Jurerê Internacional – brazylijskie Saint-Tropez i spotkanie z Iemanją

Jurerê Internacional bywa porównywane do europejskich kurortów — w myśl zasady, że Brazylia lubi swoje małe Europy i europejskie nazwy. Szeroka, jasna plaża, spokojne i ciepłe wody Atlantyku oraz eleganckie apartamentowce i wille sprawiają, że miejsce to przyciąga zamożnych mieszkańców i turystów.

Przy samej plaży znajdują się modne beach bary i kluby, w których w sezonie letnim odbywają się koncerty i imprezy do białego rana. Jednym z najbardziej znanych miejsc jest P12 Parador Internacional — ogromny klub plażowy łączący relaks na leżaku z atmosferą festiwalu muzycznego.

Nie ma tu wieżowców — dominują wille i eleganckie apartamenty, a miejscowy plan zagospodarowania podobno skutecznie pilnuje, by tak pozostało. Plaża jest szeroka i idealna na długie spacery. Woda wyjątkowo spokojna — świetne miejsce dla rodzin z dziećmi.

Spędziłam kilka godzin siedząc na piasku i obserwując codzienne życie Brazylijczyków: siatkówkę plażową, sprzedawców queijo coalho, zapach kremu z filtrem i dźwięk fal.

W sumie — plaża jak plaża. Piasek i woda.

A jednak.

Na końcu plaży – ona!

Na samym końcu Jurerê, na niewielkiej skale, stoi ona — Iemanjá. Afrykańska bogini wód. Matka. Ta, która łączy kontynenty.

Spotkałam ją w trzech wersjach.

Pierwsza — najbardziej znana z pocztówek i kalendarzy — biała postać w niebieskiej sukni, o europejskich rysach. Zesynkretyzowana, wygładzona, „akceptowalna”.

Druga — podobna, również w błękitnej sukni, lecz o ciemniejszej karnacji, bliższa swoim korzeniom.

I trzecia — najmocniejsza. Czarna kobieta z ogromnymi piersiami, jak w pierwotnych afrykańskich wyobrażeniach. Matka karmiąca świat. Surowa, potężna, prawdziwa.

To właśnie na jej cześć Brazylia ubiera się na biało w sylwestra. Często nie wiedząc o afrykańskim rodowodzie tego zwyczaju. Ludzie wkładają białe ubrania „na szczęście”, „na pokój”, idą nad ocean i rzucają w wodę białe kwiaty — najczęściej róże.

To gest skierowany do niej. Do królowej wód. Do tej, która „rządzi głowami”, daje równowagę, łączy ludzi jak ocean łączy brzegi.

W eleganckim, europeizującym się Jurerê jej obecność jest niemal symboliczna. Luksusowe samochody, modne stroje, Instagram, a obok — afrykańska bogini, której historia przetrwała niewolnictwo, synkretyzm i próbę wybielenia.

Jurerê zachwyca pod wieczór. Niebo przybiera odcienie różu i pomarańczy, ocean odbija kolory jak lustro. I wtedy wszystko się upraszcza.

Bo ostatecznie — to tylko piasek i woda.

Ale w tej wodzie mieszka pamięć.


Plaża u stóp historii - Praia do Forte

 Są takie miejsca na Ilha de Santa Catarina, gdzie historia i krajobraz prowadzą ze sobą cichy dialog.
Jednym z nich jest Praia do Forte — niewielka, jasna, niemal pocztówkowa plaża na północy wyspy. Przyjeżdża się tu nie tylko dla kąpieli.

Morze ma kolor spokojnej laguny, piasek jest drobny. W oddali widać kontur lądu stałego i wąskie przejście do zatoki. I właśnie tego przejścia strzeże kamienna forteca, która od XVIII wieku patrzy na wodę z niezmienną czujnością — Fortaleza de São José da Ponta Grossa.

Twierdza została zbudowana w XVIII wieku przez Portugalczyków jako element większego systemu obronnego wyspy. W 1738 roku utworzono Kapitanię Wyspy Santa Catarina, a gubernatorem został brygadier José da Silva Paes. To z jego inicjatywy rozpoczęto fortyfikowanie wyspy — najpierw powstała forteca Santa Cruz de Anhatomirim, a następnie São José da Ponta Grossa i Santo Antônio de Ratones. Razem tworzyły tzw. Trójkąt Obronny w północnej zatoce. Ich zadaniem była ochrona strategicznego portu i zaplecza wojskowego przed Hiszpanami, zwłaszcza w czasie napięć w rejonie La Platy.

I historia rzeczywiście tu zawitała. W 1777 roku Hiszpanie wylądowali na wyspie, maszerując wzdłuż plaż w kierunku umocnień. Przez krótki czas wyspa znalazła się pod panowaniem Korony hiszpańskiej.

Dziś nie słychać tu wystrzałów armatnich — tylko wiatr i cykady — ale mury wciąż robią wrażenie. Spacer po forcie to podróż w czasie. Białe ściany, drewniane okiennice, dziedziniec otwarty na ocean. Z góry rozciąga się widok, który tłumaczy wszystko: to miejsce było idealne do obserwacji każdego statku zbliżającego się do wyspy.

Patrzę na armaty skierowane w stronę wody i myślę o żołnierzach, którzy tu służyli. O izolacji. O długich dniach patrzenia w horyzont. Dziś ten sam horyzont przyciąga turystów z aparatami.

U podnóża fortecy leży Praia do Forte — spokojna, rodzinna, bez wielkomiejskiego zgiełku. To zupełnie inny świat niż eleganckie kurorty północy wyspy. Tutaj czas płynie wolniej. Dzieci bawią się w płytkiej wodzie. Ktoś łowi ryby z brzegu. Ktoś inny czyta książkę w cieniu. Forteca patrzy na to wszystko z góry, jakby pilnowała nie tylko granic, ale i rytmu dnia.

Ale w ruinach fortecy jest też niespodzianka. Siedzi tam kobieta. Przed nią poduszka w kształcie wałka ustawiona na drewnianym stojaku. W poduszce wbite szpilki, w dłoniach drewniane klocki z przywiązanymi nićmi. I z tych splątanych nici powoli wyłania się delikatna, misterna serwetka.

To renda de bilro — koronka klockowa. Tradycja ta przybyła tu w XVIII wieku wraz z osadnikami z Azorów, których Korona Portugalska sprowadziła, by zaludnić i umocnić wyspę. Potrzebni byli ludzie do obsługi fortów, do uprawy ziemi, do budowania nowej osady — ówczesnej Vila de Nossa Senhora do Desterro, dzisiejszego Florianópolis. Wśród nich były kobiety, które przywiozły w swoim kulturowym bagażu umiejętność wyplatania koronek przy pomocy małych drewnianych klocków.

Najpierw była obrona i wojskowe fortyfikacje. Potem rolnictwo i rybołówstwo. A między tym wszystkim — delikatna, cierpliwa praca dłoni.

I tak pod murami militarnej fortecy, zbudowanej, by odpierać ataki, trwa do dziś cicha, europejska tradycja, która stała się częścią tożsamości wyspy.

Tu plaża i historia spotykają się dokładnie w tym samym punkcie. I wtedy trudno wybrać, czy patrzeć na morze, czy w przeszłość.








Praia de Fora — na zewnątrz czego

Koleżanka Renata pisze: „Czekam na Praia de Fora” — czyli na plaży „po zewnętrznej stronie”. Po zewnętrznej stronie – czego właściwie? Może wyspy Ilha de Santa Catarina, tej samej, na której leży Florianópolis? Logicznie brzmiałoby to sensownie. Ale kiedy staję na piasku Praia de Fora, widzę, że to jeszcze nie pełne, bezkresne „otwarte morze”. Horyzont wciąż lekko przysłania sylwetka wyspy. Ocean jest tu spokojniejszy, jakby zawieszony między światem zatoki a wielką wodą.

Ta tafla wody, niemal nieruchoma i lśniąca, skrywa pod sobą inne życie. W oddali widać równe rzędy kolorowych boi, które rytmicznie kołyszą się na falach. To morskie ogrody – ogromne hodowle omułków i ostryg, rozciągnięte na długich linach podwieszonych w głębi. To one nadają krajobrazowi ten specyficzny, pracowity spokój. Człowiek i morze żyją tu w cichym porozumieniu, bez pośpiechu, w rytmie przypływów.

Może więc „de Fora” znaczy: na zewnątrz tłumów? Na zewnątrz hałasu? W weekendy i święta ta teoria trochę się chwieje — wtedy znalezienie pustego skrawka piasku bywa wyzwaniem. Brazylijczycy kochają swoje plaże i potrafią wypełnić je po brzegi. Ale wystarczy przyjechać w tygodniu. Wtedy Praia de Fora rzeczywiście staje się „na zewnątrz wszystkiego”.

Na zewnątrz miasta. Na zewnątrz pośpiechu. Na zewnątrz spraw do załatwienia.

Plaża jakby tylko dla mieszkańców sąsiedniego condomínio. Spokojna dzielnica, niskie domy, kilka ulic, które kończą się piaskiem. Lokalny bar, w którym wieczorem toczą się długie rozmowy przy zimnym piwie. Od niedawna nawet stacja benzynowa — znak, że miejsce się rozwija, ale jeszcze nie straciło swojego rytmu. To nie jest plaża z pierwszych stron przewodników, takich jak Jurerê Internacional czy Guarda do Embaú. I może właśnie dlatego ma w sobie coś prawdziwego.







Moja kolejna Enseada — tym razem Brito

Która to już moja enseada?
Zaczynam się nad tym zastanawiać. W Brazylii niemal każde nadmorskie miasto ma swoją „Enseada”. Słowo miękkie, spokojne, obiecujące zatokę, schronienie, łagodną wodę.

A jednak Enseada do Brito jest inna.

Leży w gminie Palhoca, w miejscu o silnych korzeniach azorskich. Sama nazwa wiele mówi.
Enseada po portugalsku oznacza małą zatokę — fragment wybrzeża łagodnie wcięty w ląd, naturalne schronienie dla łodzi.
Brito to nazwisko. Najprawdopodobniej pochodzi od jednego z pierwszych osadników lub właścicieli ziemskich w tej okolicy w XVIII wieku, gdy na wybrzeże Santa Catarina przybywali koloniści z Azorów. Wiele miejsc w regionie nosi nazwiska dawnych rodzin — to ślady pierwszych map, pierwszych domów, pierwszych sieci rybackich suszących się na wietrze.

A jednak dziś trudno tu mówić o schronieniu.

Stoję na brzegu i myślę: może ta enseada niedługo zniknie.

Morze uderza mocno o mur — ogrodzenie czyjegoś domu. Fale rozbijają się z siłą, jakby chciały przypomnieć, kto tu naprawdę rządzi. W jednym miejscu plaży już nie ma. Woda dochodzi niemal pod fundamenty. Dalej zostaje tylko wąski pasek piasku — symboliczny. Namiastka plaży. Jakby ktoś narysował ją cienką kreską i zapomniał wypełnić kolorem.

To, co kiedyś było przestrzenią spacerów, dziś jest przejściem na palcach.

Enseada — zatoka, która miała chronić.
Dziś sama potrzebuje ochrony.

Patrzę na domy stojące niemal w linii fal i zastanawiam się, czy budując je, ktoś wierzył, że morze będzie zawsze w tym samym miejscu. A ono przecież oddycha. Cofając się i wracając. Zabierając po trochu.

Może dlatego każda enseada jest inna.
Bo każda opowiada inną historię relacji człowieka z wodą.

I może właśnie ta — cicha, krucha, podmywana — zostanie mi w pamięci najmocniej.





Dojedziesz, ale dalej nie pojedziesz - Praia do Cedro

 Tu droga się kończy. Dosłownie.

Asfalt urywa się nagle. Dalej jest tylko piach, wzgórze, ścieżka i morze. Nie ma „gdzieś dalej”. Nie ma skrótu. Nie ma tranzytu. To miejsce nie jest po drodze — ono jest celem samym w sobie.

Na drodze dojazdowej stoi ogromny kamienny portal. Monumentalny, trochę z innej epoki. Trudno oprzeć się wrażeniu, że powstał w czasach, gdy to miejsce i pobliski camping tętniły życiem. Dziś wygląda jak brama do wspomnień.

Obok stoi opuszczony camping. Zardzewiała brama, wyblakłe tablice, betonowe fundamenty po dawnych zabudowaniach. Patrząc na to, łatwo wyobrazić sobie dawne lata — namioty, dzieci biegające boso po piasku, zapach kawy o świcie, rozmowy przeciągające się do nocy.

Dzisś ożywa tylko czasami. W długi weekend, w pełnię lata. W regionie Palhoça są miejsca znane, fotografowane i modne. A są też takie jak to — które nie walczą o uwagę. Po prostu są.

Praia do Cedro nie krzyczy. Ona szepcze.

A kiedy stoisz tam, gdzie kończy się droga, masz wrażenie, że kończy się też coś więcej — pośpiech, hałas, konieczność bycia „gdzie indziej”.

Patrząc na rzędy boi unoszących się na wodzie, trudno nie pomyśleć o rytmie, który rządzi życiem w takich miejscach. Hodowla małży nie znosi pośpiechu. Tu wszystko zależy od temperatury wody, od przypływów, od pogody. Morze decyduje.

Rybacy wiedzą to najlepiej. Ich dłonie są szorstkie od lin i soli, twarze opalone nie wakacyjnym słońcem, lecz latami pracy. Czasem widać, jak niewielką łodzią podpływają do boi, sprawdzają liny, wyciągają kosze. Bez pośpiechu. Bez widowiska. To codzienność, która dla przyjezdnych jest niemal egzotyczna.

W restauracjach regionu owoce tej pracy trafiają na talerze jeszcze tego samego dnia. Świeże, proste, podane bez zbędnych dodatków. Smakują morzem.

Praia do Cedro ma w sobie coś, czego nie da się sfotografować. To nie tylko krajobraz. To uczucie.

Gdy siedzisz na piasku i patrzysz na spokojną taflę wody poprzecinaną liniami boi, zaczynasz oddychać wolniej. Myśli przestają pędzić. Telefon przestaje być ważny. Zostaje tylko szum wody i odległy głos rybaków niosący się nad zatoką.

Może dlatego takie miejsca są potrzebne. Nie po to, by coś „zaliczyć” czy odhaczyć na mapie. Ale po to, by sobie przypomnieć, że świat nie zawsze musi być szybki, głośny i błyszczący.

Brama, która niczego nie pilnuje. Kiedy wracałam tą samą drogą i mijałam kamienny portal, pomyślałam, że to symboliczne. Brama stoi, choć nie ma już czego pilnować. Camping prawie zniknął, asfalt się kończy, ruch turystyczny dawno przeniósł się gdzie indziej.

A jednak miejsce trwa.

Może właśnie dlatego, że nie próbuje nadążać za światem.


W poszukiwaniu przejścia — Praia da Daniela


Długa, spokojna, idealna na spacery „w nieskończoność”.Praia da Daniela - dojście na nią nie było oczywiste. 

Można morzem — tak mówią. Rzeczywiście, w czasie odpływu przejście wzdłuż wody jest możliwe. Ale trafiam na przypływ. Woda sięga powyżej pasa. A może i wyżej. Fale nie są groźne, ale stanowcze. Decyduję: nie dzisiaj. Nie chcę zaczynać spaceru od kąpieli z plecakiem nad głową.

Zostaje ścieżka przez wzgórze.

Tyle że ścieżka nie krzyczy „tędy!”. Nie ma wielkiego drogowskazu. Jest raczej domysłem. Wąskim prześwitem między krzakami. Intuicją. Trzeba chwilę poszukać, zawrócić, spojrzeć jeszcze raz. Ale jest. I prowadzi na drugą stronę.

A tam — Daniela. Dłuuuga. Płytka. Morze spokojne, niemal stojące. Idealne dla dzieci. I rzeczywiście — mnóstwo tu rodzin. Kolorowe parasole od słońca, torby z przekąskami, lodówki z napojami, dziecięce wiaderka, śmiech. 

Idę dalej. W siną dal. Daniela zdaje się nie kończyć. Każdy krok oddala mnie od skupisk ludzi. Głosy cichną. Parasole znikają. Jeszcze trochę. Jeszcze za zakręt.

I nagle jestem sama. Piasek przede mną pusty. Morze bez śladów stóp. Tylko wiatr i rytmiczny plusk wody. Czasem ktoś tu zajrzy. Z psem, który biegnie jakby odkrył własne królestwo. 

Lubię ten moment.

Kiedy z plaży rodzinnej robi się plaża prywatna.
Kiedy wystarczy przejść trochę dalej, by znaleźć ciszę.
Kiedy droga nie jest oczywista, ale nagroda warta szukania.

Najpierw trzeba znaleźć przejście.
Potem można iść już tylko przed siebie.






Nie za wąska, nie za szeroka - Canasvieiras

Canasvieiras to plaża, której fenomenu do końca nie rozumiem. Naprawdę nie wiem, dlaczego tak bardzo upodobali ją sobie Argentyńczycy. I Urugwajczycy też. A jednak co roku wracają tu całymi rodzinami.

Może dlatego, że jest w sam raz. Ani wąska, ani przesadnie szeroka. Ocean tutaj nie straszy falą — raczej zaprasza do długiego brodzenia w ciepłej wodzie. Można wejść, stać, rozmawiać, gestykulować, poprawiać włosy i nadal mieć wodę tylko do pasa. W sezonie hiszpański słychać częściej niż portugalski. Czasem mam wrażenie, że przekroczyłam niewidzialną granicę i jestem gdzieś między Buenos Aires a Montevideo.

Nie ma tu luksusowych willi ani modnych klubów plażowych. Są za to małe hotele, proste apartamenty na wynajem, lodziarnie, bary z pastel i restauracje serwujące świeże owoce morza. Plażowa codzienność w wersji południowoamerykańskiej.

Przechadzają się sprzedawcy queijo coalho, choripán, kukurydzy i krewetek na patyku. Dzieci budują zamki z piasku z pełnym zaangażowaniem architektów przyszłości. Starsi panowie grają w siatkówkę albo siedzą pod parasolami, obserwując świat z godnością ludzi, którzy już wszystko widzieli.

Pod wieczór światło robi się miękkie i złote. Parasole składają się powoli, ale życie wcale nie zwalnia — po prostu przenosi się do nadmorskich restauracji. Zapach smażonej ryby miesza się z bryzą oceanu, rozmowy robią się głośniejsze, a dzień miękko przechodzi w noc.

Brazylia uczy liczyć

Promy na Ilhabela śmigają niemal non stop. To takie morskie autobusy – wielkie, głośne i darmowe dla pieszych (co mój portfel przyjął z entuzjazmem). Wchodzisz na pokład, wiatr rozwiewa ci resztki fryzury, a zanim zdążysz zrobić selfie, jesteś po drugiej stronie.

Plaże Ilhabela ma piękne, owszem, poukrywane za wysokimi górami. Wybrzeże brazylijskie jest górzyste, tak, ale ta wyspa wyjątkowo. Ma chyba kilka szczytów sięgających 1000 m 

Prawdziwa zabawa zaczyna się jednak tam, gdzie kończy się woda, a zaczyna... brazylijska komunikacja lądowa.

  • O ile promy działają jak w zegarku, o tyle autobusy z Caraguatatuby do São Sebastião to wyższa szkoła logistyki. Ciekawostka: tutejsze autobusy mają rozkład, ale podaje on wyłącznie godzinę odjazdu z przystanku początkowego.

    Co to oznacza w praktyce? To proste: musisz sobie sama dodać czas przejazdu, nauczyć się na pamięć odległości, dowiedzieć się, jak dany kierowca dziś „czuje” trasę i po prostu ćwiczyć rachunki. Jak tu nie kochać Brazylii za takie praktyczne zadania matematyczne? Człowiek tak się wyćwiczy w liczeniu w pamięci, że nie potrzebuje już płacić za żadne korepetycje!
    Ale przynajmniej czekają na autobus do  São Sebastião poznałam Melitę. Nie sposób zapomnieć jej imienia. 

    Wyścig z wiatrem na starówce

    Po powrocie z wyspy, pokręciłam się po Centro Histórico w São Sebastião. To miejsce wygląda jak plan filmowy kolonialnej telenoweli. Odwiedziłam m.in. XVII-wieczny kościół Igreja Matriz (bo tak przykazała Melita) i nabrzeże pełne armat, które pilnują kanału przed piratami.

    Historyczne kamieniczki kuszą kolorami, ale mój czas był policzony. Tuż przed odjazdem zerwał się potężny wiatr – potraktowałam to jako sygnał do startu i dosłownie obiegłam starówkę razem z wichurą, byle zdążyć na powrotny transport przed zmianą pogody. Chmury zbierały sie przez cały dzień nad górami, ciągle je widziałam gdzieś z drugiej strony.

    Udało się! Wskoczyłam do autobusu do Caraguá i dokładnie w tym momencie niebo się otworzyło. Deszcz zaczął bębnić o dach dopiero wtedy, gdy siedziałam już bezpiecznie w środku. Patrząc na ścianę wody za szybą, mogłam tylko współczuć tym, którzy nie wygrali dzisiejszego wyścigu z czasem. Ja tymczasem, osuszając czoło po moim sprincie, mogłam z satysfakcją stwierdzić, że dzisiejszy egzamin z matematyki i biegu przełajowego zdałam na szóstkę.

    Bilans dnia:

  • Promy: 10/10 (szybko i sprawnie).

  • Korepetycje z matematyki: W cenie biletu autobusowego.

  • Refleks: 10/10 (zdążyć do autobusu sekundę przed ulewą – bezcenne!).

  • Refleks: 10/10 (zdążyć do autobusu przed deszczem – bezcenne!).






Aligator na horyzoncie, zakonnica za plecami

Nadal wybrzeże Sao Paulo. Zmieniam bazy jak rękawiczki, choć przy tutejszej wilgotności „rękawiczki” to ostatnia rzecz, o której człowiek myśli. Wsiadam w autobus w Ubatubie i oficjalnie żegnam się ze Zwrotnikiem Koziorożca. Wysiadam w Caraguatatubie (spróbujcie to wypowiedzieć trzy razy szybko po caipirinhi).

Dlatego leniwi lokalsi mówią Caraguá. Moją uwagę przyciągnęły dwa monumenty, które dumnie prężą się na okolicznych wzgórzach i sprawiają, że człowiek czuje się nagle bardzo mały:

  • Santo Antônio na Morro do Santo Antônio: Patron miasta czuwa nad wszystkimi z wysokości. Widok jest obłędny, ale sam posąg ma w sobie coś z mitycznego strażnika – jakby sprawdzał, czy na pewno wszyscy turyści posmarowali się kremem z filtrem.

  • Wielki Krzyż: Tuż obok, stanowiący idealny punkt orientacyjny dla każdego, kto potrafi zgubić się nawet na prostej drodze do plaży. 

    Tak czy inaczej wyglądają, jakby prowadzili ze sobą cichy dialog nad dachami miasta, pilnując, by nikt za bardzo nie rozrabiał na plaży.

Zamiast jednak bić pokłony posągom, ruszyłam na południe. Plan był prosty: iść brzegiem oceanu, aż stopy odmówią posłuszeństwa. Kolejne plaże mijały mi pod znakiem piasku w butach i zachwytu nad tym, co natura wyprawiała z paletą barw. Aż doszłam do domu Jorge. 

Słońce tego dnia ewidentnie miało nadwyżkę pigmentu ofiarowanego wodzie. Mieniła się ona wszystkimi odcieniami turkusu i granatu, jakby ktoś wylał do oceanu gigantyczny transport farbek akwarelowych.

Sielanka trwała do momentu, gdy słońce postanowiło zrobić to, co robi najlepiej – spektakularnie „pójść spać”. Gigantyczne pasmo Serra do Mar (Góry Morskie) zadziałało jak wielka, zielona roleta. Gdy tylko tarcza słońca schowała się za szczytami, plaże w ułamku sekundy okryły się kojącym cieniem.

Zrobiło się momentalnie chłodniej (no, powiedzmy – z „patelni” na „ciepły piekarnik”), a ja w tym półmroku dotarłam wreszcie do progu Jorge, który tez włóczy się po świecie od lat, ale od siedmiu osiadł w Brazylii za sprawą żony.

Plaże w Caraguá ciągną się właściwie wzdłuż całego miasta, ale jedna z ostatnich na północnym krańcu jest szczególna – Praia da Pedra da Freira. Aby się do niej dostać, trzeba najpierw minąć małe molo, a potem wspiąć się na drewnianą kładkę i schodki, które wiją się malowniczo wśród skał i soczystej zieleni.

Idąc tamtędy, zafiksowałam się na punkcie słynnego „Aligatora”, czyli Pedra do Jacaré. I faktycznie – gad majaczy na horyzoncie, dobrze go stąd widać, ale wciąż jest beznadziejnie daleko. Gapię się więc w tę dal, mrużę oczy, analizuję kształt skały w oddali i prawie przegapiłabym to, co mam pod samym nosem!

Wystarczy się odwrócić. Dosłownie za moimi plecami wyrastała ona: Skała Zakonnicy (Pedra da Freira).

Legenda o zakazanej miłości

Jak na Brazylię przystało, za tym kamieniem stoi tragiczna historia. Codziennie wychodziła na ten brzeg, by wypatrywać jego łodzi wracającej z połowu. Jednak pewnego dnia morze postanowiło zatrzymać go na zawsze. Zrozpaczona kobieta, nie mogąc znieść bólu, skamieniała z tęsknoty, wciąż wpatrując się w ocean. I rzeczywiście – patrząc na ten głaz, można bez trudu dostrzec sylwetkę w habicie, zastygłą w wiecznym wyczekiwaniu.

A sama plaża? Ona nie jest po prostu mała. Ona jest maleńka. Mikroskopijna! To właściwie uroczy skrawek piasku wciśnięty między potężne głazy, gdzie fale zdają się szeptać miłosne sekrety prosto do ucha.
















Jurerê Internacional – brazylijskie Saint-Tropez i spotkanie z Iemanją

Jurerê Internacional bywa porównywane do europejskich kurortów — w myśl zasady, że Brazylia lubi swoje małe Europy i europejskie nazwy. Szer...