Wideo
W
Krakowie 1 stopień, w Warszawie 3. A może na odwrót. Plus czy
minut, to żadna w tym przypadku różnica. O takiej temperaturze
marzy Sandra. Urodziła się i mieszka w Brazylii. Gdy przychodzi
lato, najtrudniejsza dla niej pora roku, wyjmuje szalik, czapkę,
kurtkę, wiesza je na ścianie niczym dekorację, siada na kanapie i
marzy, by się nimi otulić, zaznać zimna, które łagodzi ciepłe
ubranie. Zimową garderobę kupiła w ubiegłym roku w czasie podróży
do Nowego Jorku, której celem było to, by doświadczyć zimy. I
zakochała się w zimie. Od tej pory do fascynacji kotami, dołożyła
fascynację zimnem. Ma dosyć gorąca, plaż, piasku, krewetek,
ostryg. I ma 2 kotki Luizę i Emilię. Przygarnęła je z faweli, po
tym, jak zastrzelili ich mamę, bo tak. Luiza do tej pory fuczy na
każdego obcego w domu.
Spełnienia marzeń w 2025 bez względu
na na jakim punkcie mają kota. I tym, którzy lubią i nie lubią
zimy.
Doświadczyć zimy
Muszę mieć telefon
Telefon. Potrzebny? Niezbędny? Wygoda czy konieczność? Zaczynam się cieszyć, jeśli gdzieś jeszcze jest on zabroniony, bo zaczyna mnie uwierać to, że muszę go mieć, bo inaczej niczego nie załatwię.
Z 17. piętra wieżowca Sesc rozciąga się wspaniały widok na avenidę Paulista. Jest tu punkt widokowy skąd można podziwiać aleję i słynne zabytki Sao Paulo, od dzielnicy Paraíso po Consolação. Za darmo.
Ale żeby wejść, trzeba zarezerwować wejściówkę. Tylko w aplikacji. Muszę mieć telefon, by wykupić to darmowe wejście, teoretycznie mogę kogoś poprosić, by mi to zrobił na swoim telefonie, ale w momencie wejścia muszę mieć ten telefon przy sobie i pokazać wejściówkę, czyli bez telefonu nie wejdę.
Telefon mam, ale jest jeszcze jeden warunek. To musi być telefon z jednym z dwóch systemów, które opanowały świat, czyli ios albo android. A ja mam huawei’a. Na systemy tych smartfonów żadna brazylijska instytucja/ firma nie ma aplikacji.
Chciałabym
chodzić bez telefonu,
kart w torebkach,
pinów i haseł w głowie, ale nie mogę bo
muszę się zarejestrować. I
chodzić z
gotówką w
kieszeni oraz
kupić
sobie, co chcę. Nie mogę,
bo nie wszędzie
zapłacę gotówką.
P.S. Na lotniskach karty sim nie kupicie.
Karnawał w Sao Paulo
Alice otwiera drzwi w fioletowym topie. Poda mi szklankę wody i za
chwilę zrobi fioletowy makijaż wokół oczu. Jeszcze ma fioletowy
wachlarz, który bardzo się przyda ze względu na temperaturę.
Wybiera się na karnawał uliczny do sąsiedniej dzielnicy. Fiolet i
żółty to kolory tego „bloco”, grupy muzycznej organizującej
kilkugodzinną paradę karnawałową.
Nocne, wielogodzinne show praktycznie do świtu, w czasie którego prezentują się poszczególne grupy-kluby tańczące sambę, zwane szkołami samby. Każda taka szkoła liczy od kilkuset do kilku tysięcy osób – tancerzy i innych. Przygotowują tematyczne prezentacje na każdy karnawał. Prezentacje poszczególnych grup w RJ trwają najdłużej, choć w tym roku skrócono trochę czas i skrócono dni prezentacji w Sp i RJ, pierwsze dni w SP, ostatnie w RJ. Można zobaczyć wszystkie pokazy poświęcając w całości cztery noce.
Turyści wieczorami spieszą na passarelę, mieszkańcy bawią się zapamiętale w ciągu dnia w karnawale ulicznym. Wolność i radość przyświecają zawsze karnawałowi, więc wyzwoleni z ubrań, wolni prawie tak, jak zostali stworzeni, spieszą na miejsca zbiórek, o umówionej godzinie muzyczne ciężarówki zaczynają grać, śpiewać i tańczyć. I wszyscy śpiewają i tańczą popularne marsze karnawałowe albo nowe utwory napisane na karnawał. Wzrok przyciągają mieszkańcy spieszący do blocos.
Ogólna
zasada jest taka, bez ubrania, tylko z
dekoracjami, czyli zaklejone sutki pod siatką i stringi. Bez
względu na płeć. I makijaż ciała. Jest kolorowo, ale czy jest
estetycznie? Gorąco,
w tłumie goręcej. Gdy przechodzimy wąska ulicą, jeszcze bardziej
gorąco, a gdy obok blaszanego płotu zagradzającego budowę jeszcze
bardziej gorąco. Tony lodu, tysiące puszek, hektolitry wody i piwa.
Jednym z punktów koncentracji, jednym z miejsc, gdzie zaczyna się karnawałowe życie Sao Paulo (São Paulo), jest ulica Augusta, odchodząca od Alei Paulisty. To tutaj gromadzą się sąsiedzi, znajomi i nieznajomi, całe dzielnice i ci, którzy po prostu postanowili przyjść właśnie tu. Każdy w swojej fantasia, czyli przebraniu – bardziej lub mniej improwizowanym – czeka na znak do ruszenia. Nad wszystkim czuwa ciężarówka z nagłośnieniem, która wyznacza początek każdego bloco. Kiedy startują, miasto zamienia się w ruchomą rzekę kolorów.
Są jednak też takie blocos, które nigdzie nie idą. Ten ustawiony przed parkiem Ibirapuera kręci się tylko po wyznaczonym placu, zamkniętym na czas zabawy. Tłum pulsuje pod sceną dźwięku, trochę w przód, trochę w tył, a wokół – dziesiątki, jeśli nie setki parasoli sprzedających wodę, caipirinhę, piwo i wszystko, co może się przydać w upale. Nie mam swojej fantasii. Przyszłam tylko z aparatem. Ale tutaj nikogo to nie obchodzi – blocos wciągają wszystkich, którzy znajdą się choć na chwilę w ich orbicie.
Jednym z tych, które trafiam, jest Banda do Trem Elétrico. Bloco z historią – istnieje od 1984 roku i, jak sama nazwa sugeruje, elektryzuje ulice São Paulo swoim karnawałowym pochodem. To nie jest subtelna radość. To radość, która ciągnie ludzi za sobą, jak pociąg.
Nawet jeśli przyszłam tu tylko z aparatem, bez skrzydeł, brokatu czy przebrania, to w którymś momencie orientuję się, że idę z tłumem. Jakby karnawał wciągał człowieka niepostrzeżenie, krok po kroku.
I wtedy rozumiem: w São Paulo karnawał nie dzieje się „na ulicy”.
Karnawał dzieje się z ludźmi.
Największe miasto południowej półkuli
Z okna samolotu ciągnęło się jak flaki z olejem. Z ziemi też się ciągnie, wieżowce, prawie eleganckie. Mury domów przyklejone do niewielkich wzgórz, mozaika materiałów budowlanych, szeroka paleta kolorów, gdzieś brakuje cegły albo pustaka, albo szyby w oknie. Nigdzie nie brakuje bezdomnych. Małe skwery między ulicami, chodniki wzdłuż ulic, na pewno wiadukty, nie wiem czy podbrzusze jakiegoś jest niezamieszkane. Bać się? Straszą ze wszystkich stron, że to największe na południowej półkuli miasto jest bardzo niebezpieczne, więc jestem ostrożna. Może trochę zbyt sparaliżowana strachem na początek, ale niepotrzebnie.
Dworzec, metro, jaki tu mają system biletów? Ach ok, są w maszynie pojedyncze papierowe. Wyjście z metra Palmeiras Barra Funda, nadchodzi zmrok i nadchodzą do metra ludzie wracający do domów. A ci, którzy nigdzie od długiego czasu się nie spieszą, leżą, patrzą, czekają na okazję? Ci, którzy zawsze śpią na tych chodnikach. Jedni mają problem z zasypianiem, inni nie mogą się obudzić. Oczy wydają się mieć obojętne, idę pewnym krokiem, wchodzę w miasto zaznaczyć je swoimi krokami. Z boku, nade mną otwarta dłoń jako część Pomnika Ameryki Łacińskiej Oscara Niemeyera, w Kurytybie pozostawił po sobie oko (Muzeum Niemeyera). Otwarta dłoń zawsze daje nadzieję - na powitanie, na przyjaźń. We wnętrzu dłoni czerwona plama kontynentu z czerwoną smugą ciągnącą się pod Ziemią Ognistą. Przypominają się sceny z filmu Carandiru, nie wiem dlaczego, bez związku. Po prostu czerwień spływająca ze schodów. Tak jak ta plama zakrywająca linie papilarne dłoni. Stacja metra Carandiru została daleko za mną na szlaku linii niebieskiej, zanim przesiadłam się na czerwoną.
Metro staje się jedną z ulubionych rzeczy w SP. W tym metropolitalnym ekspresie ludzie wszystkich typów, o różnych sylwetkach, twarzach i rozmiarach i każdy nosi i wozi ze sobą swój pakiet problemów. Cztery linie. Pulsujące główne żyły miasta, szybko mnie przenoszą z miejsca na miejsce i dają poczucie bezpieczeństwa, podobnie jak okolice stacji. Z wyjątkiem stacji „Se” po zmroku, lepiej wysiąść na którejś z sąsiednich, nikt o zdrowych zmysłach nie wychodzi ani nie wchodzi nocą do stacji Se. Tak, to tam gdzie katedra. Otoczona kordonem policji w ciągu dnia. Jak całe stare downtown, które przerażająco wygląda w niedzielne przedpołudnie, gdy wszystko jest zamknięte i ulice są w posiadaniu mieszkańców ulicy. Przejeżdżające samochody wolą nie zatrzymywać się na czerwonym świetle. Nie wszędzie jest policja, ale wszędzie może się znaleźć ktoś „szalony” po ckracku.
Dym, papiery i kurz przemieszczają się jak autostopem, bez celu. I ludzie którzy nie różnią się zbytnio od papierów, kurzu lub dymu. Szaleńcy i królowie ulic. Kobieta próbuje robić użytek z butelki po dezodorancie, zgodnie z jego przeznaczeniem. Jej ciało przy tym kręci się jak kulka w tej butelce. Nie chcę spotkać jej wzroku.
Mieszkańcy ulicy mają „kunsztowne” mieszkania z kartonów i folii. Czasem jest to wiele pomieszczeń. Są nieźle skonstruowane, z niczego. Niektórzy mają namioty. Albo mają dwukołowe wózki. Sam wózek jest już schronieniem, to dach, który stojąc dyszlem w górę daje schronienie przed słońcem, nadkryty folią jest domem ze ścianami, którego deszcz nie zmorze. A ustawiony pod wiaduktem, jest twierdzą. Kochane wiadukty Sao Paulo, chodzi się tam z duszą na ramieniu, albo się nie chodzi.
Awenidą Paulo VI idę do Beco do Batman, przez środek ma chodnik do spacerów i biegania, jej pobocza obstawione są „mieszkaniami”. Pod wiaduktem jest „osiedle”. Wieczorem mogę się odważyć tylko na spacer awenidą Paulista, jedną z głównych alei miasta. Jest jak wąwóz między modernistycznymi, wysokimi budynkami. Na jego dnie, tuż na chodniku rozwija się inna architektura, powstają konstrukcje z kartonów i folii, pieczołowicie poskładana garderoba, starannie ułożone buty. Ktoś znalazł schronienie na nocleg w czterech ścianach banku, tam gdzie bankomaty. Pomiędzy wieżowcami, od czasu do czasu prześwitują zabytkowe rezydencje, nieliczne jakie zostały po ogłoszeniu o wejściu w życie następnego dnia prawa o ochronie tych domów i ich zabytkowym statusie. Wówczas jeszcze niemal cała aleja była pełna takich domów. Właściciele, przerażeni tym że nie będą mogli dokonać zmian w ich stylu, ani sprzedać terenu pod budowę wieżowca, wyburzyli je w ciągu jednej nocy, bądź doprowadzili do takiego stanu, że niemożliwa była restauracja.
Paulista to nowy downtown, rozciąga się na wzniesieniu. Schodzi w jedną stronę do parku Ibirapuera, wśród jednych z najdroższych apartamentowców, a w drugą w kierunku starego downtown. Jest największym z parków Sao Paulo. Ma imponującą powierzchnię, choć 2 razy mniejszą od Parku Centralnego w NJ. Czego tam nie ma, muzea, planetarium, sztuczne lodowisko, plac zabaw dla dzieci, ale gości przede wszystkim właścicieli psów spacerujących z nimi tam i z powrotem. A po jeziorze pływają czarne łabędzie. Obserwuję ich taniec przy brzegu, kiedy się myją.
Jest jeszcze najnowsze downtown. Tworzy się na południu miasta, w okolicach Ponte Estaiada.
A nad wszystkim
góruje Jaragua,
czyli władca doliny (w
języku tupi), najwyższa góra w mieście,
1135 m. n.p.m., zachęca
do wędrówek i
gubienia się na
swoich szlakach oraz podziwiania
widoku na miasto i jest obojętna na los
miejscowych Indian – Kilkuset Guarani żyje na niewielkiej
powierzchni i od lat domaga się wyznaczenia granic swojej ziemi. Nie
w smak to władzom miasta i deweloperom.
Przez śpiew do korzeni
Mieszkańcy Papanduvy, którym drogie są ich polskie korzenie, wyrażają siebie m.in. poprzez śpiewanie polskich utworów, uczestnictwo w chórze „Polskie Sokoły”. Z kolei mieszkańcom Arroio Trinta drogie jest ich włoskie pochodzenie i również je pielęgnują prowadząc chór dziecięco-młodzieżowy śpiewający po włosku. Pewnej pięknej, słonecznej niedzieli gościliśmy ich u siebie w naszej parafii.
Pokazaliśmy naszym gościom polską kaplicę powstałą z inicjatywy naszego stowarzyszenia, działającą w obrządku rzymskokatolickim, zwiedzili tez miejscowy kościół greckokatolicki. Wspólny obiad z elementami kuchni polskiej i włoskiej oraz lody na koniec zostawiły w naszych gościach miłe wspomnienia. Do ponownego zobaczenia!
Ciekawe jest pochodzenie nazwy miejscowości naszych gosci – Trzydzieści Strumieni. Mówi się, że zanim obywatel z innego miejsca przybył do Videiry (do której Arroio Trinta należało do 1961 r.), zrządzeniem losu należało trzydzieści razy przepłynąć przez jakiś strumień, przez co gmina gmina zyskała taką nazwę.
Ubatuba czyli jak nie zgubić się wśród stu plaż
Wjeżdżając od Taubaté, zjazd ku poziomowi morza odsłania widok, który trudno opisać – trzeba go przeżyć. Ubatuba to miejsce, gdzie morze spo...
-
Nie wiem. Ale jeśli ktoś powie „Florianópolis”, to nie będę się sprzeczać – bo tu plaża kończy się… kolejną plażą. Liczby też są względne: ...
-
Szyjka się rozwiera, „ziemia rozstępuje”, sadzonka wpada, szyjka się zawiera. I tak kilkanaście albo kilkadziesiąt tysięcy razy. Ot, sadzeni...
-
Santo Antônio de Lisboa łączy się z Sambaqui – a sama nazwa brzmi jak taniec, ale pochodzi od kopców muszli, które przez wieki odkładały się...









