę z Campos do Jordão. Dziś po pociągach zostały wspomnienia, a sama stacja stała się knajpą. Oczywiście. Bo w Brazylii wszystko, co nie jeździ, w końcu serwuje kawę.

Miasteczko wygląda, jakby „nic nie miało”. A jednocześnie niczego mu nie brakuje. Poziom usług zaskakująco wysoki. Paradoks turystyczny polega na tym, że wszyscy robią to samo — więc czy naprawdę da się tu zarobić? Nadmiar podobnych biznesów sprawia, że każdy walczy o swoje, a w rezultacie wszyscy trochę biedni. Ale za to z uśmiechem.

Liczba dobrych restauracji w tak małym miejscu jest imponująca. Ale jeszcze bardziej imponuje obecność prawdziwej księgarni. Mało tego — księgarnio-kawiarni, w której podają najlepsze cappuccino w okolicy. 

Za miastem zaczynają się kolejne atrakcje. Restauracja w lesie Sítio Matão (czyli po prostu: lesisko), z jeziorkiem do łowienia ryb. W weekendy — zamknięta. Logiczne. Właściciele też mają prawo mieć weekend. Konkurencja rośnie bliżej miasta: kolejne jeziorka, bajery, atrakcje dla dzieci, piękne stanowiska wędkarskie i mini-zoo z domowymi zwierzętami. Turystyka w wersji rodzinnej.

W ogrodzie botanicznym rośnie pau-brasil. Drzewo, od którego Brazylia wzięła nazwę. Patrzy na mnie, jakby chciało powiedzieć: „pamiętaj o mnie”. Jak gdyby bało się, że może wyginąć  i prosiło o ochronę.

Stoję i patrzę.

Santo Antônio do Pinhal to miasteczko, które nie krzyczy atrakcjami.
Ono raczej mówi: „zostań chwilę”.
A potem zostajesz dłużej, niż planowałeś.

Między snem a São Paulo

Znów śpię.
A właściwie: drzemię, kołysana jazdą autobusu.

Budzę się co jakiś czas, bo przez okno wpadają światła — najpierw pojedyncze, potem coraz gęstsze. Jest czwarta rano. To już São Paulo. Miasto, które nigdy nie zasypia do końca, a już na pewno nie pozwala spać innym.

O piątej rano dzieje się tu coś na kształt cudu codzienności: punkty usługowe, jeszcze przed chwilą przykryte płachtami jak śpiące wieloryby, zaczynają się odsłaniać. Ktoś podnosi roletę, ktoś zapala światło, ktoś ustawia plastikowe krzesła. Miasto się przeciąga.

Ja tymczasem przesiadam się do kolejnego autobusu. Ruszamy dalej.

Wszystko płynie.
Drogi, linie budynków, ciągi świateł układają się w kompozycje. Do tego ruch samochodów i ludzi — sunących, płynących na spotkanie nowego dnia albo na wypełnienie go pracą, działaniami, pomysłami. Jeszcze spokojnie, jeszcze bez korków. Ruch łagodny, harmonijny. Z tych porannych trajektorii tworzą się piękne linie — niemal jak rysunek techniczny wykonany z pośpiechem, ale z wyczuciem.

I nagle: jestem w Dolinie Paraíby.

Czyli w Taubaté.

Miasto-legenda. Stolica literatury dziecięcej Brazylii — a wszystko za sprawą jednego człowieka: Monteiro Lobato. To stąd pochodził. Tu jest jego muzeum. Tu stoi jego pomnik na rondzie (bo w Brazylii ważni ludzie trafiają albo do muzeum, albo na rondo — najlepiej w oba miejsca naraz).

Lobato wywodził się z majątku położonego kilkadziesiąt kilometrów stąd. Jego fazenda została przekształcona w muzeum i — warto to powiedzieć jasno — to właśnie ono jest prawdziwie warte odwiedzenia. Nie tylko dla dzieci, nie tylko dla miłośników literatury.

Monteiro Lobato był autorem bajek i krótkich form narracyjnych, które czyta się w Brazylii do dziś. Pisał mądrze, z ironią, czasem boleśnie trafnie. Jedną z jego najbardziej znaczących mini-powieści jest Negrinha — krótka, ale zostająca w człowieku na długo.

A ja?
Ja wysiadam z autobusu.

Między snem a miastem.
Między nocą a dniem.
Między drogą a opowieścią.

Zjazd do poziomu morza, czyli Matinhos i jego małe cuda


Lubię zawsze zjechać do poziomu morza. Człowiek od razu oddycha inaczej — jakby mózg dostał dodatkową porcję tlenu, a ciało przełączyło się na tryb: „relaks natychmiastowy, proszę się nie opierać”.
Droga do Matinhos biegnie wzdłuż ściany lasu atlantyckiego. Gęstego, zuchwałego, zielonego jak farba olejna kupiona w promocji.

A na tle tej całej zieleni — niespodzianka.
Co jakiś czas pojawiają się różowe bananowce. Rośliny, które jakby zapomniały instrukcji obsługi i postanowiły rosnąć po swojemu. U nich wszystko jest odwrotnie: kwiaty rosną do góry, zupełnie na przekór zwykłym bananowcom. 

Im niżej, tym powietrze cieplejsze, jakby ktoś stopniowo podkręcał termostat. Mgły wiją się nad Serra do Mar, czyli Górami Morskimi, zawieszając się na ich szczytach jak watolina, którą zapomniał zabrać scenograf filmowy. Człowiek patrzy i czuje, że powoli zjeżdża z klimatu „górska zaduma” do „nadmorska lekkość bytu”.

Człowiek patrzy i myśli:
„No dobrze, Brazylio, rozumiem, chcesz mi pokazać, że natura rządzi, a my tylko gościnnie tu parkujemy.”

Na dole czekają plaże, łodzie, rybacy, piasek, skały — ot, zwykły nadmorski krajobraz. Ale jak to w Brazylii bywa, „zwykły” ma tutaj inne znaczenie niż w słowniku. Bo jest tu też perełka, taka, o której nie wszyscy wiedzą: zatoka Guaraiba.

Na drewnianym pomoście kraby uciekają spod nóg z godnością obrażonych dam, które nie życzą sobie paparazzi. Ptaki chowają się w zaroślach, ale obserwują cię tym swoim podejrzliwym spojrzeniem, które mówi: „Widzimy cię, nie rób głupstw.”

Wilgoć, ciepło, zapachy roślinności — wszystko to tworzy atmosferę miejsca, które nie stara się być spektakularne. Ono po prostu jest piękne, trochę dzikie i zupełnie niezmanierowane.

W powietrzu pachnie słoną wodą i roślinnością, która ma swoje zdanie i nie boi się go wyrazić. A człowiek stoi tam i myśli, że życie jest jak te kraby — niby ucieka, ale jeśli dobrze popatrzeć, to można je dogonić.

I zanim skończą budowę mostu nad zatoką, pozostaje klasyczna przeprawa promowa. Człowiek czuje się trochę jak bohater dawnych opowieści, który jedzie odkrywać nowe lądy, choć tak naprawdę chce tylko dotrzeć do miasta Guaraíba. Prom sunie powoli, ale dumnie, jakby mówił: „Most mostem, a ja i tak jestem atrakcją.”

Zatoka Guaraiba nie ma ambicji zostania światową atrakcją. Ona po prostu jest — spokojna, piękna, trochę dzika. I może dlatego tak bardzo zostaje w pamięci.

Bo niektóre miejsca mówią do nas szeptem.
A te szeptane historie zostają najdłużej.




Jak ziemia się rozstępuje, a człowiek wkłada tytoń. Kronika z pola


Szyjka się rozwiera, „ziemia rozstępuje”, sadzonka wpada, szyjka się zawiera. I tak kilkanaście albo kilkadziesiąt tysięcy razy. Ot, sadzenie tytoniu. Dla niewtajemniczonych brzmi jak prosta czynność — dopóki nie spróbuje się jej wykonać własnoręcznie.

Ja spróbowałam. I „proszę państwa”, wsadziłam około tysiąca sadzonek. Tysiąc! Oczywiście nie pracowałam sama. Towarzyszyła mi Jacinta — a sadzenie tytoniu to zadanie dla duetu. Jedna rozwiera i zamyka urządzenie, a druga wrzuca sadzonki po jednej. Urządzenie do sadzenia sadzonek tytoniu — proste, ale genialne. Działa jak mechaniczna szczęka: rozwiera się, ziemia otwiera, sadzonka wpada, a narzędzie zamyka się z powrotem. I najważniejsze: nie trzeba się schylać! Dzięki temu sadzenie tysięcy sadzonek jest szybsze, a plecy mniej cierpią. I tak człowiek idzie wzdłuż rządków, jakby maszerował defiladę na cześć rolnictwa.

Rządki są przygotowane, ozdobione kolorowym nawozem. Wygląda to trochę tak, jakby ktoś chciał udekorować pole na urodziny. I używa go dużo. Czasem idzie się lekko w górę, czasem lekko w dół, jakby pole miało swoje nastroje. A czas mija. Dopiero kiedy kładę się wieczorem, odkrywam brutalną prawdę: „czuję to w krzyżu”.
Ramiona też protestują, ale krzyż śpiewa cały repertuar.

I tak, proszę państwa, nie zauważyłam nawet, kiedy minęły prawie dwa miesiące od sadzenia. Sadzonki urosły, pola są zielone, nawozów już nie widać, a my niedługo zaczynamy zbieranie.Czas ma dziwną naturę. Nikt go nie widzi, a on jednak biegnie.




Ubatuba czyli jak nie zgubić się wśród stu plaż

Wjeżdżając od Taubaté, zjazd ku poziomowi morza odsłania widok, który trudno opisać – trzeba go przeżyć. Ubatuba to miejsce, gdzie morze spo...