Fioletowe dywany i ślady wielkiej wody czyli Porto Alegre

Droga z Santa Rosa do Porto Alegre zaczyna się niewinnie. „Uwaga, dziura przed tobą” — ostrzega nawigacja, jakby chciała mnie przygotować na kolejne niespodzianki. Przy poboczu ciągną się fioletowe dywany z opadłych kwiatów ipe, a gdzieniegdzie wyrastają dumne araukarie. Gdy kończą się falujące wzgórza złoconych pól, zaczynają się inne — porośnięte poplątaną roślinnością lasu atlantyckiego.

W okolicach dworca autobusowego Porto Alegre nocą samo miasto, już bez pomocy GPS-u, szepcze: uważaj. Tu za każdym rogiem może wydarzyć się wszystko, co później trafia do kronik kryminalnych.

Za dnia jednak to zupełnie inna opowieść. Słońce odsłania fioletowe dywany w parkach i na trawnikach. W Parku Farroupilha żółwie przytulają się nad stawem, jakby miały własne historie do opowiedzenia. Nie posłucham, ale mogę się poprzyglądac ich czułościom.Księgarnie kuszą chłodem i zapachem papieru, a na placach stragany targów książki walczą o uwagę przechodniów. Katedra pyszni się malowidłami, próbując przyćmić urok mniejszych, bardziej kameralnych kościołów.

Stowarzyszenie polonijne Orzeł Biały powoli otrząsa się z ubiegłorocznej powodzi. Straty są odrabiane, restauracja jak zawsze zaprasza na codzienne obiady, a sala balowa w piątki na potańcówki. Powódź pamięta też tzw. „polski kościół”, w którym urzęduje ks. Zdzisław Malczewski. Remont, wykonany w pośpiechu, woła o poprawkę — mniej nasłoneczniona ściana nadal nie wyschła. Ks. Zdzisław, niestrudzony, na pięterku swojego biura przekopuje się przez tomy dokumentów i zapisuje dzieje Polonii w Brazylii.

Wielką wodę pamięta również dom Davida o polskim nazwisku. Uratował przedwieczną, drewnianą komodę — świadectwo, jak wytrzymałe potrafi być brazylijskie drewno. Resztę wymienił. Do dziś płacze po utraconych książkach. Co może zrobić? Siedzi przy basenie, patrzy w gwiazdy, popija chimarrão i myśli o pierogach, które robiła jego babcia. Aż robi się głodny. Zamawia sushi, ale nadal tęskni za pierogami.

Jezioro Guaíba niesie spokojnie wodny tramwaj, który łączy Porto Alegre z Guaíbą szybciej niż jakakolwiek droga. Nadjeziorny deptak w Guaíba oferuje szeroki widok na przeciwległy brzeg, a orla Porto Alegre kryje plaże słodkowodne: Praia do Lami na południu oraz Praia de Ipanema — nie do kąpieli, ale idealną na zachody słońca.

Wody jeziora lekko się kołyszą, a skrzydła wiatraka w parku Moinhos de Vento stoją nieruchomo. Żółwie wygrzewają się nad stawem. Krzewy odbijają się w wodzie. Tu można złapać oddech od zgiełku miasta.

Porto Alegre to mieszanka kulturowa, etniczna, religijna i językowa, widoczna w każdym fragmencie architektury. Portugalczycy dostosowywali swój styl do materiałów, które tu zastali. Miasto to również eklektyzm, art déco, secesja — aż po linie przypominające Níemeyera.





Passo Fundo – gdzie ławki czytają książki

 "Przejście przez głęboką rzekę” — tak właśnie tłumaczy się nazwę Passo Fundo. Kiedyś był to strategiczny brod, którym pasterze bydła przepędzali swoje krowy z jednego brzegu na drugi. Dziś krowy zastąpiły autobusy, a brod — dworzec, przez który przejeżdża pół stanu. 

Miasto nadal jest miejscem, które się przechodzi, ale coraz częściej także takim, w którym warto się zatrzymać na dłużej.A gdy już się zatrzymasz, szybko zrozumiesz, że w Passo Fundo coś jest… na rzeczy. Na przykład litery.
Są wszędzie.
Na placach, na skwerach sa instalacje w formie tuneli, drzew, rzeźb, a nawet ławek, które wyglądają, jakby właśnie przerwały czytanie, żeby dać ci usiąść.

Z początku można pomyśleć, że to jakiś lokalny alfabet, który uciekł z podręcznika i postanowił żyć własnym życiem. Ale nie — to wszystko jest bardzo oficjalne. Passo Fundo dumnie nosi tytuł brazylijskiej stolicy literatury.

A skąd takie literackie uniesienie?
Wszystko zaczęło się w 1981 roku, kiedy to po raz pierwszy zorganizowano tu Jornada Nacional de Literatura. Przez dziesięciolecia było to jedno z największych wydarzeń literackich w Ameryce Łacińskiej.

Dziś Jornada nie ma już formy jednego potężnego festiwalu – zamiast tego Passo Fundo postanowiło prowadzić literacki maraton całoroczny. Warsztaty, debaty, wystawy, akcje czytelnicze… Jeśli tu nie czytasz, to dlatego, że uciekasz przed książkami.

Passo Fundo wygląda jak miejsce, gdzie nie tylko ludzie kochają literaturę.
Tu nawet wiatr wygląda, jakby przewracał strony. Idealne miasto dla wszystkich, którzy wierzą, że dobra historia potrafi odmienić świat — albo przynajmniej umilić czekanie na autobus.

Nocne lądowanie w prawie metropolii – czyli jak zimne powietrze budzi lepiej niż kawa


Gdy nastaje noc, zwycięża sen. A gdy zwycięża sen, autobus staje się kołyską na kółkach. Dojeżdżam na miejsce o północy – niezbyt idealna pora, by wysiadać w nieznanym mieście. Wita mnie zimne powietrze. I to nie takie „och, jak rześko”, tylko „czy ja przypadkiem nie wysiadłam w Oslo?”. Budzę się całkowicie. Nie potrzebuję kawy.

Miasto – prawie metropolia – śpi (po przyjeżdzie z Papanduvy, oczywiście że Erechim wydaje się być metropolią). Ale obiecuje, że pokaże mi się o poranku. I rzeczywiście, gdy słońce wstaje, zaczyna się pokaz slajdów: wieżowce, które próbują udawać Nowy Jork, „zamknięty” w parku Malinowskiego fragment lasu atlantyckiego (czyli dżungla w wersji miejskiej), nowoczesne kościoły oraz aleja, która kończy się punktem widokowym – idealnym miejscem na selfie z dumną miną „zobaczcie, jak wspaniale wygląda moje życie”.

W centrum – niespodzianka! Drewniany castelinho, ponad stuletni, który wygląda jakby ktoś zapomniał go przenieść do skansenu. Ale niech nie zwiedzie nikogo jego wiek – to lokalna gwiazda turystyczna, pozująca do zdjęć lepiej niż influencer na plaży.

W dzień miasto brzęczy jak pszczoła – gwar ulic, rozmowy, życie. Wieczorem zaś zmienia ton na jazzowy: knajpki, spokój, delikatne dekoracje halloweenowe, które wyglądają jakby ktoś je robił z resztek po warsztatach DIY. I gdzieniegdzie polskie nazwiska na szyldach drobnych przedsiębiorców.W cieniu tego wszystkiego działa polskie stowarzyszenie i odbywają sie lekcje plskiego.

Ale to, co najbardziej mnie urzeka, to domy. Spokojne, niepozorne, jakby mówiły „nic tu się nie dzieje”. A jednak! W jednym ktoś wykańcza strych, bo bawi się w teatr. W innym – garaż zamieniony w szkołę tańca pole dance. A samochód musiał zamieszkać na podwórku.

100 tysięcy żywych dusz chodzi swoimi ścieżkami miasta. Jedni po prostu spędzają życie, inni spełniają swoje pasje. A ja obserwuję, chłonę i zapisuję. Bo nocna podróż też kończy się historią wartą opowiedzenia.

Ubatuba czyli jak nie zgubić się wśród stu plaż

Wjeżdżając od Taubaté, zjazd ku poziomowi morza odsłania widok, który trudno opisać – trzeba go przeżyć. Ubatuba to miejsce, gdzie morze spo...